W tym roku obrodziły u nas jabłonie. Owoców jest tak dużo, że drzewa się pod nimi uginają, łamią się gałęzie. Jabłka, podobnie jak cukinie, stały się towarem na zbyciu. Po serii szarlotek i jabłeczników, którymi wszyscy się już chyba przejedli, zostaje tylko rozdawać. Lokalne grupy w sieciach społecznościowych zapełniły ogłoszenia, w których zmieniają się tylko nazwy odmian (króluje niepodzielnie papierówka, ale dojrzewają już owoce na kolejnych drzewach) niezwykle przydatni okazali się pod tym względem turyści z dużych miast, którym można wciskać całe kosze i siaty.
Rosyjskie polityczne lato również mija pod znakiem jabłka. Nieoczekiwanie dla Kremla stara i na tyle już skompromitowana „opozycyjna” partia Jabłoko zaczęła nabierać popularności przed tegorocznymi wyborami do dumy, zaplanowanymi na trzeci weekend września.
Jabłoko jako kuźnia opozycji i Putina
Założona jeszcze w latach 90. jako blok wyborczy organizacja, która nazwę otrzymała dzięki twórczemu rozwinięciu pierwszych liter nazwisk jej założycieli – Jawlińskiego, Bołdyriewa i Łukina – najlepszy czas, zdawało się, ma już dawno za sobą. O ile w pierwszych wyborach parlamentarnych, w których uczestniczyła, dobijała do 8 procent poparcia, to mniej więcej od czasu pojawienia się Putina Jabłoko stało się partią pozaparlamentarną, a jednocześnie pozostawało partią systemową. Jej liderzy unikali otwartego zwarcia z Kremlem. Dzięki temu nie doszło do delegalizacji partii, co mogło się zdarzyć pod dowolnym pretekstem.
Jabłoko istniało pod szyldem ostatniej demokratycznej rosyjskiej partii, startowało w wyborach, dostawało się do regionalnych parlamentów, nie dostawało się do państwowej dumy, ale kreowało nowe polityczne figury. Wśród nich są na przykład Lew Szlosberg czy Ilja Jaszyn – dzisiaj jeden z czołowych opozycjonistów na emigracji, który swoją polityczną drogę zaczynał w młodzieżówce Jabłoka.
Jednak więcej znajdzie się postaci, które zaczynały karierę w Jabłoku, by kończyć ją w szeregach putinowskiej Jednej Rosji. Na przykład Jelena Mizulina czy Walentyna Jarowaja – dwie polityczki, które dziś kojarzą się z konserwatywnym dokręcaniem śruby i represyjnymi ustawami.
Gdy po opozycyjnej stronie wyklarowały się silne ruchy, zwłaszcza ten skupiony wokół charyzmatycznej figury Aleksieja Nawalnego, Jabłoko trafiło do lamusa. Ale rosyjska opozycja została rozbita po wybuchu pełnoskalowej wojny. Nawalny został zamordowany w więzieniu, a skłócone środowiska opozycyjne na emigracji straciły impet i nie są w stanie wykreować spójnej agendy, nie mają też żadnego przełożenia na nastroje w kraju.
Jak wygląda narracja antywojenna na rosyjskim bezrybiu
W 2026 roku okazało się, że na tym bezrybiu i rak jabłko ryba. W przededniu wyborów do dumy, po których Rosjanie spodziewają się ogłoszenia mobilizacji, skokowo wzrosło zapotrzebowanie na legalną partię, która otwarcie głosi potrzebę zakończenia wojny. Bo co by nie powiedzieć, ale Jabłoko od 2022 roku konsekwentnie trzyma się tej linii. Co prawda jej politycy abstrahują od kwestii przyczyn wojny czy moralnej odpowiedzialności Rosjan za atak na Ukrainę, skupiając się na interesach samych Rosjan, którym wojna ewidentnie przeczy. To, podobnie jak ciągłe apele o zawieszenie broni, narażało Jabłoko na krytykę dobiegającą z emigracji, która uważa(ła), że partia faktycznie promuje kremlowską narrację, tyle że w innym opakowaniu. W końcu zawieszenie broni oznacza dla Ukrainy rezygnację z obrony i potencjalnie czas dla Rosji na dozbrojenie. Ale w rosyjskich warunkach postawa Jabłoka i jego polityków to i tak było coś.
Na wyborach, nieważne czy parlamentarnych, czy prezydenckich, kremlowscy polityczni technolodzy zawsze starali się mieć pseudoliberalnego i pseudopozycyjnego sparingpartnera, by legitymizować sam wyborczy proces, a jednocześnie pokazywać, jak nikłe jest poparcie dla polityki innej niż uprawiana przez Putina i jego otoczenie. Jabłoko idealnie nadawało się do tej roli w tegorocznych wyborach do dumy. Dodatkowo mizerny wynik wyborczy miał być dowodem, że Rosjanie wcale nie marzą o końcu wojny, wręcz przeciwnie, są gotowi na to, by złożyć w ofierze swój dobrobyt i swoje życie, byle Rosja wygrała.
Jednak słaby i pozorny przeciwnik nieoczekiwanie zaczął skupiać wokół siebie antywojenny elektorat, który rośnie na obawie o dalsze rozlewanie się działań zbrojnych na Rosję i groźbę powszechnej mobilizacji. Dlatego na chybcika zmontowano sprawę sądową, dotyczącą kradzieży własności intelektualnej przez partię w jej materiałach kampanijnych (chodziło o utarte rosyjskie frazeologizmy, jak cytat ze znanej i w pewnym polskim pokoleniu piosenki „Pust’ wsiegda budziet sonce”) i sąd bez wahania zdecydował o niedopuszczeniu Jabłoka do tegorocznych wyborów.
Pod sądem, zarówno podczas pierwszego posiedzenia 10 sierpnia, jak i podczas apelacji 17 sierpnia zbierali się ludzie, głównie młodsi od samej partii, by wyrazić swój protest. Kilkadziesiąt osób zatrzymała policja, bo w Rosji jakiekolwiek publiczne schadzki w celu wyrażenia swojego zdania są zakazane. Działacze Jabłoka nie ukrywali, że to wsparcie to dla nich szok, bo nie inicjowali żadnych demonstracji. Dla wpisanych w system organizacji ten rodzaj spontanicznego poparcia bywa sporym obciążeniem.
11 lat więzienia dla Szlosberga
Tego samego dnia, kiedy sąd w Moskwie odrzucał apelację w sprawie udziału partii Jabłoko w wyborach, sąd w Pskowie sądził jednego z najbardziej zaangażowanych działaczy i wiceprzewodniczącego partii Lwa Szlosberga za dyskredytację i tzw. fejki na temat rosyjskiej armii.
Szlosberg usłyszał wyrok 11 lat i jednego miesiąca więzienia. To jeden z niewielu szeroko znanych rosyjskich opozycjonistów, który po 2022 roku nie zdecydował się na emigrację. Jeszcze w 2023 roku Szlosberg nazwał środowiska rosyjskiej politycznej emigracji „partią cudzej krwi”. Podobnie jak jego partia, Szlosberg stał na stanowisku, że pierwszym krokiem do zakończenia wojny jest zawieszenie broni bez warunków wstępnych.
W 2024 roku jego zdalny konflikt z opozycyjną emigracją zaostrzył się, bo Szlosberg otwarcie dziwił się i potępiał Rosjan, którzy cieszyli się z wejścia ukraińskiej armii na teren obwód kurski. Jego zdaniem, „partia cudzej krwi” osiągnęła kolejne dno, wyrażając radość z powodu śmierci rosyjskich cywilów i żołnierzy. Ta postawa rzeczywiście była trudna do przełknięcia dla wielu osób, które agresja na Ukrainę i związana z nią faszyzacja Rosji zmusiły do wyjazdu z kraju. Wiele z tych osób, przynajmniej w pierwszych latach pełnoskalowej wojny, liczyło na to, że doprowadzi ona do obalenia władzy Putina.
Niedopuszczenie Jabłoka do wyborów, drakoński wyrok dla Lwa Szlosberga i niemoc opozycji na emigracji pokazują, że nikt nie ma patentu na skuteczną walkę z kremlowską przemocą. Jeśli Putin ogłosi i przeprowadzi mobilizację, eskalując wojnę, to kwestia tej czy innej opozycyjnej racji przestanie być istotna.










Komentarze
Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!