Do Polski wleciała rosyjska rakieta Ch-101 i upadła na Lubelszczyźnie, całe szczęście w miejscu niezamieszkanym. Wywołało to w naszym kraju kolejny zryw debaty o tym, czemu nie strzelamy do rakiet i dronów wlatujących do naszej przestrzeni powietrznej – i czy jako społeczeństwo jesteśmy gotowi na zdarzenia kryzysowe tego typu.
Na pierwsze pytanie nie odpowiem – kwestię strategii, procedur i militarnej zasadności takich, a nie innych działań pozostawiam wojskowym i ekspertom od armii i wojny. Na drugie pytanie odpowiedź jest prosta, krótka i smutna: nie jesteśmy gotowi na nic.
Kryzysowe działania pozorowane
Za szeregiem działań pozorowanych w obszarze obrony cywilnej i zarządzania kryzysowego stoi chyba poczucie (albo przeczucie), że jakby co, to jakoś to będzie, jak zwykle. Przygotowanie i procedury zastąpi tradycyjny narodowy zryw, a zamiast systemu na powierzchni utrzymają nas ludzie-boje, czyli wszystkie te osoby, które poważnie traktują potencjalne zagrożenia i działają: zapisują się i przechodzą szkolenia medyczne, przygotowują „kryzysowe plecaki”, starają się zadbać o swoją społeczność.
Niedawno dobra znajoma, tutaj, na Podlasiu, powiedziała mi, że we wrześniu jedzie na szkolenie WOT. Długo o tym myślała, rozważała wszystkie za i przeciw, dochodząc ostatecznie do wniosku, że nie ma sensu oglądać się na innych, że o ciebie zadbają, jak coś złego się wydarzy. Trzeba brać odpowiedzialność samemu, za siebie i innych, trzeba korzystać z tych możliwości, które są w ramach systemu, takiego, jaki jest.
Pogratulowałam jej tej decyzji. Cieszę się, bo ostatnio poznałam kilka osób, które służą w WOT i nie są to osoby, które nudzą się w weekend, czy zgłosiły się do służby, by bezkarnie bić migrantów albo dla rozrywki postrzelać na poligonie. Kiedy o nich myślę, to wiem, że rozrachunek na akcyjne zaangażowanie tysięcy ludzi w razie kryzysu poważniejszego niż jedna zbłądzona rakieta nie jest tak zupełnie przestrzelony.
Przechył na Ukrainę
Ta rosyjska rakieta nie daje mi jednak spokoju z innego powodu. Uświadomiła mi, co jest nie tak z całą tą dyskusją wokół Ukrainy i relacji polsko-ukraińskich, która przetoczyła się w ostatnich tygodniach przez różne łamy i socialowe walle. Od dłuższego czasu towarzyszy mi bowiem przeczucie, że nawet ci, którzy w dyskusję na temat włączają się w dobrej wierze i z trzeźwym głosem, chcąc nie chcąc pozwalają się instrumentalizować w służbie wrogiej propagandy. Cały bowiem przechył publicznej debaty w stronę Ukrainy jako centralnego problemu to punkt dla Kremla.
Rosyjskie zagrożenie, mimo że ciągłe i aktywne, jest zupełnie odrealnione. Nie potrafią o nim przekonująco mówić ani politycy, ani eksperci, ani media. Znaleźliśmy się zatem w przedziwnym miejscu.
Rosyjskie służby prowadzą bez przerwy działania wymierzone w Polskę, w bezpieczeństwo publiczne (akty sabotażu np. na kolei, cyberataki) i demokratyczne podstawy państwowości (zmasowana dezinformacja i propaganda). W swojej publicznej retoryce rosyjskie władze i propaganda są wobec Polski skrajnie napastliwe, groźby agresji militarnej i użycia broni jądrowej pod adresem naszego kraju powtarzały się niejednokrotnie w ciągu minionych kilku lat.
W perwersyjny wręcz sposób Kreml okazuje Polsce swoją pogardę i nienawiść, bo jak inaczej wytłumaczyć otwarcie 10 kwietnia wystawy pod tytułem „10 wieków polskiej rusobofii” na terenie cmentarza w Katyniu? Ta głośna wystawa, wcześniej prezentowana w Moskwie, przedstawia Polskę jako kraj awanturniczy i zaślepiony nienawiścią wobec poczciwej matuszki Rosji i ZSRR. Bo to przecież Polska, jakbyście nie wiedzieli, napadła w 1919 roku i to Polska doprowadziła do III wojny światowej, bo zawiązała sojusz z Hitlerem.
Tragedia i fanaberia
Mimo to, zarówno z tego, co dociera do mnie z sieci, ale i z niezobowiązujących rozmów z ludźmi przy różnych codziennych okazjach, odnoszę wrażenie, że nie mają świadomości, jak wielki jest ładunek propagowanej odgórnie w Rosji nienawiści do Polski. Nie doświadczają też konsekwencji wrogich działań Rosji, bo polskim służbom – czasem lepiej, a czasem gorzej, ale generalnie naprawdę nieźle, nawet jeśli towarzyszy im fatalna komunikacja na poziomie politycznym – udaje się zapobiegać albo neutralizować je w taki sposób, że nie doprowadziły dotychczas do żadnej wielkiej tragedii z dużą liczbą ofiar.
Nie jestem jednak przekonana, że na tym etapie obróbki przez rosyjskie operacje wpływu nawet takie wydarzenie przyniosłoby zasadniczą zmianę społecznych postaw, które kształtuje przekonanie, że wojna to jakaś ukraińska fanaberia, coś, czym Ukraińcy na złość zawracają nam głowę.
Uświadomienie, że wsparcie Ukrainy w jej wojnie obronnej jest nie tyle elementem naszej polityki wobec Ukrainy, co naszym jedynym efektywnym narzędziem polityki wobec skrajnie wrogiej nam Rosji, jakoś nie przychodzi. Nawet wtedy, kiedy w Polsce wybucha rosyjska rakieta.










Komentarze
Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!