Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Obserwuj Obserwuj

Wołyń: krzywda większa, krzywda mniejsza

Skupianie się wyłącznie na zbrodniach, których Polacy byli ofiarami, a nigdy sprawcami, legitymizuje ruchy skrajnie prawicowe. Dlaczego zbrodnie dokonane przez jeden naród mają boleć mnie bardziej? I dlaczego należy im się inna pamięć?

2
Serce

1

Gdy na tapet debaty publicznej wrzucana jest sprawa wołyńskiej czystki etnicznej (w debacie często „rzeź” wygrywa z „ludobójstwem”, jak gdyby była idealnym określeniem łączącym tych, którzy o klasyfikację zbrodni się spierają) dokonanej w latach 1943–1944 przez Ukraińską Powstańczą Armię (w dalszym ciągu „partyzantka” zastępowana jest „bandą”). A im bliżej rocznicy tzw. krwawej niedzieli, kiedy 11 lipca 1943 roku na rozkaz dowództwa UPA ukraińscy partyzanci zaatakowali blisko 100 wołyńskich miejscowości, a kolejnego dnia 50 następnych, co było częścią skoordynowanej akcji skierowanej przeciwko polskim współobywatelom, tym bardziej spór wymyka się spod kontroli, podsycając w kraju antyukraińskie nastroje przy triumfalnych oklaskach Moskwy.

A przecież lipiec to nie wyłącznie rocznica antypolskiej czystki, choć daje prawicy wygodną wymówkę, aby nie mówić o sprawach, które winny ciążyć na sumieniu nas samych. Wakacyjny miesiąc, a zwłaszcza jego połowa, to w ogóle kumulacja rocznic zbrodni popełnionych na tle etnicznym. Nie tylko tej dokonanej przez UPA, bo także rocznica antyżydowskich pogromów m.in. we Lwowie (30 czerwca–2 lipca 1941), Jedwabnem (10 lipca 1941) i Kielcach (4 lipca 1947), czystki dokonanej na bośniackich muzułmanach przez Siły Zbrojne Republiki Serbskiej (11 lipca 1995) czy niemal nieznana szerzej zbrodnia na ukraińskich sąsiadach bieszczadzkiej wsi Terka (7 lipca 1946 roku).

Wszystkie je łączy zbiorowy obłęd, by mordować sąsiada: Polaka, Żyda, Muzułmanina, Ukraińca. Wszystkie dzieli to, jak inaczej o każdej z nich dzisiaj rozmawiamy (albo nie rozmawiamy wcale).

Czytaj także Portnow: Błędne koło narodowych historii Jakub Majmurek

Okopaliśmy się w jednej słusznej narracji

Wojciech Smarzowski tworząc film Wołyń (w czasie premiery w 2016 Rosja od dwóch lat okupowała Krym i część Donbasu), argumentował to m.in. tym, że „Film wywoła dyskusję oraz zwiększy wiedzę o zbrodniach popełnionych na Wołyniu w czasie II wojny” (Newsweek Polska, 2016). Za podstawę scenariusza posłużyła mu proza Stanisława Srokowskiego (Nienawiść), a nie znacznie bardziej wyważone i literacko lepsze Zasypie wszystko, zawieje… Włodzimierza Odojewskiego, co jasno wskazało, w jaką stronę ma teraz iść odczłowieczająca opowieść: Ukrainiec jest w niej spragnionym polskiej krwi, opętanym nacjonalistą, a polska krzywda ma być krzywdą nadrzędną, krzywdą ponad innymi.

Mimo to w czasie kolejnych wizyt w Kijowie opowiadałem z dumą, że tak, to prawda, powstał u nas Wołyń, ale z drugiej strony reportażysta Witold Szabłowski napisał Sprawiedliwych zdrajców (przetłumaczonych z miejsca na ukraiński) o Ukraińcach ratujących polskich sąsiadów, ryzykując własnym życiem. Zaś Anne Applebaum i Agnieszka Holland opowiedziały o Hołodomorze w książce Czerwony głód (2018) i filmie Obywatel Jones (2019)”, więc nie można zarzucić nam zbiorowej ukrainofobii. A przecież już wtedy, po wydarzeniach na Euromajdanie, nienawiść do Ukraińców była w Polsce podsycana przez rosyjskich prowokatorów i coraz częściej prowadziła do fizycznych napaści, takich jak atak na greckokatolicką procesję w 2016 roku w Przemyślu.

Nadal jednak łatwo przychodziło mi mówienie, że polscy historycy piszą nie tylko o „bandach UPA”, ale także o powojennych wysiedleniach, w tym o Akcji Wisła, nazywając ją wprost czystką etniczną (Grzegorz Motyka), a polską partyzantkę krytycznie opisywali już Tadeusz Konwicki (Rojsty), Tadeusz Różewicz (Do piachu) czy Anna Świrszczyńska (Budowałam barykadę).

Kolejne lata uświadomiły mi jednak, jak bardzo się okłamywałem, wierząc, że żyję w kraju dojrzałej demokracji, gdzie mimo skrajnych głosów potrafimy rozmawiać o bolesnej historii, patrząc szerzej niż przez pryzmat ksenofobicznych haseł narzuconych nam przez prawicowych polityków i media. Wiodące narracje ostatnich lat się zmieniły, a co za tym idzie, zmieniły się nasze społeczeństwa, coraz bardziej bezmyślnie naśladując zachowania zarezerwowane dotąd dla populistycznych nacjonalistów.

Czytaj także Ukraińcy od dawna byli głównym straszakiem polskiej polityki historycznej Katarzyna Przyborska

UPA jako symbol walki z Moskwą

Stosunek Ukraińców do UPA jest niejednoznaczny. Dla sporej części społeczeństwa do niedawna była to historia zwyczajnie nieznana; innym (głównie ze wschodu kraju) faktycznie kojarzyła się ze znacznie bardziej nacjonalistyczną częścią zachodnią kraju (tych z zachodu Ukrainy nazywano „banderowcami”, co zresztą owym mieszkańcom nie przeszkadzało, bo sam na Euromajdanie widziałem tabliczki z napisem „Banderstadt” trzymane przez mieszkańców Lwowa i Iwano-Frankiwska). Ci zaś, którzy do partyzantów się odwoływali, unikali rozmów o Wołyniu, skupiając się na walce partyzantki z Moskwą. Krótko mówiąc, UPA dla przeciętnego Ukraińca nie oznacza z miejsca polonofobii i choć ciężko to zrozumieć, ów przeciętny Ukrainiec naprawdę dziwi się Polakowi, czemu właściwie ma tak być.

Problem w tym, że nasz sąsiad w dalszym ciągu cierpi na chroniczny brak historycznych wydarzeń, które łączyłyby zarówno mieszkańca Lwowa, Odessy, Krymu, Charkowa i Doniecka. Niewątpliwą zasługą prezydenta Wiktora Juszczenki po pomarańczowej rewolucji (2004) było faktyczne zjednoczenie społeczeństwa wspólną pamięcią o Holodomorze, który ma swoje muzea w najróżniejszych częściach kraju. Inne wydarzenia już takiej jednoczącej siły nie mają, a ponowne zjednoczenie społeczeństwa nastąpiło dopiero na Euromajdanie, gdzie spoiwem stało się marzenie o wejściu do Unii Europejskiej. Coraz częściej pojawiał się pomysł, aby takim symbolem stał się powojenny opór Ukraińców wobec stalinizmu, reprezentowany przez UPA właśnie.

Jednowymiarowość historii wynika również z tego, że przez cały okres ukraińskiej ZSRR za pisanie o wolnej Ukrainie wysyłano do łagru, więc naturalnym procesem po 1991 stało się w pierwszej chwili oddanie hołdu bohaterom walczącym z Moskwą przy jednoczesnym – niestety – wybielaniu czynów mogących zaszkodzić ich wizerunkowi, co jest cechą każdej młodej demokracji (pogromy antyżydowskie, SS-Galizien, Wołyń). Zresztą sami historycy ukraińscy są dziś w sprawie Wołynia podzieleni, bo choć niektórzy mówią o czystce (Jarosław Hrycak, Mykoła Riabczuk), inni widzą wojnę polsko-ukraińską (Wołodymyr Wjatrowycz), a jeszcze inni – bunt chłopski na wzór koliszczyzny (Bohdan Hud´).

Czytaj także Riabczuk: Historia to dla Ukrainy raczej obciążenie niż siła napędowa Łukasz Saturczak

W takich właśnie warunkach Ukraińcy w obliczu wojny zjednoczyli się przeciwko rosyjskiemu imperializmowi, wybierając przy tym – wydawać by się mogło – naturalną dla nich symbolikę partyzantki, a więc bojowników UPA, którzy po wojnie walczyli z sowietami (nie znając przy tym w dalszym ciągu historii samej historii czystki wołyńskiej).

Należy dodać do tego oczywisty wzrost nacjonalizmu wywołany trwającą wojną. 24 czerwca „Rzeczpospolita” opublikowała aktualne badania the Kyiv International Institute of Sociology wskazujące, że jedynie osiem proc. Ukraińców ocenia OUN i UPA negatywnie, a 13 lat temu była to niemal połowa społeczeństwa. Jednocześnie należy dodać, że 90 proc. Ukraińców nie chce wykorzystywania historii w sporach z Polakami i taki sam procent chce z nami dobrych i konstruktywnych relacji – podaje KIIS.

Trudno także oczekiwać od Ukraińców, żeby w czasie bombardowania ich miast przez Putina rewidowali swoją historię i podporządkowali się polskiej narracji – nawet w czasie pokoju żaden naród nie lubi, aby mu dyktować, kogo ma uznać za bohatera. Bo niby jakie ma do tego prawo inny naród – jak kilka lat temu słusznie zauważył ówczesny szef IPN Karol Nawrocki.

Wyklęci jako narzędzie polityczne

Zupełnie inaczej wygląda to z polskiej perspektywy. Dla przeciętnego Polaka UPA to wyłącznie morderca polskich sąsiadów. Banderowiec jest symbolem zła (wykracza to nawet poza narrację historyczną – wystarczy wspomnieć, że prokuraturę z czasów Adama Bodnara opozycja nazywała „bodnarowcami”, co jest o tyle ciekawe, że ojciec byłego ministra został jako dziecko wysiedlony w czasie Akcji Wisła).

Stosunek Ukraińców do UPA stał się więc warunkiem, który daje nam moralne prawo do decydowania o przyszłości ich kraju. I nawet jeśli postawa w rodzaju „z Banderą do Unii Europejskiej Ukraina nie wejdzie” jest w pewnym stopniu uzasadniona, bo wartości Zjednoczonej Europy nie powinny być budowane na skrajnym nacjonalizmie, to przecież właśnie tutaj ujawnia się polska hipokryzja: mój partyzant jest lepszy niż twój, a moja zbrodnia jest zbrodnią mniejszą.

Wchodziliśmy do Unii Europejskiej kilka lat po ukazaniu się Sąsiadów Tomasza Grossa i nie przypominam sobie, żebyśmy solidarnie przyznali się do licznych zbrodni na ludności żydowskiej (najmocniejsze były przeprosiny w imieniu narodu polskiego ówczesnego prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, za co spadła na niego niemała fala krytyki). A to przecież przypadek pierwszy z brzegu, bo im bardziej w las, tym nasza hipokryzja staje się bardziej rażąca, czego podręcznikowym przykładem jest ustanowienie przez Bronisława Komorowskiego 1 marca Narodowym Dniem Pamięci Żołnierzy Wyklętych. Nie pamiętam, żeby odbyła się wtedy jakakolwiek narodowa debata, czy to moralne czcić jednocześnie Józefa Kurasia i Danutę Siedzikównę.

Czy mordowanie Żydów, Białorusinów, Litwinów, Słowaków albo Ukraińców zasługuje na mniejszą pamięć? Czy w końcu zwyczajni zbrodniarze nie są w Polsce obiektem kultu łudząco podobnym do kultu UPA na zachodniej Ukrainie?

Istnieje tu oczywiście całe spektrum postaw. Jednak nie rozdzielając, jakich żołnierzy należy upamiętnić, a jakich potępić, prezydent Komorowski dał przyzwolenie, aby ONR organizował na Podlasiu obchody ku czci Romualda Adama Rajsa ps. „Bury” odpowiedzialnego za prowadzenie czystki etnicznej na prawosławnych obywatelach Polski czy do tworzenia koszulek z 5 Wileńską Brygadą AK, która wymordowała Litwinów z Dubinki. (Inna sprawa, że 15 września 1995 roku Sąd Warszawskiego Okręgu Wojskowego unieważnił wyrok śmierci na Rajsa, uzasadniając, że „walczył o niepodległy byt państwa polskiego”, a wydając rozkazy dotyczące m.in. pacyfikacji białoruskich wsi, działał w stanie wyższej konieczności, zmuszającym do podejmowania działań nie zawsze jednoznacznych etycznie).

Czytaj także Narodowy dzień pamięci antysemitów wyklętych Sławek Blich

Można by te przykłady uznać za margines, ale idźmy dalej, bo ciekawie się robi, gdy mowa o Józefie Kurasiu, pseud. „Ogień”.

Podhalański partyzant mordował okolicznych Żydów ocalałych z Holocaustu, także tych, którzy chcieli z Polski wyjechać (2 maja 1946 roku jego oddział zatrzymał autobus z ocalonymi w okolicach Krościenka i zabił jedenastu pasażerów), zaś pod koniec kwietnia 1946 roku z sanatorium w Rabce uprowadzono siedmioro żydowskich dzieci, które z polecenia Kurasia zostały następnie zabite nieopodal Waksmundu.

Jego postać budzi jak najgorsze skojarzenia również wśród Słowaków. W 2012 roku prezes słowackiego IPN Ľubomír Ďurina stwierdził: „Mamy wiele relacji osób, które w latach 1945-1947 uciekały ze Spisza i Orawy przed ludźmi Kurasia i chroniły się na terenie Czechosłowacji. Po przekroczeniu granicy osoby te były przesłuchiwane przez czechosłowacką służbę bezpieczeństwa i opowiadały o powodach ucieczki z Polski. To wstrząsające relacje o terrorze, mordowaniu, gwałtach i grabieżach”.

I? Kuraś miał swoją ulicę w Łodzi (już nieistniejącą). 13 sierpnia 2006 roku odsłonięto jego pomnik w Zakopanem (w uroczystościach uczestniczył prezydent Lech Kaczyński), a 1 marca 2023 roku w Głogowie (w ramach „Alei Pamięci”, obok 15 innych pomników żołnierzy podziemia antykomunistycznego), zaś w 2023 roku Narodowy Bank Polski wydał upamiętniającą Kurasia srebrną monetę kolekcjonerską o nominale 10 złotych, w serii „Wyklęci przez komunistów żołnierze niezłomni”.

Czytaj także Dlaczego Polska i Ukraina nie potrafią rozmawiać o Wołyniu? Oleksandra Iwaniuk

NIech każdy rozliczy swoje grzechy

Jednocześnie Polska nie reagowała, gdy w styczniu tego roku Wołodymyr Zełenski nadał imię Wasyla Kuka, ostatniego dowódcy UPA, innej jednostce narodowych sił zbrojnych, 190. Centrum Szkolenia Systemów Bezzałogowych, a w marcu ukraiński rząd zatwierdził budowę Panteonu Narodowego i zorganizował tam ponowny pochówek Andrija Melnyka, przywódcy rywalizującej frakcji OUN. Zełenski wziął udział w oficjalnej ceremonii i podkreślił historyczną ciągłość między UPA a dzisiejszymi ukraińskimi siłami zbrojnymi. Zapowiedział również ponowny pochówek Jewhena Konowalca, założyciela i przywódcy OUN (pisze o tym wszystkim ukraiński historyk Mykoła Riabczuk).

Jak to odczytywać? Polska traktuje UPA instrumentalnie, wyciągając temat Wołynia nie po to, by czystkę etniczną dojrzale przedyskutować i szukać dialogu, ale dlatego, że ma w tym polityczny interes (wzmacnianie antyukraińskich nastrojów w celu zdobycia poparcia skrajnego elektoratu, ale też całego, coraz bardziej podatnego na rosyjskie wpływy społeczeństwa). Zarazem w Polsce pomija się zbrodnie własnych wyklętych, uznając je za „podyktowane sytuacją”.

A czy Ukraińcy powinni mieć więcej wrażliwości w stosunku do potomków wołyńskiej czystki? Zapewne tak, ale jaka to wrażliwość, jeśli będzie podyktowana narodowym interesem Ukrainy (akcesja do Unii), tak jak narodowym interesem jest tam obecnie czczenie UPA (i również schlebianie skrajnej prawicy)? Jeśli Ukraińcy sami nie przepracują swojej historii, nikt jej za nich nie przepracuje, a tym bardziej ich do tego nie zmusi.

Skoro więc w Polsce, kraju „dojrzałej demokracji”, nie potrafimy uporać się z własnymi zbrodniarzami, czy mamy prawo wypominać to innym? Jan Józef Lipski pisał w 1986 roku, że Ukraińcy powinni rozliczyć swoje grzechy, a Polacy swoje, bo odwrotny podział byłby katastrofą dla obu narodów.

Czytaj także Potępiajmy kult zbrodniarzy w Ukrainie, ale sami posłużmy przykładem Artur Troost

* * *

Pochodzę z ziemi przemyskiej. Moja bliższa i dalsza rodzina doznawała krzywd z każdej strony, ale sama też może mieć krew na rękach – ciągle to badam. W spisie członków UPA ze wsi Radenice, z której pochodzi mój dziadek ze strony ojca, można znaleźć nazwisko Saturczak, choć sam dziadek za Ukraińca nigdy się nie uważał i po wojnie wybrał Polskę jako swój kraj. Babcia ze strony ojca pochodzi z rodziny ukraińsko-polskiej i była pierwszą wraz z rodzeństwem ochrzczoną w kościele rzymskokatolickim, za co UPA wydała wyrok śmierci na jej ojca i zamordowała jego brata.

Dalszą rodzinę babci (Hnatyk) zamieszkałej we wsi Iskań wymordowali Polacy, najprawdopodobniej członkowie Ludowej Straży Bezpieczeństwa pod dowództwem Romana Kisiela „Sępa” w pierwszych dniach lutego 1945 roku.

Panieńskie nazwisko mojej matki to Buczkowska. We wsi Łodzinka, z której pochodzi jej ojciec, były trzy domy, gdzie mieszkały rodziny o tym nazwisku. Michał Buczkowski (Polak) został zabity przez UPA w grudniu 1944 roku, Paweł Buczkowski (Ukrainiec), należał do UPA i wykonano na nim wyrok śmierci po stalinowskim procesie, zaś mój pradziadek Karol (Polak) został uratowany przez Ukraińca i wywieziony przez niego do Przemyśla.

Druga część rodziny mojej matki (Binko, Gąska) pochodzi z Nienadowy i Dubiecka – miejsc, które brały udział (wraz z oddziałem AK pod dowództwem Józefa Bissa „Wacława”) w zbrodni w Pawłokomie, gdzie 3 marca 1944 roku wymordowano 366 Ukraińców.

I nie rozumiem: dlaczego zbrodnie dokonane przez jeden naród mają boleć mnie bardziej? Dlaczego należy im się inna pamięć?

Komentarze

Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!

Zaloguj się, aby skomentować
2 komentarzy
2
0
Komentujące wszystkich krajów, łączcie się!x