Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Obserwuj Obserwuj

Maraton przez pole bitwy. Wojna w Ukrainie demoluje życie zwierzętom

Być może po raz pierwszy w historii nauka daje nam tak głęboki wgląd w to, jak wojna wpływa na zachowania zwierząt. Przy obecnym zaawansowaniu techniki możemy to śledzić niemal na żywo. Wnioski są przygnębiające.

Na pierwszym planie orlik grubodzioby, za nim zniszczony ukraiński blok i spalone drzewo
1
Walka

Na przełomie marca i kwietnia 2022 roku Denisa przelatywała nad Ukrainą, wybierając trasę na południowy zachód od Kijowa. Samica orlika grubodziobego oznaczona numerem 171034 była w trakcie wiosennej migracji na tereny lęgowe na białoruskim Polesiu. W 2017 roku wyposażono ją w niewielki, bo ważący zaledwie 30 gramów „plecaczek” z nadajnikiem GPS, dzięki któremu od pięciu lat śledzono szlaki jej lotów. Niespodziewanie Denisa gwałtownie skręciła na zachód, zmieniając znacznie swoją rutynową, znaną ornitologom trasę wędrówki.

Czytaj także Odważne dzikie zwierzęta kolonizują miasta. Czas na urbanistykę nie tylko dla ludzi Robert Jurszo

Denisa ucieka przed ostrzałem

Tajemnica nietypowego zachowania wyszła na jaw, gdy odczyty GPS nałożono ma mapę działań wojennych. Okazało się, że w ciągu czterech dni, od 29 marca do 4 kwietnia, Denisa przelatywała w odległości zaledwie 1 km od ostrych walk między Ukraińcami a rosyjskim najeźdźcami. Nocą 29-30 marca, kiedy odpoczywała w pobliżu Białej Cerkwi, miasto znalazło się pod ostrzałem. Przez kolejne dwa dni przemieszczała się w rejonie Makarowa, gdzie również trwały walki, a miasto znalazło się pod ogniem artyleryjskim. W końcu, 4 kwietnia, zrezygnowała ze znanej sobie trasy i skręciła na zachód, starając się oddalić od linii frontu. Późniejsze analizy wykazały, że samica nie tylko zmieniła utrwaloną przez lata drogę migracji, ale w rejonach ogarniętych walkami tempo jej wędrówki wyraźnie spadło.

Denisa była jednym z 19 orlików grubodziobych, których trasy migracyjne z 2022 roku przeanalizowali brytyjscy ornitolodzy. Wyniki opublikowano w maju 2024 roku w czasopiśmie naukowym „Current Biology”. Podstawowy wniosek narzucał się sam: wojna w Ukrainie znacząco zmienia zachowania tych ptaków, ponieważ zmusza je do zmiany szlaków migracyjnych. Każdy z ptaków wydłużył trasę przelotu średnio o 85 km. Wydłużył się też czas przelotu: o 25 proc. w przypadku samic i aż o połowę u samców. Zmniejszyła się też sama prędkość lotu – najbardziej u samców, bo o 30 proc.

Szczególnie niepokojące było inne odkrycie: drastycznie spadła liczba ptaków zatrzymujących się na odpoczynek i żerowanie w Ukrainie. Przed wojną postoje w tym kraju robiło sobie 90 proc. badanych osobników, a w 2022 roku już tylko 32 proc.

­W najbardziej skrajnych przypadkach tę sytuację można porównać do maratonu, podczas którego nie wolno robić przerw na uzupełnienie płynów, a na samym końcu trzeba przebiec dodatkowe osiem mil.

Czytaj także Bocian na śmietnisku. Życie ma łatwiejsze, ale bardziej toksyczne Robert Jurszo

Naukowcy podkreślili, że dla orlików problemem jest nie tylko stres (który może być śmiertelny) czy zwiększony koszt energetyczny, jaki wiąże się z dłuższym przelotem nad Ukrainą. Ptaki doleciały na lęgowiska w Białorusi bardziej wymęczone, więc musiały dodatkowo odpocząć przed przystąpieniem do lęgów. To zaś oznacza kolejne zagrożenia. Osłabieni rodzice mogą polować z mniejszym sukcesem, więc część młodych może paść z głodu albo wejść w życie w gorszej kondycji. Skoro rodzice spóźnili się na lęgi, to i młode ptaki z gniazd wylecą później, będą więc miały mniej czasu na przygotowanie się do pierwszej jesiennej migracji. Orliki grubodziobe wychowują rocznie tylko jedno młode, a sukces lęgowy u tego gatunku jest stosunkowo niski – wynosi ok. 60 proc. Jeśli weźmiemy pod uwagę, że poleska populacja lęgowa stanowi ok. 15 proc. całej europejskiej populacji tego gatunku, to może się okazać, że przedłużająca się wojna w Ukrainie ma znaczenie dla globalnej ochrony tego ptaka. A orlik grubodzioby już jest zagrożony wyginięciem.

Jednak nie tylko „drapole” są pod presją wojennej zawieruchy. Wojna w Ukrainie ma też gigantyczny wpływ na zachowania dzikich ssaków.

Człowiek, wojenny drapieżnik

Pokazało to opublikowane w „Science” w czerwcu 2026 roku badanie „Changes in wildlife activity patterns in response to war in Ukraine”, które dotyczyło głównie rysi, jeleni, saren, łosi, lisów, zajęcy, dzików, jenotów oraz borsuków zamieszkujących Czarnobylską Strefę Wykluczenia. Rozciąga się ona wokół elektrowni jądrowej, w której w 1986 roku doszło do eksplozji reaktora. Kiedy wysiedlono stamtąd ludzi i opuszczono infrastrukturę, przyroda zaczęła odzyskiwać przestrzeń. Wzrosły populacje kopytnych – w tym koni Przewalskiego – a także wróciły duże drapieżniki, w tym wilki i niedźwiedzie. Miejsce, po którym spodziewano się, że zostanie zniszczone przez śmiercionośne promieniowanie, stało się największą w Europie oazą dzikości.

Rosyjska armia zajęła Czarnobylską Strefę Wykluczenia zaraz na początku pełnoskalowego konfliktu w Ukrainie i okupowała ten obszar od 24 lutego do 31 marca 2022 roku. Ślepy traf chciał, że rok wcześniej naukowcy badający faunę tego obszaru rozmieścili fotopułapki. Dzięki temu przez 36 dni walk o Strefę można było niemal na żywo śledzić ich wpływ na zachowania zwierząt, by potem przeprowadzić szczegółowe analizy.

Fundamentalna zmiana dotyczyła sposobu patrzenia zwierząt na ludzi. Przed wojną nasz gatunek był tam postrzegany jako – jak ujęli to naukowcy – „nonlethal disturbance”, co można przetłumaczyć jako „nieśmiercionośne zaburzenie”. Oznacza to, że dzikie zwierzęta nas unikały, ale ta antropofobia nie była ekstremalna, bo ludzka obecność nie wiązała się z ryzykiem śmierci. Wszystko zmieniło się, kiedy Czarnobylską Strefę Wykluczenia ogarnęły walki: ludzie w oczach zwierząt zamienili się w „lethal threat functionally analogous to animal predators” – „śmiertelne zagrożenie funkcjonalnie analogiczne do drapieżników zwierzęcych”.

Zmianie uległa również dobowa aktywność badanych ssaków. Zwykle jest tak, że te, które żyją w pobliżu nas, prowadzą nocny tryb życia, by nie musieć się na nas zbyt często natykać. Jednak natężenie działań wojennych właśnie nocą sprawiło, że jelenie, lisy, łosie oraz sarny częściej były aktywne w dzień. Inaczej zachowywały się rysie i zające: pozostały aktywne nocą, a niekiedy jeszcze bardziej niż dotychczas kryły w ciągu dnia.

Czytaj także Ja też nie chcę zabijania dzików. Ale pomysły aktywistów ich nie uratują Robert Jurszo

Na zachowania zwierząt wpływ miała również intensywność walk. Wydaje się, że najbardziej dotkliwa była dla saren, ponieważ kiedy działania zbrojne wzmagały się, to te zwierzęta najrzadziej pojawiały się na nagraniach. Co ciekawe, inaczej reagowały inne jeleniowate – jelenie, które fotopułapki „łapały” najczęściej właśnie wtedy, gdy ostrzał się nasilał, a wojenne pożary ogarniały lasy Strefy. Prawdopodobnie różnica ta wynikała z odmiennego sposobu reakcji na niebezpieczeństwo: sarny czekały w ukryciu, aż zagrożenie minie, natomiast jelenie szukały bezpiecznych miejsc.

Różne ssaki odmiennie reagowały również na budynki i infrastrukturę. Sarny i jelenie ich unikały, ale już rysie i lisy wręcz przeciwnie. Jeśli chodzi o dzikie koty, to najczęściej w tego rodzaju miejscach widywano je podczas pożarów. Prawdopodobnie po prostu szukały schronienia. Zdaniem autorów badania znaczenie może mieć również to, że duże drapieżniki (powyżej 15 kg) lepiej znoszą ludzką obecność, jeśli tylko wiąże się to z jakimiś korzyściami. Lisy zaś były widywane przy zabudowaniach, również tych zajętych przez ludzi, w tym wojsko, w zasadzie stale. Chowały się tam i szukały okazji znalezienia czegoś do jedzenia, np. odpadków.

Ale wojna zmienia nie tylko dzikie zwierzęta – sprawia, że dziczeją te udomowione.

Mały pies pożyje dłużej

W czerwcu 2025 roku w czasopiśmie naukowym „Evolutionary Applications” ukazało się badanie poświęcone psom w Ukrainie. Wykazano w nim, że obecny konflikt zmienia zarówno fizyczność tych zwierząt, jak i zachowanie. Część materiału badawczego – w tym próbki włosowe, nagrania z dronów i dane obserwacyjne – pomagali gromadzić sami ukraińscy żołnierze. Autorzy artykułu zaznaczyli, że ich udział był bezcenny, ponieważ mogli dotrzeć tam, gdzie nie było to możliwe dla cywili, w tym badaczy.

Sytuacja tych zwierząt jest fatalna. Blisko pierwszej linii walk dominują psy młode, bo te stare i ranne mają nikłą szansę na przeżycie. Giną z braku opieki medycznej albo przegrywając konkurencję o pożywienie, którego tam niewiele. Z analizy wynika, że ponad 80 proc. psów strefy przyfrontowej jest niedożywiona. Analizy ich diety wskazywały przede wszystkim na mało odżywczy niskobiałkowy pokarm roślinny, przypuszczalnie ziemniaki, kasze, a nawet chleb czy kukurydzę.

Czytaj także Jeleń z Temu i „ostatni list”. Jak polskie łowiectwo estetyzuje zabijanie Robert Jurszo

Zaobserwowano, że zwierzęta żyjące na obszarach, gdzie toczą się walki, mają cechy upodabniające je do dzikich psowatych: typowy średniej długości pysk, proste uszy i niedługą, prostą sierść. Najwięcej tam psów małych i średniej wielkości (od 20 do 40 cm wysokości). Prawdopodobnie dlatego, że te są w stanie przejść pod potykaczami – rozciągniętymi drutami, których potrącenie aktywuje zapalnik miny. Te wyższe często giną rozrywane przez ładunki wybuchowe, na co wskazują obserwacje frontowe żołnierzy. Mniejsze psy mają też większą szansę na uniknięcie ran od odłamków. Większe, ze względu na większą powierzchnię ciała, są zdecydowanie bardziej narażone na trafienie szrapnelem.

Psy w rejonach działań wojennych zmieniły również zachowania społeczne. Częściej się grupują – w pary, tria czy większe stada – niż psy żyjące w bezpieczniejszych regionach, gdzie dominują osobniki samotne. W ocenie badaczy to strategia pozwalająca na obronę zdobyczy przed innymi czworonogami i pomagająca zdobywać pokarm. Choć psie watahy częściej korzystają z padliny – udokumentowano też przypadki żerowania na ludzkich zwłokach – to zdarza się, że polują na dzikie zwierzęta. Z tą ostatnią grupą wiąże się przypuszczenie, że należące do niej psy unikają ludzi. Te, które ludzi się nie boją, jedzą głównie roślinnie, co wykazały analizy próbek włosowych. Ale, generalizując, psy przyfrontowe unikają kontaktu z ludźmi. Badacze wskazywali, że niektóre z nich, szczególnie te w typie ras pierwotnych, bywały agresywne, kiedy próbowano się do nich zbliżyć.

To też są ofiary

Z przedstawionych badań płynie przygnębiający wniosek: wojna w Ukrainie demoluje życie nie tylko ludziom, ale również zwierzętom. Te dzikie tracą swoje siedliska. Zmieniają swoje naturalne nawyki, by dostosować się do nowej rzeczywistości, znaczonej maszynowym ogniem, ostrzałami artyleryjskimi i pożarami od bombardowań. Psy, choć wręcz idealnie przystosowane do życia z człowiekiem, w realiach frontowych zaczynają dziczeć, zrywając nić wzajemnego porozumienia, która ciągnie się od tysięcy lat. Te wszystkie gatunki również są ofiarami rosyjskiej agresji na Ukrainę.

Komentarze

Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!

Zaloguj się, aby skomentować
1 Komentarz
najstarszy
najnowszy oceniany
1
0
Komentujące wszystkich krajów, łączcie się!x