Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Obserwuj Obserwuj

Igrzyska w cieniu upadającej huty stali

Trwają właśnie Igrzyska Śródziemnomorskie, których tegorocznym gospodarzem jest położony na obcasie włoskiego buta Tarent. Podczas ceremonii otwarcia premierkę Giorgię Meloni przywitali protestujący, zaniepokojeni dalszym losem podmiejskiej huty stali.

ObserwujObserwujesz
Po lewej Giorgia Meloni spoglądająca na przetapianie stali w hucie
Płacz

1

Tarent został założony tysiące lat temu jako kolonia Sparty, ale najnowszy rozdział jego historii zdominowała zbudowana w latach sześćdziesiątych ogromna huta stali. Zajmuje ona obszar 62 razy większy niż tarenckie stare miasto, w szczytowym momencie zatrudniała bezpośrednio ponad dwadzieścia tysięcy ludzi (czyli co dziesiątego mieszkańca Tarentu) i drugie tyle pośrednio, a produkcja na poziomie 11 milionów ton stali rocznie czyniła południowowłoski zakład największym jej wytwórcą w Europie. Ciemną stroną były równie ogromne zanieczyszczenia o działaniu rakotwórczym.

Negatywne efekty zdrowotne to tylko jedno z wielu zmartwień, jakich przysparza huta w Tarencie. Niegdysiejszy klejnot włoskiego przemysłu obecnie przypomina raczej gorącego ziemniaka, który przechodzi z rąk do rąk, od państwa do prywatnych koncernów i z powrotem. Żadna z licznych zmian nie pozwoliła jednak rozwiązać piętrzących się problemów natury finansowej, technologicznej, pracowniczej i środowiskowej.

Czytaj także Nowe Witkowice: drugie życie huty Agnieszka Wiśniewska, Agnieszka Muras

Od prywatyzacji do prywatyzacji, z wieloma przystankami po drodze

Gdy wskutek ogólnoeuropejskiego kryzysu przemysłu stalowego huta w Tarencie (i nie tylko) zaczęła przynosić straty, włoski rząd postanowił umyć ręce i w 1995 roku zakłady należące do państwowego koncernu Ilva zostały przejęte przez grupę Riva. Nie była to zbyt szczęśliwa inwestycja – pojawiły się zarzuty dotyczące katastrofalnych zaniedbań środowiskowych, co doprowadziło do zajęcia w 2012 roku części zakładu przez prokuraturę, z żądaniem jego zabezpieczenia lub zamknięcia. W końcu cała huta trafiła z powrotem pod zarząd publiczny, a kierownictwo Rivy usłyszało wyroki (nieprawomocne) wieloletniego pozbawienia wolności za spowodowanie katastrofy ekologiczno-zdrowotnej. W 2017 roku znowu doszło do prywatyzacji, tym razem na korzyść międzynarodowego koncernu ArcelorMittal, który miał zmodernizować włoski przemysł stalowy we współpracy z organami publicznymi. Te ostatnie zatrzymały część udziałów za pośrednictwem spółki Invitalia.

Szybko okazało się jednak, że partnerstwo publiczno-prywatne nie stanowi stabilnego rozwiązania, ponieważ zamiast rozwiązać problemy tarenckiego zakładu, nowi właściciele tylko je pomnażali. Dlatego w 2024 roku rząd włoski ponownie objął pełną kontrolę nad Acciaierie d’Italia (spółkę kontrolującą m.in. hutę w Tarencie), wyznaczając państwowych komisarzy do kierowania przedsiębiorstwem i jednocześnie podejmując kroki przeciwko ArcelorMittal. Na początku bieżącego roku od byłego właściciela zażądano zwrotu ok. siedmiu miliardów euro, zarzucając mu m.in. transferowanie środków ze spółki i działania, które miały doprowadzić przedsiębiorstwo do obecnego kryzysu.

Każdy kolejny właściciel tarenckiej huty dziedziczył po poprzedniku te same słabości. Produkcja spadała, stan techniczny instalacji się pogarszał, rosły koszty utrzymania i potrzeby inwestycyjne, a wraz z pogłębianiem się kryzysu coraz trudniej było znaleźć inwestora gotowego ponieść koszty koniecznej modernizacji. Istnieją powody, dla których ta telenowela nie ma końca – przede wszystkim gra toczy się o wysoką stawkę i to pod wieloma względami.

Ekonomia czy ekologia i zdrowie?

Chociaż huta w Tarencie lata świetności ma dawno za sobą, to wciąż daje zatrudnienie ok. ośmiu tysiącom osób i ma duże znaczenie gospodarcze nie tylko dla regionu, ale całych Włoch. Potencjał produkcyjny na poziomie kilku milionów ton stali rocznie plasuje południowowłoski zakład w europejskiej czołówce i pozwala zaopatrywać fabryki Fiata i innych włoskich gigantów. Upadek tarenckiej huty byłby również sprzeczny z interesami całej UE, która obecnie próbuje ratować europejski przemysł stalowy oraz uczynić go bardziej konkurencyjnym w starciu z azjatyckimi koncernami. Nie jest jednak pewne, czy krajowe lub kontynentalne potrzeby gospodarcze stanowią dla sąsiadów huty wystarczający powód, aby dalej ryzykować własne zdrowie i życie.

Czytaj także Tegoroczny mundial to obsceniczny spektakl. Tak obrzydliwie jeszcze nie było Wojtek Żubr Boliński

Statystyki dotyczące emitowanych pod Tarentem zanieczyszczeń uderzają: według danych z czasów przynależności do grupy Riva zakład odpowiadał za 92 proc. deklarowanych przez włoski przemysł emisji toksycznych dioksyn. Skala zanieczyszczeń była na tyle duża, że emisje z najwyższego komina huty w Tarencie porównywano z łącznymi emisjami dioksyn Wielkiej Brytanii, Hiszpanii, Szwecji i Austrii. W środowisku wykrywano również wielopierścieniowe węglowodory aromatyczne, benzen, pyły zawieszone, metale ciężkie, w tym np. arszenik (ponad 157 kilogramów rocznie).

To wszystko ma dramatyczne skutki dla zdrowia okolicznych mieszkańców. Dzielnica Tarentu położona najbliżej huty jest znana z rdzawego pyłu pokrywającego każdą powierzchnię. Wskaźnik zachorowań na raka w regionie jest o kilkanaście procent wyższy od średniej krajowej (30 proc. w przypadku raka płuc), a do tego dochodzi szereg innych chorób, za które odpowiedzialne są zanieczyszczenia. Szacuje się, że tylko w latach 2005-2012 przyczyniły się one do trzech tysięcy przedwczesnych zgonów. Do tego ponurego bilansu należy doliczyć niemałą liczbę pracowników zmarłych bezpośrednio w hucie. Chociaż od lat 60. i 70. (gdy ofiar było ok. czterysta) sytuacja się poprawiła, to tylko w bieżącym roku dwóch kolejnych robotników zginęło w miejscu pracy.

Nie ulega więc wątpliwości, że huta w obecnym kształcie nie powinna dalej funkcjonować. Jednocześnie niekwestionowalne jest znaczenie ekonomiczne włoskiego zakładu, zwłaszcza w dobie rosnącej presji na odbudowę europejskich zdolności produkcyjnych i ratowanie lokalnego przemysłu stalowego. Jak więc pogodzić te sprzeczne interesy?

Rząd zamiast modernizacji przeprowadza powolną eutanazję

Mimo kilku wcześniejszych klęsk takiej polityki władze Włoch po raz kolejny próbują przekazać tarencką hutę prywatnym inwestorom, z nadzieją, że tym razem zdołają oni rozwiązać piętrzące się problemy. Obecnie w grze są cztery podmioty, w tym trzy zagraniczne koncerny oraz włoska koalicja kilkunastu przedsiębiorstw hutniczych skupionych wokół Federacciai. Przeprowadzenie przetargu utrudniają niedawne rozstrzygnięcia natury prawnej. W lipcu 2026 roku sąd w Mediolanie ze względu na szkody środowiskowe nakazał zatrzymanie pracy wielkich pieców w ciągu 90 dni, jeśli nie zostaną rozwiązane problemy z azbestem i emisjami pyłów. W związku z tym włoska grupa proponuje przejęcie pozostałych aktywów, z wyłączeniem obecnej części wielkopiecowej, co oznaczałoby rozdzielenie własności nad różnymi częściami huty lub zamknięcie niektórych z nich. Alternatywą jest oddanie całości któremuś z obcych koncernów, ale doświadczenia z ArcelorMittal nie zachęcają do takiego rozwiązania.

Eksperci wskazują, że ponowna prywatyzacja nie stanowi rozwiązania, wskazana byłaby raczej modernizacja tarenckiego kompleksu pod publicznym zarządem, która uwzględniłaby zarówno potrzeby gospodarcze, jak i konieczność ograniczenia emisji. Oznaczałoby to szybsze odejście od technologii opartej na węglu, budowę pieców elektrycznych i przejście na czyste źródła energii. Rządowy plan przewiduje wprawdzie stopniową dekarbonizację, ale w dalekiej perspektywie i bez zagwarantowania odpowiedniego finansowania, które pozwoliłoby na unowocześnienie huty. Zdaniem krytyków władze Włoch grają na czas, pozwalając zakładowi na powolne obumieranie.

Czytaj także Czy ewangelikalizm zepsuł brazylijską piłkę? Artur Troost

Podobnego zdania są niektóre związki zawodowe, od lat domagające się pełnej nacjonalizacji i bezpośredniego zarządzania zakładem przez państwo, argumentując, że tylko publiczny właściciel może jednocześnie zagwarantować zatrudnienie, przeprowadzić konieczną transformację i wziąć odpowiedzialność za historyczne szkody środowiskowe. Związkowcy sprzeciwiają się przy tym rozwiązaniom, które zostawiłyby tysiące pracowników bez pracy lub rozdzieliłyby hutę na mniejsze części, ponieważ widzą w tym pierwszy krok w kierunku likwidacji zakładu, co stanowi całkiem uzasadnioną obawę, patrząc na dotychczasowe poczynania władz włoskich.

Nie jest wcale tak, że nie można przeprowadzić zielonej transformacji bez dezindustrializacji – problem w tym, że jest to droga trudniejsza, wymagająca większego zaangażowania państwa. Tymczasem prawicowy rząd Meloni pozostaje wierny neoliberalnym dogmatom, trzymając się schematu, w którym państwo pokrywa koszty, prywatny kapitał czerpie zyski, a mieszkańcy i pracownicy ponoszą ryzyko. Tarent bardziej niż igrzysk potrzebuje dziś strategii publicznej, która pozwoliłaby uratować przemysł bez poświęcania zdrowia mieszkańców i zagwarantować pracownikom przyszłość niezależnie od tego, kto ostatecznie stanie się właścicielem huty. Na razie wygląda jednak na to, że zawody lekkoatletyczne to główna rzecz, którą władze Włoch mają do zaoferowania południowemu miastu.

Komentarze

Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
0
Komentujące wszystkich krajów, łączcie się!x