Anna Gmiterek-Zabłocka: Pani Olu, tuż po wybuchu pełnoskalowej wojny zdecydowała się pani na wyjazd z kraju, wyjazd w nieznane, z dziećmi, tak jak tysiące innych kobiet z Ukrainy. Był strach?
Olga Tkachuk: Oczywiście. Nikt nie wiedział, co będzie. Ale chciałam chronić dzieci, by były bezpieczne, by nie doświadczyły, czym jest wojna. To była decyzja podjęta wspólnie z mężem. Nie chcieliśmy, by chłopcy widzieli czołgi czy samoloty nad głowami. A czołgi były już na ulicach ukraińskich miast. Dlatego spakowałam się w dwie walizki i wyjechaliśmy. Do granicy dojechaliśmy samochodem, staliśmy 24 godziny w kolejce. Potem przesiedliśmy się do autobusu, gdzie spędziłam z dziećmi kolejne 12 godzin. Po przekroczeniu granicy pomógł nam pan Piotr, który zawiózł nas do Lublina. Nie mam z nim kontaktu, ale jestem mu bardzo wdzięczna. Wszystko było wtedy bardzo trudne, bo nie byłam w stanie przewidzieć, co dalej. Nie miałam wpływu na to, co się dzieje.
Dlaczego chciała pani jechać właśnie do Lublina?
W czasie studiów byłam w Lublinie na Erasmusie. Zrobiłam magisterium z psychologii na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. W miarę dobrze znałam miasto, mówiłam trochę po polsku. Pomyślałam, że tak będzie łatwiej. Po przyjeździe do Lublina znalazła się rodzina, u której mogliśmy przenocować i to życie tutaj powolutku zaczęło się układać, dzięki dobrym ludziom. Nikt nie wiedział wtedy, na ile przyjeżdżamy. Mimo że jestem psycholożką, nie zdawałam sobie sprawy, jaki wpływ wojna i przymusowy wyjazd będą miały na psychikę Ukrainek i Ukraińców, zwłaszcza dzieci. Wszystko działo się bardzo szybko. Nie myślałam o tym, że to może potrwać cztery, a niebawem już pięć lat.
Jak poradziły sobie dzieci?
Starszy syn poszedł do czwartej klasy już po dwóch tygodniach pobytu w Polsce. Nie było mu łatwo, nie znał języka, nie miał kolegów, znalazł się w nowym miejscu. Stres był ogromny, bo nie było jeszcze w szkole asystentki do pomocy ukraińskim uczniom – one pojawiły się dopiero po jakimś czasie. W końcu się odnalazł. W tym roku dostał się do liceum. Młodszy synek trafił do przedszkola, teraz idzie do czwartej klasy. Na początku dzieci codziennie płakały, pytały, kiedy wracamy do domu. Dziś zdarza się to zdecydowanie rzadziej.
Czyli dzieci od początku zaczęły integrację, a co z panią?
Na początku pracowałam w fabryce czekoladek – pakowaliśmy do kartonów czekoladowe bałwanki. Później dowiedziałam się o programie finansowanym przez UNICEF, w ramach którego zatrudniano w szkołach asystentki międzykulturowe i psycholożki. Tak znalazłam pracę jako psycholog w jednej z lubelskich szkół podstawowych. Początki nie były łatwe – nie specjalizowałam się dotąd w traumach, ale zaczęłam się szkolić, by skutecznie pomagać uczniom.
Część dzieci nie mogła się zaaklimatyzować w polskiej szkole, protestowały, miały problem z integracją z innymi dziećmi. Szczególnie nastolatki nie widziały przyszłości, chciały wracać do domu. Pamiętam dzieci, które przyjechały z obszarów objętych pełnoskalową wojną, które naprawdę dużo widziały, w trakcie nalotów siedziały w piwnicach. Bywało, że po przyjeździe do Polski bawiły się w wojnę, rysowały sceny związane z wojną. I to wszystko wspólnie musieliśmy przejść, żeby im pomóc. Ich psychika musiała to przerobić. Tłumaczyłam to rodzicom, ale też polskim nauczycielom.
A pani jak się odnalazła w polskiej szkole?
Bardzo szybko. W ogóle nie czułam się w tym środowisku obco. Nauczyciele mieli mnóstwo pytań, chcieli wiedzieć, jak pomóc dzieciom z doświadczeniem wojny, dużo rozmawialiśmy. Pracowałam tam do grudnia 2023 roku, dopóki były na to pieniądze z UNICEF-u. Potem nikt nam tych umów nie przedłużył. Znalazłam pracę jako psycholog w służbie kryzysowej w formule online.
Na czym polega ta praca?
Zatrudnia mnie jedna z niemieckich organizacji pozarządowych. Mam dyżury i w formule zdalnej udzielam wsparcia Ukrainkom i Ukraińcom, którzy są w różnych miejscach na świecie. Pomagam im w sytuacjach kryzysowych, czyli np. gdy mają myśli samobójcze, ataki paniki, nie wiedzą, co w danej sytuacji zrobić. To nie jest terapia, ale pomoc w kryzysie.
Jakie to na przykład kryzysy?
Bardzo różne. Na przykład kobieta jest w Kijowie, trwa atak, latają nad nią rakiety, a ona nie daje sobie z tym rady. Zaczyna panikować, jest pełna lęku. Mam określone protokoły, czyli mówiąc inaczej standardy postępowania i według nich działam.
Czyli na przykład co jej pani mówi?
To są słowa, które mają ją uspokoić, wyciszyć. Najczęściej pomaga już sama rozmowa. Pytam, co się z nią dzieje, gdzie jest, czy ktoś jest obok. Rozmawiamy, jakie są możliwości na tu i teraz, by dana osoba przeszła choćby w jakieś inne miejsce, gdzie poczuje się bardziej bezpiecznie. Możemy też wspólnie przejść przez określony zestaw ćwiczeń – np. ćwiczenia oddechowe, które przy ataku paniki bywają bardzo pomocne.
Pracuje pani w Polsce, odprowadza podatki?
Tak, od jakiegoś czasu mam też swój gabinet psychologiczny. Przyjmuję dzieci z Ukrainy, ale także z Polski.
Czyli założyła pani własną działalność gospodarczą?
Tak, założyłam firmę. Mam księgową, która mi pomaga, bo te procedury w Polsce są dla mnie trudne, nie zawsze zrozumiałe. To daje mi dużą satysfakcję, zawsze chciałam mieć swój gabinet i pomagać dzieciom.
I z czym się do pani zgłaszają?
Problemy w relacjach z kolegami, problemy z adaptacją w szkole, trudności w nauce, stany lękowe. Nastolatki są szczególnie narażone na kryzysy zdrowia psychicznego. Im najtrudniej się zaaklimatyzować.
A skąd w ogóle wziął się pomysł, by ruszyć z własną firmą?
Nabrałam doświadczenia, pracując w szkole. Wiem, że jestem dobrym fachowcem, bo rodzice mówią mi, że moja praca przynosi efekty. Zarobki? Są wystarczające, by godnie w Polsce żyć. Jest z nami teraz też mój mąż, pracuje jako tłumacz języka angielskiego, także jakoś dajemy radę.
W Polsce brakuje psychologów, terminy na wizyty są często bardzo odległe. Dużo ma pani tych wizyt?
Teraz, w wakacje, trochę mniej, ale w roku szkolnym – sporo. Zapotrzebowanie na ukraińskojęzycznych psychologów jest duże.
W Polsce pojawiają się też ukraińscy weterani. Czy zgłaszają się do pani po pomoc?
Nie. Nie czuję się kompetentna do pracy z wojskowymi, z PTSD (zespół stresu pourazowego). Są psycholodzy, którzy się w tym specjalizują, kształcą, szczególnie w Ukrainie, gdzie potrzeby w tym zakresie są bardzo duże.
Czy w pani życiu na dziś jest przestrzeń na plany albo marzenia?
Staram się planować tylko krótkoterminowo, bo trudno to robić inaczej. Wojna pokazała mi, jak bardzo życie może być nieprzewidywalne. Moim największym marzeniem jest oczywiście zakończenie wojny, żeby wróciło poczucie stabilności. Czy wrócimy do Ukrainy? Nie chciałabym teraz tego deklarować, nie wiem. Dziś czuję, że połowa mnie woła: „wracajmy”, ale druga połowa jest już w Polsce, odnalazła się tu, jest jej tu dobrze. Jeśli chodzi o plany, chcę zapisać się teraz na egzamin ze znajomości języka polskiego na B1.
Mówi się, że Ukraińcy i Ukrainki dziś współtworzą Polskę – co to dla pani oznacza?
Jesteśmy tutaj, pracujemy, nasze dzieci chodzą do polskich szkół, mamy kolegów, przyjaciół. Jestem przekonana, że mamy swój wkład w rozwój gospodarczy Polski. Ale też w rozwój kultury – coś od siebie dokładamy. Mamy na przykład nasze święta – pojawiamy się w naszych wyszywankach, bo to fragment naszej tożsamości, naszej tradycji.
Czy możliwy jest – pani zdaniem – powrót do poprzedniego życia?
Życie nigdy już nie będzie takie, jak było do wojny. Nasze podstawowe poczucie bezpieczeństwa, które mieliśmy wszyscy, zostało utracone. I już zawsze będzie w nas obawa, że świat nie jest bezpieczny, że wojna może rozpocząć się w każdej chwili, że bezpieczeństwo, spokojne życie – nie jest dane raz na zawsze.
A jeździcie do Ukrainy?
Staramy się raz w roku, do moich rodziców. Dzieci bardzo tęsknią za babcią i dziadkiem. Oni mieszkają na wsi, stosunkowo blisko polskiej granicy. Gdy tam jesteśmy i wyją syreny, tłumaczę, zwłaszcza młodszemu synkowi, że to nie oznacza, że od razu coś na nas spadnie. Mówię mu, że te syreny mają nas ostrzec, że są ludzie, którzy je włączają po to, abyśmy wiedzieli, że jest niebezpieczeństwo i żebyśmy mogli na to zareagować. I to go uspokaja – wie, że są inni, którzy o nas dbają czy się o nas martwią.
Czuje się pani wolna?
W Polsce czuję się wolna, tak, oczywiście. A z drugiej strony trudno mówić o pełnej wolności, gdy nie mogę wrócić do domu.
**
Olga Tkachuk – ukraińska psycholożka i była wykładowczyni Narodowego Uniwersytetu „Akademia Ostrogska”. Od 2022 roku mieszka w Lublinie. Udziela zdalnego wsparcia osobom w kryzysie i prowadzi własny gabinet psychologiczny.










Komentarze
Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!