🇱🇻 Rosjanki i Rosjanie stanowią około jednej czwartej mieszkańców Łotwy, ale rosyjskojęzyczna społeczność jest większa i obejmuje także część osób innych narodowości.
💬 Violetta Wiernicka pisała na łamach Krytyki Politycznej o słabej integracji części rosyjskojęzycznych mieszkańców i ich podatności na wpływy Kremla.
⚖️ Aleksander Kamkow odpowiedział, że łotewskie państwo traktuje rosyjskojęzyczną mniejszość jak zbiorowe zagrożenie i stosuje wobec niej dyskryminujące rozwiązania.
↔️ Tomasz Otocki polemizuje z obojgiem: pokazuje postępującą integrację rosyjskojęzycznych mieszkańców, ale także błędy Rygi w polityce językowej, obywatelskiej i derusyfikacyjnej.
Na Łotwie Rosjan żyje 503 tysiące, co stanowi 24,4 proc. ludności kraju. Na tym sprawa się nie kończy: są jeszcze „rosyjskojęzyczni” niebędący Rosjanami. Do tej grupy należą również Ukraińcy (62 tysiące, 3,0 proc.), Białorusini (61 tysięcy, 3,0 proc.), Polacy (40 tysięcy, 2,0 proc.) oraz Żydzi (7 tysięcy, 0,4 proc.). Nie wszyscy przedstawiciele tych grup dali się po 1945 roku zrusyfikować, sporo Polaków na Łotwie wciąż mówi po polsku lub łotewsku, swój język zachowali także mieszkający tutaj Litwini. Ogólnie liczbę „rosyjskojęzycznych” można szacować na jakieś 700 tysięcy mieszkańców.
Większość z tych osób posiada obywatelstwo Łotwy, mniejsza część to „nieobywatele”. Najmniejsza część – mniej więcej co dziesiąty – to obywatel Federacji Rosyjskiej. Dlatego trochę zaskoczyło mnie, że Violetta Wiernicka, pisząc o Rosjanach czy rosyjskojęzycznych na Łotwie, zaczyna i właściwie kończy opowieść na obywatelach Federacji Rosyjskiej.
Niektórzy nie potrafią nawet zrobić zakupów po łotewsku
Oczywiście, państwo łotewskie po 2022 roku zaczęło prowadzić wobec tej grupy politykę bardzo surową. Wiernicka zwraca na to uwagę i oczywiście czytelnikowi może być żal starszych osób, którzy pod koniec życia muszą opuszczać Łotwę. Wiernicka wspomina o dwóch tysiącach takich przypadków – częściowo te osoby opuściły Łotwę z własnej woli. Mój łotewski znajomy jednak kontruje – dlaczego te osoby, mieszkając kilkadziesiąt lat na Łotwie, nie nauczyły się choćby w stopniu podstawowym języka państwowego? Podstawowych wyrazów typu „labdien”, „paldies”, „lūdzu”?
Owszem, w łotewskiej SRR można było żyć tak, jakby Łotysze nie istnieli, choć przecież Rosjanie stykali się z nimi w pracy, w sklepie, w urzędach czy na ulicy. Ba, w Łotwie radzieckiej było wiele małżeństw mieszanych, bodaj największy procent w ZSRR. A jednak pewna grupa nie opanowała łotewskiego nawet na poziomie pozwalającym załatwiać podstawowe codzienne sprawy. Państwo łotewskie naprawdę nie wymaga tutaj znajomości języka na poziomie B2. Nawet na obywatelstwo nie ma takiego wymogu. Wystarczy podstawowa znajomość, w mowie i piśmie – poziom A2 – by zdać egzamin dla obywateli FR. Niestety, znaczna część osób objętych wymogiem albo go nie zdała, albo nawet do niego nie podeszła.
Rosyjskojęzyczni nie należą do jednego obozu
Do tego momentu z Wiernicką można by się zgodzić. Dalej autorka snuje dosyć specyficzne opowieści „z życia wzięte”, które w zasadzie obrażają łotewskich Rosjan:
„W latach 2012–2019, gdy bywałam na konferencjach w Petersburgu, rosyjskojęzyczni uczestnicy z Łotwy (a także z Estonii) niezmiennie zaskakiwali mnie swoim przywiązaniem do Moskwy i nienawiścią do własnego kraju. Z kolei pewien wizytujący Łódź przedsiębiorca z Rygi przekonywał mnie, że Łotysze to nie naród, lecz dzikie plemię ucywilizowane przez Związek Radziecki”.
Nie neguję tych doświadczeń, ale można by porozmawiać także z innymi Rosjanami, choćby ze wspomnianym Andrejsem Judinsem, którego autorka zapisuje z rosyjska jako „Andrieja Judina”, choć jest on obywatelem Łotwy i być może nie chciałby, by do niego się w ten sposób zwracano. Zamiast tego Wiernicka przytacza postawy, których nie sposób uznać za reprezentatywne.
Dowodem tego jest upadek radykalnej partii europosłanki Tatiany Żdanok, która domagała się przyznania Rosjanom obywatelstwa „za darmo” i uczynienia rosyjskiego drugim językiem urzędowym na Łotwie, jak to było w czasach Łotewskiej SRR. Żdanok, na którą w latach dziewięćdziesiątych głosowało nawet ponad 20 proc. wyborców, jest już jednak dawno na politycznej emeryturze. Nawet bardziej umiarkowana partia rosyjskojęzycznych Socjaldemokratyczna Partia „Zgoda”, która nie poszła drogą związanej z Putinem europosłanki, a w sposób bardziej parlamentarny broniła praw mniejszości, protestując choćby przeciwko likwidacji szkół mniejszościowych, przestała już de facto istnieć i raczej nie przekroczy progu 5 proc. w najbliższych wyborach.
Rosjanie i inne osoby rosyjskojęzyczne głosują także na partie łotewskie, a najczęściej wybierają takie, które nie straszą „ruskimi”. Często zostają też w domu.
I tutaj pytanie do Wiernickiej: jeśli są tacy niezintegrowani, to dlaczego na kartce wyborczej wybierają nazwiska łotewskich kandydatów z łotewskich partii?
To samo pytanie można zadać Kamkowowi. Jeśli Rosjanie na Łotwie poddawani są tak szeroko zakrojonej dyskryminacji, dlaczego nie ma masowych protestów, a przy urnie wyborczej rosyjska partia Roslikowa, który kilka miesięcy temu zbiegł na Białoruś, dostała w 2022 roku zaledwie kilka procent? Może dlatego, że integracja społeczna jednak postępuje, mimo tego, że nie zawsze jest dobrze pomyślana?
Pułapki walki z Kremlem
Łotysze popełniają błędy. Wciąż pełno jest w kraju politycznych krzykaczy, którzy chcieliby zlikwidować wszystko, co rosyjskie albo kojarzy się z Rosją. To dlatego w Rydze nie ma już Moskiewskiego Przedmieścia, ani pomnika Armii Czerwonej czy Puszkina. Pomnika „wyzwolicieli” z 1944 roku mi nie żal, ale nie wiem, komu przeszkadzała ulica Moskiewska, nazywająca się tak zresztą również w niepodległej, przedwojennej Łotwie.
Niechęć do kultury rosyjskiej w obliczu agresji Rosji na Ukrainę jest może zrozumiała, ale nie zawsze mądra, jak by to ujął litewski intelektualista prof. Tomas Venclova. Na pewno ofiarą „walki z rusyfikacją” nie powinien padać Teatr Rosyjski Michaiła Czechowa w Rydze, podobnie jak rosyjskojęzyczny kanał łotewskiego radia, zlikwidowany 31 grudnia 2025 roku. Akurat dla wielu Rosjan była to możliwość, by usłyszeć coś dalekiego od propagandy z Kremla. Teraz Łotwa chce zakazać nadawania po rosyjsku przez prywatne radiostacje, co jest kolejnym absurdem.
No dobrze, wyliczyłem sporo błędów państwa łotewskiego. Nie będę już zatem pytać, dlaczego skoro integracja społeczna idzie nie najgorzej, to wciąż nie widzę w rządzie Łotwy ministrów rosyjskiego pochodzenia (kilka lat temu była jedna polityczka, ponad dekadę temu jeden polityk, ale uwierzcie, społeczność, która liczy 24 proc. mieszkańców, powinna być jednak lepiej reprezentowana u władzy), a jedynym „sukcesem integracji” jest obecnie Libańczyk jako minister zdrowia.
Dlaczego zatem nie zgadzam się z Kamkowem, skoro sam krytykuję politykę państwa łotewskiego?
W 1991 roku nie było innego wyjścia
Mam problem z jego krytyką decyzji Łotwy z 1991 roku, by nie przyznawać automatycznie obywatelstwa wszystkim mieszkańcom kraju. W 1991 roku zaledwie mniejszość rosyjskojęzycznych nad Dźwiną wspierała Łotewski Front Narodowy, który przyniósł krajowi niepodległość. Byli oczywiście „sprawiedliwi”, tacy jak Władlien Dozorcew czy Michaił Stepiczow, ale prawie nikt z rosyjskojęzycznych deputowanych nie głosował 4 maja 1990 roku w Radzie Najwyższej za odnowieniem niepodległości. Zrobiła to Polka Ita Kozakiewicz, Żyd Mawrik Wulfson czy Grek Odisejs Kostanda, ale nie rosyjskojęzyczni z frakcji Równouprawnienie. A więc małe mniejszości, które także czasem dostają w kość na Łotwie, bo wrzuca się je do jednego worka pod nazwą „rosyjskojęzyczni”.
Czy w takiej sytuacji Łotwa mogła podjąć inną decyzję?
Litwa zdecydowała się na pełną naturalizację, ale inna była skala obecności mniejszości narodowych w tym kraju. Sam Kamkow wspomina, że 5 proc. Rosjan jest dobrze zintegrowanych i nie stanowi problemu. A gdyby było ich 24 proc. i kolejne kilkanaście procent „rosyjskojęzycznych”?
Żeby udowodnić swoją tezę, odwołam się do wyników referendum unijnego na Łotwie w 2003 roku. Za akcesją do Unii głosowało nad Dźwiną zaledwie 67 proc. wyborców. Rosyjskojęzyczni byli w dużej mierze przeciwni członkostwu, wystarczy spojrzeć na wyniki w Dyneburgu czy innych samorządach Łatgalii. Także w Rydze nie było pod tym względem różowo. Czy gdyby wszyscy mieli prawo do głosowania, Łotwa weszłaby do Unii Europejskiej?
Zresztą: można powiedzieć, że referendum sprzed ponad dwudziestu lat czy decyzja o stworzeniu grupy „nieobywateli” to stare dzieje. Ale one wciąż kształtują opinię łotewskiej większości o swych rosyjskich sąsiadach. Warto by oczywiście przywołać także referendum z 2012 roku, gdy rosyjskojęzyczni politycy, nawet tak umiarkowani jak mer Rygi Nił Uszakow, de facto wsparli przyznanie rosyjskiemu statusu języka oficjalnego na Łotwie. Łotyszy to nie na żarty przestraszyło.
W jednym się z Kamkowem zgadzam: „skoro już uznaliśmy Rosję za wcielenie wszelkiego zła, nie wolno nam otwartym tekstem wspierać stosowanych także przez nią metod dyskryminacji wyłącznie dlatego, że tym razem skierowane są wobec „właściwej” w naszym mniemaniu grupy mniejszościowej”.
Ale dotyczy to sytuacji „tu i teraz”. I jest to oczywiście także pytanie do lewicy, która, choć współrządziła Łotwą w latach 2023–2026, wciąż w kwestiach rosyjskich milczy. Nawet jeśli wicemarszałkini Sejmu z jej ramienia ma rosyjskie pochodzenie.
Jednocześnie uważam, że kraj, który sam w 1945 roku stał się jednorodny narodowo, a ludność tytularna stanowi w nim grubo ponad 95 proc. obywateli, nie powinien udzielać lekcji innemu państwu, które miało o wiele trudniejszą historię XX wieku, a ludność tytularna stanowi w nim zaledwie 60 proc. Zwłaszcza, że sama Polska ma jeszcze wiele do nadrobienia w sprawie praw mniejszości.
Ja na przykład wciąż czekam na uznanie języka śląskiego za język regionalny i tablice z nazwami ulic po litewsku (w Puńsku) i niemiecku (pod Opolem). A Łotwę wolę krytykować umiarkowanie. Bo czasem na to zasługuje, ale nie wszystko jest takie proste.
*
Tomasz Otocki – dziennikarz zajmujący się od 2010 roku tematyką bałtycką, członek redakcji Przeglądu Bałtyckiego, publikował na temat Litwy, Łotwy i Estonii również w „Tygodniku Powszechnym”, „Nowej Europie Wschodniej” oraz „Przeglądzie”. Przez lata podróżował na Łotwę, gdzie wciąż ma znajomych i przyjaciół. Częsty gość w mieście Dyneburg, współpracownik lokalnych Polaków.










Komentarze
Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!