Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Obserwuj Obserwuj

Jak Francisco Franco nie uratował Hiszpanii przed komunizmem

Czy frankiści bronili religii, czy kościelnych majątków? Rozprawiamy się z mitami na temat wojny domowej w Hiszpanii.

ObserwujObserwujesz
Czarno-białe zdjęcie Francisco Franco w mundurze, za nim krwawa czerwona woda
1
Walka

1

Niedawno minęło okrągłe dziewięćdziesiąt lat od wybuchu hiszpańskiej wojny domowej. Mimo upływu czasu konflikt działa na wyobraźnię nie tylko Hiszpanów – polska prawica szczególnie upodobała sobie postać generała Francisco Franco i chociaż szczyt jego kultu przypadł raczej na poprzednią dekadę, gdy wydawnictwa pokroju Frondy wydały wiele hagiograficznych książek, to echa tych wysiłków na polu polityki historycznej słychać do dziś.

Na najwyższych stanowiskach państwowych są osoby niegdyś wychwalające hiszpańskiego dyktatora (np. Sławomir Cenckiewicz, przewodniczący Rady Bezpieczeństwa i Obronności przy Prezydencie RP), a stronę nacjonalistyczną wciąż upamiętniają m.in. politycy Konfederacji oraz działacze Młodzieży Wszechpolskiej. Jeden z liderów tej ostatniej był oburzony, że przy okazji zakończonego niedawno mundialu na stadionach zakazane było wnoszenie flag frankistowskiej Hiszpanii. Bo przecież było to wspaniałe państwo, bastion cywilizacji, wzniesiony po heroicznej i rycerskiej walce z czerwonymi, którzy zagrażali przyszłości kraju. Ile jest prawdy w tych twierdzeniach? Oczywiście niewiele.

Komunistyczna dyktatura z liberałami na czele

Naczelnym argumentem na rzecz wojskowego zamachu stanu z 17 lipca 1936 roku jest to, że puczyści mieli bronić kraju przed władzą komunistów. Problem w tym, że takowej w Hiszpanii wtedy nie było. Owszem, wybory na początku roku wygrał Front Ludowy, w którego skład wchodziła komunistyczna PCE, ale miała ona bardzo podrzędną rolę i na kilkuset deputowanych jedynie siedemnastu reprezentowało tę partię. Jeśli oznaczało to rządy komunistów, to równie dobrze można mówić, że obecnie Polską rządzi partia Zieloni, bo przecież stanowili część zwycięskiej Koalicji Obywatelskiej.

Czytaj także Moja hiszpańska pamięć historyczna Jakub Szafrański

Odpowiedzią na to będzie, że socjalistyczna PSOE również była w tamtych czasach partią radykalną, a jednego z jej liderów, Francisco Largo Caballero, nazywano hiszpańskim Leninem. Nawet jeśli uznać ten argument, to socjaliści także nie rządzili krajem – nie weszli w skład rządu, który po wyborach stworzyli najbardziej umiarkowani członkowie Frontu Ludowego, czyli Unia Republikańska i Republikańska Lewica, ugrupowania socjalliberalne i na pewno nie antysystemowe. Mniej przywiązani do instytucji republikańskich byli konserwatywni i nacjonalistyczni wojskowi, którzy zamach stanu zaczęli planować jeszcze przed utworzeniem centrolewicowego rządu, a więc nie w reakcji na jakiekolwiek posunięcia Frontu Ludowego, reprezentowanego u władzy przez jego zachowawcze skrzydło.

Tak naprawdę komuniści szansę na rządzenie Hiszpanią zawdzięczali właśnie Franco i reszcie generałów, którzy wzniecili wojnę domową. Mobilizacja w obronie Republiki prowadziła do radykalizacji społeczeństwa. Jednocześnie strona republikańska potrzebowała zagranicznej pomocy, aby móc walczyć z dysponującymi dużym wsparciem faszystowskich Włoch i nazistowskich Niemiec nacjonalistami. Mocarstwa zachodnie wybrały neutralność, co oznaczało konieczność zwrócenia się do ZSRR – wraz z radzieckimi czołgami i karabinami na Półwysep Iberyjski przywędrowali agenci NKWD, zaś PCE szybko zaczęła zyskiwać na znaczeniu jako siła powiązana z głównym dostawcą broni dla republikańskiej Hiszpanii.

Nawet jeśli z wojny domowej w przypadku zwycięstwa republikanów wyłoniłaby komunistyczna dyktatura, to byłaby to wyłącznie zasługa nacjonalistów, którzy umożliwili PCE zdobycie realnych wpływów politycznych. Franco gasił krwią pożar, który sam wraz z kolegami rozniecił. Paradoks polega więc na tym, że chociaż zamach stanu miał rzekomo uchronić Hiszpanię przed komunizmem, to w praktyce właśnie on stworzył warunki, w których komuniści po raz pierwszy uzyskali realny wpływ na politykę państwa. Gdyby nie wojna domowa, PCE najprawdopodobniej pozostałaby niewielką partią pozostającą na marginesie hiszpańskiej sceny politycznej.

Krucjata w obronie wiary czy kościelnego dobytku?

No dobrze, skoro pucz nie był przeciwko komunistom, to może przynajmniej część o obronie religii katolickiej przed bezbożnikami pokrywa się z rzeczywistością? Tu zarzuty względem strony republikańskiej nie są już aż tak fantastyczne i wyssane z palca. Faktem jest, że jeszcze przed wojną dochodziło do podpaleń kościołów i klasztorów, np. podczas antyklerykalnych zamieszek w maju 1931 roku. Rząd ograniczał także uprzywilejowaną pozycję Kościoła: rozdzielił go od państwa, rozwiązał zakon jezuitów, znacjonalizował część majątku kościelnego i usunął nauczanie religii ze szkół publicznych. Były to jednak działania mieszczące się w ramach świeckiej reformy państwa, a nie próba fizycznej likwidacji katolicyzmu. Władzom Republiki Hiszpańskiej daleko było chociażby do o kilka lat wcześniejszych wysiłków rządu meksykańskiego, które doprowadziły do wybuchu powstania Cristeros.

Czytaj także Naziści Schrödingera albo czy Hitler był lewakiem Artur Troost

Warto przy tym pamiętać o źródłach ówczesnego antyklerykalizmu. Kościół katolicki należał do najpotężniejszych właścicieli ziemskich w Hiszpanii, cieszył się licznymi przywilejami i był ściśle związany z monarchią oraz konserwatywnymi elitami. Dla wielu robotników i chłopów stanowił nie tyle instytucję religijną, co filar niesprawiedliwego porządku społecznego. Gdy znaczna część hierarchii kościelnej otwarcie poparła wojskowy zamach stanu, a buntownicy przedstawili swoją walkę jako katolicką „krucjatę”, gniew wobec duchowieństwa jeszcze bardziej się nasilił, prowadząc do zaostrzenia represji przeciwko Kościołowi katolickiemu w pierwszych miesiącach wojny domowej.

W przeważnie oddolnych wystąpieniach zabito blisko siedem tysięcy duchownych. Dałoby się tego uniknąć, gdyby wojskowi nie rozpętali wojny przeciwko legalnej władzy i nie rozpoczęli konfliktu, który błyskawicznie doprowadził do załamania struktur państwa oraz wybuchu rewolucji społecznej na terenach pozostających pod kontrolą Republiki. To właśnie wojna stworzyła warunki, w których lokalne bojówki zaczęły samodzielnie wymierzać sprawiedliwość rzeczywistym i domniemanym przeciwnikom politycznym.

Zresztą represje wobec duchownych nie były ograniczone do strony republikańskiej – nacjonaliści również mordowali księży, jeśli uznawali ich za przeciwników politycznych lub zwolenników baskijskiego czy katalońskiego nacjonalizmu. Szczególnie dotknęło to duchowieństwo baskijskie, którego część pozostała lojalna wobec Republiki. W pierwszych miesiącach wojny wojska Franco rozstrzelały m.in. szesnastu baskijskich księży, mimo protestów Watykanu. Nie jest to zachowanie, którego można byłoby się spodziewać ze strony samozwańczych obrońców wiary katolickiej.

Rycerska armia generała Franco

Najbardziej zakłamującym historię mitem na temat hiszpańskiej wojny domowej może być jednak ten, w którym nacjonalistów przedstawia się jako honorowych i szlachetnych obrońców zwykłych Hiszpanów przed bolszewickim terrorem. Historycy na ogół nie mają wątpliwości, że choć zbrodni dopuszczały się obie strony konfliktu, ich charakter był odmienny. Na terenach republikańskich terror miał przede wszystkim charakter spontaniczny i był w dużej mierze skutkiem rozpadu aparatu państwowego w pierwszych miesiącach wojny. Rząd stopniowo odzyskiwał kontrolę nad sytuacją i ograniczał samowolę bojówek.

Tymczasem po stronie nacjonalistycznej przemoc stanowiła świadomy element strategii wojskowej i politycznej. Masowe egzekucje przeciwników, działaczy związkowych, nauczycieli, samorządowców czy osób podejrzewanych o sympatie republikańskie były organizowane i akceptowane przez dowództwo wojskowe jako narzędzie zastraszenia społeczeństwa. Tę asymetrię podkreślają szacunki dotyczące bilansów terrorów czerwonego i białego – o ile republikanie mieli na sumieniu ok. 40-50 tysięcy ofiar, czyli niemało, to nacjonaliści ich wyraźnie przebili, zabijając kilkakrotnie więcej cywilów (najczęściej przyjmuje się widełki 150-200 tysięcy).

To jednak tyle suche liczby, którymi trudno wyrazić skalę brutalnego okrucieństwa wojny domowej. Na zdobywanych terenach rozstrzeliwano burmistrzów, nauczycieli, działaczy związkowych czy członków rodzin republikanów. W wielu miejscowościach egzekucje odbywały się jeszcze długo po zakończeniu działań wojennych. Ciała ofiar wrzucano do anonimowych, masowych mogił, z których wiele pozostaje nieodkrytych do dziś.

Integralnym elementem wojny prowadzonej przez nacjonalistów była również przemoc seksualna. Wkraczając do kolejnych miast i wsi oddziały frankistowskie regularnie dopuszczały się gwałtów na kobietach utożsamianych z Republiką, nierzadko na oczach ich mężów, dzieci lub sąsiadów. Nie były to odosobnione incydenty wynikające z braku dyscypliny, lecz powszechna i akceptowana przez dowództwo metoda siania terroru. Generał Queipo de Llano w radiowych przemówieniach otwarcie zachęcał swoich żołnierzy do gwałcenia sympatyczek Republiki, które miały w ten sposób poznać „czym są prawdziwi mężczyźni”.

Czytaj także Oto prawdziwa broń masowego rażenia: gwałt wojenny Paulina Januszewska

Barbarzyńskich praktyk nie ukrywano nawet przed zagranicznymi korespondentami. Jeden z nich opisał sytuację, w której na jego oczach dwie młode Hiszpanki (u jednej znaleziono kartę związkową) oddano kilkudziesięciu marokańskim żołnierzom z oddziału armii generała Franco. Protestującego dziennikarza uspokoił z uśmiechem jeden z oficerów, zapewniając go, że kobiety przeżyją maksymalnie kilka godzin. Niezależnie od tego, czy przemocy seksualnej towarzyszyły egzekucje ofiar, jej szerokie stosowanie miało pokazać mieszkańcom zdobytych terenów, jaki los czeka wszystkich uznanych za sympatyków Republiki.

Frankistowskie represje nie zakończyły się wraz z wojną. Przez kolejne lata przez sieć obozów koncentracyjnych, więzień i batalionów pracy przymusowej przewinęły się setki tysięcy ludzi. Więźniowie wykorzystywani byli do odbudowy infrastruktury i realizacji wielkich inwestycji państwowych, w tym budowy monumentalnej Doliny Poległych. Obozy koncentracyjne funkcjonowały do późnych lat czterdziestych, podczas gdy obozy pracy istniały jeszcze w latach sześćdziesiątych.

„Ocalona” Hiszpania nie chce mieć nic wspólnego ze swoim „zbawcą”

W oczach zwolenników generała Franco czy ogólnie strony nacjonalistycznej w wojnie domowej wszystkie zbrodnie miały być uzasadnione przez uratowanie Hiszpanii przed „większym złem” oraz zbudowanie kraju konserwatywnego i wiernego tradycji. O bzdurności traktowania puczystów jako zapory przed bolszewizmem już napisałem, ale nawet jeśli uznać, że celem było zatrzymanie liberalnych i świeckich przemian zachodzących w Hiszpanii (a nie np. zaprowadzenie dyktatury lub obrona stanu posiadania elit), to z perspektywy dziewięćdziesięciu lat trudno mówić o sukcesie. To obecnie kraj rządzony przez centrolewicowe PSOE, jeden z najbardziej progresywnych i zsekularyzowanych na świecie.

Reżim generała Franco udowodnił, że wskazówek zegara nie da się cofnąć, nawet przy użyciu terroru. Po niemal czterech dekadach dyktatury Hiszpania wróciła na drogę demokratyzacji, a kolejne pokolenia odrzuciły znaczną część wartości, które reżim próbował narzucić siłą. Dziś tradycyjny sojusz tronu, ołtarza i armii jest tam przede wszystkim przedmiotem historycznych opracowań.

Rządy Pedro Sáncheza przyniosły pogrobowcom frankizmu również szereg porażek symbolicznych, na czele z przeniesieniem szczątków niegdysiejszego dyktatora z Doliny Poległych. Ogromny kompleks cmentarny został wzniesiony za czasów dyktatury Franco z zamiarem stworzenia tam mauzoleum generała. W ostatnich latach państwo prowadzi również intensywne ekshumacje masowych grobów ofiar frankizmu oraz wspiera identyfikację zamordowanych, odwracając politykę wieloletniego milczenia. Nawet w Polsce miłość do Franco wydaje się tracić na popularności. Kolejne rocznice związane z wojną domową lub frankistowskim reżimem spotykają się z malejącym zainteresowaniem, jeśli chodzi o rozgłos medialny. Nie jestem jednak pewien, na ile wynika to z wyleczenia się z uwielbienia dla krwawej dyktatury, a na ile jest po prostu efektem znużenia tematem. W pewnych środowiskach wciąż można usłyszeć opowieści o „uratowaniu Hiszpanii przed komunizmem”, „rycerskich nacjonalistach” czy „krucjacie w obronie cywilizacji chrześcijańskiej”, choć wszystkie są w najlepszym wypadku mocno wątpliwe.

Hiszpania w ostatnich latach zrobiła wiele dla zerwania z dziedzictwem frankizmu, polska prawica na razie pozostaje w tyle.

Komentarze

Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!

Zaloguj się, aby skomentować
1 Komentarz
najstarszy
najnowszy oceniany
1
0
Komentujące wszystkich krajów, łączcie się!x