Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Obserwuj Obserwuj

Niska dzietność to nie problem kobiet, tylko polityków i bogaczy

W lamentach nad kryzysem demograficznym nie chodzi o „przyszłość narodu”, ale o znaczący ubytek pracowników i równie silny spadek popytu. Dla elit kapitalizmu jedno i drugie wieszczy krach.

Publicysta
Gromada dzieci w drodze do szkoły
1
Celnie!
Walka
Serce
Duma
Płacz

6

Dzietność w Polsce osiągnęła w 2025 roku rekordowo niski poziom. Według danych GUS współczynnik dzietności wyniósł zaledwie 1,068 dziecka na kobietę, co jest najgorszym wynikiem od zakończenia II wojny światowej. Oznacza to, że Polska znalazła się w gronie państw o najniższej zastępowalności pokoleń na świecie, obok takich krajów jak Korea Południowa, Tajwan czy pogrążona w wojnie Ukraina.

Co więcej, nie ma obecnie prognoz wskazujących na odwrócenie tego trendu. Ostatnim dużym programem pronatalistycznym w Polsce było świadczenie 500+, które przyczyniło się do chwilowego wzrostu dzietności z 1,36 do 1,45 dziecka na kobietę. Efekt ten okazał się jednak krótkotrwały i w kolejnych latach wskaźnik ponownie zaczął spadać. Jak wskazywało Sprawozdanie Rady Ministrów z 2024 roku, program pomógł spowolnić tempo spadku liczby urodzeń, nie był jednak w stanie trwale odwrócić niekorzystnych trendów demograficznych.

Czytaj także Od „upadku narodu” po „schyłek białej rasy”. Prawicowa opowieść o dekadencji i apokalipsie Felix Schilk

Anatomia demograficznego lęku: dlaczego winne są kobiety?

Zjawisko kurczącej się populacji budzi powszechny niepokój społeczny, choć różne środowiska dostrzegają w nim odmienne zagrożenia. Dla części konserwatystów jest to przede wszystkim kwestia stopniowego „zanikania narodu” i osłabienia jego ciągłości kulturowej. Z kolei wielu młodych pracowników obawia się o przyszłość systemów opartych na solidarności międzypokoleniowej, takich emerytury czy publiczna opieka zdrowotna. Podobnie zróżnicowana jest debata dotycząca przyczyn niskiej dzietności: jedni wskazują na wysokie koszty utrzymania, problemy mieszkaniowe i niepewność zatrudnienia, inni podkreślają rolę przemian kulturowych i światopoglądowych.

Szczególnie często w dyskusji pojawia się temat emancypacji kobiet, ich większej niezależności ekonomicznej, wyższego poziomu wykształcenia oraz możliwości samodzielnego decydowania o własnym życiu. W części przekazów czynniki te przedstawiane są nie jako proces poszerzania wolności i praw obywatelskich, lecz jako źródło problemu demograficznego. Nierzadko towarzyszy temu narracja sugerująca, że to przede wszystkim na kobietach spoczywa odpowiedzialność za „ratowanie systemu”:

„Jeżeli się utrzyma taki stan, że do 25. roku życia dziewczęta, młode kobiety, piją tyle samo, co ich rówieśnicy, to dzieci nie będzie” (Jarosław Kaczyński).

„Kariera w pierwszej kolejności, a później może dziecko. Prowadzi to do tragicznych konsekwencji. Jak się pierwsze dziecko nie rodzi w wieku 20–25 lat, tylko w wieku 30 lat, to ile tych dzieci można urodzić? Takie są konsekwencje tłumaczenia kobiecie, że nie musi robić tego, do czego została przez Pana Boga powołana” (Przemysław Czarnek).

„To teraz bardziej problem kulturowy niż społeczny. Kiedy pytasz młodych ludzi, a zwłaszcza młode kobiety, jaki jest problem z macierzyństwem, to nie jest problem społeczny, nie chodzi o mieszkania, nie chodzi o pieniądze. Chodzi o to, że nie lubią takiego stylu życia, obowiązków, odpowiedzialności” (Donald Tusk).

„Co zrobić, żeby uderzyć w rodzinę? Uderzyć w kobietę, powiedzieć »jesteś taka sama jak chłop«” (Przemysław Czarnek). „»Kobieta powinna poddać się mężczyźnie«, ale Polki takie nie są, więc nie rodzą” (Sebastian Pitoń).

„Liczba psów w Polsce to 8 i pół miliona. Liczba dzieci to 7.2 miliona. Polskim kobietom coś się pomyliło” (Tomasz Sommer).

To tylko kilka wypowiedzi z polskiej sceny publicznej, które w połączeniu z całym konserwatywnym naciskiem społecznym są wymierzonym z premedytacją ciosem w kobiety. Taka retoryka cynicznie przerzuca odpowiedzialność za głębokie, strukturalne problemy społeczne i gospodarcze państwa na indywidualne wybory obywatelek. Zamiast rzetelnego poszukiwania systemowych rozwiązań kryzysu mieszkaniowego czy zapaści ochrony zdrowia łatwiej jest stworzyć figurę egoistycznej winowajczyni.

Spadek dzietności nie jest jednak problemem ogółu kobiet, a one nie mają absolutnie żadnego obowiązku moralnego ani społecznego, aby ten system na własnych barkach ratować. Wolność decydowania o własnym życiu, edukacji i karierze jest fundamentalnym prawem, a nie kaprysem, z którego należy się gęsto tłumaczyć przed politykami czy publicystami.

Koniec ery taniego pracownika

Obecny model gospodarczo-społeczny przez dekady był krojony pod dyktando wąskiej elity finansowej i wielkiego kapitału. Układ ten opierał się na bezwzględnym wyzysku: nieskończonym dopływie taniej siły roboczej, konsumpcyjnym napędzaniu zysków korporacji oraz skrajnie regresywnym systemie podatkowym, który chronił najbogatszych, łupiąc miliony niezamożnych obywateli. Dzisiejszy kryzys demograficzny bezpowrotnie niszczy ten porządek, wywołując wśród elit autentyczną panikę. Wymieranie społeczeństwa to koniec bezkarnego status quo.

Spadek dzietności w społeczeństwie tak niechętnym imigracji jak Polska jest dla przedsiębiorców sygnałem alarmowym. Przez lata polska gospodarka budowała swoją konkurencyjność na dobrze wykwalifikowanych, ale relatywnie tanich kadrach. Przy wysokiej liczbie osób poszukujących zatrudnienia sama perspektywa bezrobocia skutecznie dyscyplinowała pracowników i osłabiała ich pozycję negocjacyjną. W takich warunkach łatwo było utrzymywać niskie płace, oferować niestabilne umowy śmieciowe i drastycznie ograniczać inwestycje w poprawę warunków pracy.

Gdy jednak populacja się kurczy, rynek nieuchronnie przesuwa się w stronę pracownika. Znika paraliżujący strach przed utratą zajęcia, a firmy, chcąc przetrwać, muszą zacząć realnie konkurować o ludzi. To wymusza podnoszenie wynagrodzeń, oferowanie stabilnych umów o pracę oraz większe respektowanie praw pracowniczych. Dla biznesu, który opierał swój sukces na niskich kosztach pracy, ten demograficzny zwrot akcji oznacza wyrok śmierci.

Czytaj także Progresywny natalizm odpowiedzią na prawicową panikę demograficzną? Jakub Majmurek

Nieuchronny krach niesprawiedliwego systemu podatkowego

Budżet państwa stoi dzisiaj na barkach mas. Opiera się głównie na podatkach płaconych przez miliony przeciętnie i słabo zarabiających obywateli: na podatku VAT ukrytym w codziennych zakupach, akcyzie oraz podatku PIT. W tym samym czasie najbogatsze grupy ludności i globalne korporacje swobodnie korzystają z preferencyjnych stawek, ulg, agresywnej optymalizacji i międzynarodowych struktur transferu zysków, które redukują ich realne obciążenia fiskalne do minimum.

W świecie malejącej populacji strategia utrzymywania państwa „kosztem maluczkich” przestaje jednak działać. Mniej pracujących i mniej konsumentów to drastyczny spadek wpływów z VAT-u i PIT-u. Jednocześnie lawinowo rosnąca liczba seniorów oznacza potężne wydatki na ochronę zdrowia, system emerytalny oraz usługi publiczne.

W tej sytuacji każda partia polityczna, chcąc utrzymać stabilność kraju i nie stracić poparcia wyborców, stanie pod ścianą. Elity polityczne będą zmuszone zmienić filozofię podatkową i mocniej dociążyć fiskalnie korporacje oraz górne 5 proc. społeczeństwa. Jeśli tego nie zrobią, zostaną zmiecione przez radykalniejsze ugrupowania, które nie będą miały oporów przed opodatkowaniem wielkiego kapitału.

Demograficzna panika elit

W lamentach neoliberałów nad demografią rzadko chodzi o autentyczną troskę o los państwa: chodzi przede wszystkim o obronę konsumpcji, która jest paliwem współczesnego kapitalizmu. Niski poziom dzietności i brak napływu nowych mieszkańców oznacza po prostu kurczenie się bazy konsumentów.

To ludzie młodzi, rodzice z dziećmi oraz nowo przybyli konsumują najintensywniej: to oni zaciągają wieloletnie kredyty, kupują samochody, wynajmują, kupują i remontują mieszkania i tak dalej. Generują w ten sposób stały, wysoki popyt, bez którego korporacje nie są w stanie wykazywać ciągłego wzrostu zysków. Dla środowisk powiązanych z wielkim biznesem stale rosnąca liczba konsumentów to kwestia „być albo nie być”. Właśnie dlatego tak mocno i desperacko naciskają one na politykę pronatalistyczną lub otwarcie granic dla migracji zarobkowej.

Czytaj także Zamiast kombinować, jak zachęcić ludzi do prokreacji, przygotujmy się na erę depopulacji Piotr Wójcik

W praktyce cała ta rzekoma opiekuńczość i troska o przyszłość społeczeństwa to cyniczna gra o utrzymanie wysokich słupków sprzedaży i obrona własnych interesów majątkowych.

Prawdziwym źródłem paniki demograficznej nie jest zatem troska o przyszłość narodu, a strach elit przed utratą dotychczasowej, pełnej kontroli ekonomicznej. Wiedzą one, że kurczące się społeczeństwo zagraża mechanizmom, które przez dekady gwarantowały im zyski. Zamiast jednak rozwiązać ten problem racjonalnie, dzieląc się zyskami z pracownikami, skracając czas pracy i inwestując w stabilność socjalną, kolejny raz próbują pójść na skróty. Stąd powrót patriarchalnego nacisku na kobiety, które przez stulecia zapewniały darmowy, stały dopływ nowej siły roboczej.

Polska jako państwo może funkcjonować nawet przy niskim poziomie zastępowalności pokoleń. Taki scenariusz wymaga jednak reform strukturalnych, w efekcie których elity straciłyby swoją uprzywilejowaną pozycję i nie mogłyby już dyktować nam wszystkim warunków. Tym razem przyjdzie im bowiem negocjować z nowoczesnym, wysoko wykształconym i świadomym swoich praw społeczeństwem, które oby nie pozwoliło założyć sobie na szyję jeszcze krótszej smyczy.

**
Piotr Radecki – twórca i redaktor instagramowego konta publicystycznego wiedza mas, poświęconego analizie zagadnień politycznych, społecznych i gospodarczych. Pasjonat polityki oraz problemów społecznych, popularyzujący wiedzę i zachęcający do krytycznego spojrzenia na współczesne wydarzenia.

Komentarze

Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!

Zaloguj się, aby skomentować
1 Komentarz
najstarszy
najnowszy oceniany
1
0
Komentujące wszystkich krajów, łączcie się!x