Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Obserwuj Obserwuj

Lewicowy radykalizm? Uczmy się go od dawnej centrolewicy

Masowe nacjonalizacje, przejmowanie banków, demokratyzacja zarządzania przedsiębiorstwami, stopniowe uspołecznienie kapitału. Nie, to nie program współczesnej „skrajnej lewicy”, lecz postulaty partii, które jeszcze pół wieku temu uchodziły za zwykłą socjaldemokrację i stanowiły część politycznego mainstreamu.

ObserwujObserwujesz
Two men in business suits face each other outside a storefront with a 'Parti Socialiste' sign above the door
1
Celnie!

1

Wielu prawicowców lubi twierdzić, że w przeszłości byliby centrystami, bynajmniej nie ze względu na zmianę poglądów – to świat popędził w lewo, podczas gdy oni pozostali w miejscu. Obrazują to różne popularne memy. W jednym lewicowiec wraz z upływem lat ustawia się coraz dalej po lewej, aż niegdysiejszy centrolewicowiec, nie ruszywszy się z miejsca, nagle znajduje się na prawo od centrum i zostaje przez „lewaka” okrzyknięty faszystą. W innym lewicowiec po prostu popycha centrystę w ramiona prawicowca, aby następnie go zwyzywać. Sens jest ten sam.

Są być może kwestie, w których tego typu retoryka przynajmniej częściowo pokrywa się z rzeczywistością. Przykładowo w respektowaniu praw osób LGBT+ na przestrzeni półwiecza dokonała się prawdziwa rewolucja. Jeśli jednak chodzi o politykę w szerszym wymiarze, to sytuacja jest wręcz odwrotna – dawni umiarkowani centrolewicowcy dziś zostaliby nazwani niebezpiecznymi radykałami za sprawą socjaldemokratycznych programów gospodarczych, których aktualnie baliby się bronić najskrajniejsi lewicowi politycy.

Czytaj także Nie będzie demokracji, dopóki istnieją miliarderzy Artur Troost

Mélenchon umiarkowanym pupilem Mitterranda?

Jedną z bardziej polaryzujących postaci na europejskiej scenie politycznej pozostaje Jean-Luc Mélenchon, od co najmniej dekady główny lider francuskiej lewicy. Krytycy zwykle nazywają go niebezpiecznym populistą, którego radykalizm objawia się w wielu aspektach, od rzekomego prowokowania ulicznej przemocy, poprzez promowanie antysemityzmu, aż po chęć doprowadzenia Francji do ruiny gospodarczej za sprawą iście komunistycznego programu gospodarczego. Jeśli chodzi o to ostatnie, to po dokładniejszej analizie okaże się, że bardziej radykalny był półwiecze temu François Mitterrand, lider Partii Socjalistycznej i późniejszy centrolewicowy prezydent.

Wśród jego „110 propozycji dla Francji” z 1981 roku oraz w o dziewięć lat starszym wspólnym programie lewicy znajdziemy m.in. postulaty wprowadzenia daleko idącej samorządności pracowniczej oraz dokonania masowych nacjonalizacji. To pierwsze miało oznaczać przyznanie realnych kompetencji radom pracowniczym, które uczestniczyłyby w zarządzaniu przedsiębiorstwami. Drugie wiązałoby się z objęciem kontrolą państwową najważniejszych sektorów gospodarki. Gdy socjaliści doszli do władzy, w rękach publicznych znalazło się 13 z 20 największych francuskich firm, praktycznie cały sektor bankowy i większość gigantów przemysłowych. Celem było rozruszanie pogrążonego w kryzysie kraju i ożywienie kulejącej gospodarki, a zarazem pobudzenie innowacji – m.in. za sprawą tego ostatniego jest to epoka obecnie często idealizowana przez fanów retrofuturyzmu.

A co na to wszystko Mélenchon? Przywódca Francji Niepokornej mimo nierzadko antysystemowej retoryki nie ukrywa sympatii dla socjalistycznego prezydenta, ciepło wspominając swoje spotkania z nim w czasach politycznej młodości i czasem kreując się na jego spadkobiercę. Programowo jednak na ogół nie dorównuje Mitterrandowi w poziomie ambicji. Nacjonalizacje? Autostrady, sektory energetyczny i finansowy może tak, ale raczej nie więcej. Samorządność pracownicza? Niepokorni nie idą tak daleko, jak swego czasu socjaliści. Nawet podwyżki płacy minimalnej czy świadczeń emerytalnych są skromniejsze w programie niepokornych niż u centrolewicy z lat siedemdziesiątych. Co prawda u obu można znaleźć groźnie brzmiące postulaty wprowadzenia elementów zdecentralizowanego planowania ekonomicznego (tudzież ekologicznego), ale ogółem program gospodarczy Francji Niepokornej nie wypada bardziej radykalnie niż propozycje Mitterranda, którego niewielu nazwałoby radykałem.

Stare a nowe Labour

Odpowiednikiem Mélenchona w roli symbolu lewicowego radykalizmu w Wielkiej Brytanii może być Jeremy Corbyn, który w podobnym momencie awansował do politycznej pierwszej ligi, ale w przeciwieństwie do lidera niepokornych zdążył z niej wypaść, aktualnie stojąc na czele raczej pozbawionej perspektyw Twojej Partii. Jako lider laburzystów w drugiej połowie ubiegłej dekady Corbyn dał się poznać jako zwolennik interwencjonizmu gospodarczego, który objawiał się m.in. poparciem dla zielonej transformacji opartej na inwestycjach publicznych oraz renacjonalizacji takich usług publicznych jak kolej, poczta czy wodociągi.

Czytaj także Giscardpunk, czyli nostalgia za państwowym interwencjonizmem Artur Troost

Ponownie blednie to w porównaniu z propozycjami niektórych z dawniejszych przywódców Partii Pracy. Mowa przede wszystkim o Michaelu Foocie, który objął stery partii po przegranych wyborach w 1979 roku, z obietnicą „fundamentalnego i nieodwracalnego przesunięcia równowagi sił oraz podziału bogactwa na korzyść ludzi pracy i ich rodzin”. Tak jak we Francji z programu Mitterranda, miały temu służyć masowe nacjonalizacje oraz poszerzenie praw pracowniczych. Jako odpowiedź na kryzys przewidziano pięcioletni plan gospodarczy, opracowany wspólnie przez rząd, związki zawodowe i przedsiębiorców, którego fundamentem byłaby państwowa polityka inwestycyjna na niespotykaną we wcześniejszej historii kraju skalę, przewyższająca także obietnice wiele lat później składane przez Corbyna.

Program wyborczy ułożony przez stronników Foota był wyszydzany jako „najdłuższy list samobójczy w historii”, a klęska wyborcza laburzystów w 1983 roku do dzisiaj służy jako argument przeciwko jakkolwiek lewicowej reorientacji Partii Pracy. Zapomina się przy tym, że laburzyści przez większość pierwszej kadencji Thatcher wyprzedzali w sondażach torysów, a za zmianę sytuacji odpowiadała przede wszystkim wojna o Falklandy, która stanowiła doskonały prezent dla dotąd niepopularnej premierki. W tym kontekście Partii Pracy szczególnie zaszkodziły nie jej postulaty ekonomiczne, lecz wątpliwości co do polityki obronnej – była ona bardzo niejasna i zakładała m.in. rozbrojenie nuklearne. W każdym razie powrotu do programu gospodarczego z początku lat osiemdziesiątych nie należy się spodziewać w najbliższej przyszłości, niezależnie od aktualnych przetasowań w szeregach laburzystów.

Plan Meidnera, czyli ewolucja w stronę socjalizmu po szwedzku

Wymieniając ambitne socjaldemokratyczne projekty z tego okresu, nie sposób nie wspomnieć o planie przygotowanym przez ekonomistę Rudolfa Meidnera i popieranym przez szwedzką lewicę. Miał on stanowić odpowiedź na sprzeczność wynikającą z socjaldemokratycznej polityki płacowej – za sprawą progresywnego opodatkowania nierówność dochodowa była niska, ale jednocześnie duże firmy wypłacały ogromne dywidendy swoim właścicielom, co prowadziło do wzrostu nierówności majątkowych i postępującej koncentracji kapitału w rękach nielicznych. Dla utrzymania socjaldemokratycznego modelu rozwoju trzeba więc było zadbać o sprawiedliwszy i korzystniejszy dla pracowników podział zysków osiąganych przez przedsiębiorstwa.

Wychodząc z tego założenia Meidner zaproponował, żeby duże firmy, zależnie od dochodów, co roku emitowały niewielką liczbę nowych akcji, które trafiałyby do specjalnych funduszy pracowniczych kontrolowanych przez przyzakładowe związki zawodowe. Dzięki temu własność przedsiębiorstw stopniowo przechodziłaby w ręce pracowników, bez nagłych wywłaszczeń i nacjonalizacji. Meidner szacował, że po około dwóch dekadach fundusze mogłyby uzyskać pakiety większościowe w największych spółkach, otwierając drogę do demokratycznej kontroli nad gospodarką i ograniczenia wpływów wielkiego kapitału.

Siłą rzeczy wywołało to ogromny opór ze strony biznesu, co skłoniło socjaldemokratyczne przywództwo z Olofem Palme na czele do przyjęcia planu w mocno okrojonej formie – mimo to w ciągu zaledwie kilku lat funkcjonowania, do czasu likwidacji przez prawicowy rząd, fundusze pracownicze zdołały przejąć ok. 7 proc. szwedzkiego rynku papierów wartościowych. Aktualnie szykujący się do powrotu do władzy Socjaldemokraci nawet nie wspominają o pomysłach jakkolwiek przypominających plan Meidnera, a nawet u bardziej lewicowych partii w Szwecji trudno o tak jasno sformułowany projekt odejścia od kapitalistycznych dogmatów. Gdzie więc ten radykalizm? Po drugiej stronie sceny politycznej.

Czytaj także Naziści Schrödingera albo czy Hitler był lewakiem Artur Troost

Przywrócić normalność, czyli porzucić radykalizm neoliberalny

Z tego porównania niegdysiejszej centrolewicy oraz współczesnej lewicy „radykalnej” w trzech państwach wychodzi, że wbrew pozorom to ta pierwsza zostałaby uznana za bardziej skrajną według współczesnych standardów. Wynika to z neoliberalnej i neokonserwatywnej rewolucji lat osiemdziesiątych, która przesunęła horyzonty myślenia gospodarczego drastycznie na prawo. Na tyle, że polityka wolnorynkowa i dominacja wielkiego biznesu zostały zaakceptowane jako naturalny stan rzeczy, a lewica zamiast z nimi walczyć skupia się raczej na ratowaniu resztek państw opiekuńczych przed postulatami kolejnych liberalizacji, prywatyzacji, deregulacji itd.

Trudno oczekiwać prostego cofnięcia wskazówek zegara i przyjęcia 110 propozycji Mitterranda lub programu laburzystów z 1983 roku jako drogowskazów dla współczesnej lewicy. Czasy się zmieniły i trzeba projektów uwzględniających chociażby konieczność przeprowadzenia zielonej transformacji, wyzwania związane z powstaniem kapitalizmu cyfrowego czy zagrożeniem technofeudalizmu. Nie znaczy to jednak, że nie można szukać inspiracji w przeszłości – plan Meidnera pozostaje jedną z najbardziej realistycznych wizji pokojowego osiągnięcia socjalizmu. Tylko kto obecnie do tego dąży?

Koniec końców ani Mélenchon, ani Corbyn nie postulują obalenia kapitalizmu, w przeciwieństwie do niejednego socjaldemokraty sprzed półwiecza. Chcą jedynie silniejszej roli państwa w gospodarce i odbudowy elementów modelu, który jeszcze kilkadziesiąt lat wcześniej stanowił polityczny mainstream. Ich największą zasługą jest natomiast ponowne otwarcie debaty o tym, czy gospodarka rzeczywiście musi funkcjonować według neoliberalnych reguł. Gdy więc następnym razem usłyszymy, że Mélenchon, Corbyn czy inny progresywista są skrajnymi radykałami, warto przypomnieć sobie, co jeszcze pół wieku temu proponowali politycy uchodzący za przedstawicieli umiarkowanej centrolewicy. Na ich tle współcześni „ekstremiści” wyglądają raczej jak ostrożni reformatorzy.

Komentarze

Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!

Zaloguj się, aby skomentować
1 Komentarz
1
0
Komentujące wszystkich krajów, łączcie się!x