Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Obserwuj Obserwuj

Nie komuna, tylko strategia przetrwania. Młodzi wrocławianie uciekają przed kryzysem mieszkaniowym

Nie stać ich na własne mieszkania, mają dość przypadkowych współlokatorów i nie chcą żyć w samotności. We Wrocławiu młode osoby zakładają wspólnoty mieszkaniowe, w których dzielą nie tylko czynsz, ale też codzienność, obowiązki i poczucie bezpieczeństwa.

Four friends in a bright room high-five each other, holding mugs and smiling. An upbeat, casual hangout scene.
Walka

Kilka miesięcy temu Patryk i Kuba zdecydowali się na życie w community, czyli wspólnocie mieszkaniowej. Mieszkają ze swoimi partnerkami – Gosią i Michaliną. Wspólny budżet dzielą pomiędzy siebie, trzy koty i dwa psy. Próba wspólnotowej formy życia nie była kaprysem. Dzisiaj to jedyna szansa na codzienność w komfortowych warunkach.

Siedzimy na kanapie w ich wspólnym salonie. Wokół stoją dębowe szafy, fotele typu Lisek i meble na wysoki połysk. Opowiadają, jak spędzają wieczory: ostatnio pracowali wspólnie nad tekstem i animacjami do piosenki opowiadającej o piątkach spędzanych w domu.

– Oswoiliśmy się z myślą, że jeśli własne mieszkanie przyjdzie do nas dopiero koło 50-tki, to nie będzie żadna przegrana – tłumaczą. – Nie widzimy mądrzejszego rozwiązania, które moglibyśmy wprowadzić tu i teraz.

Czytaj także Historia Kamionki, czyli co dają strajki studenckie [wyjaśniamy] Wiktoria Malinowska

Pokolenie ich rodziców żyło w zupełnie innej opowieści o dobrym życiu. Najpierw studia, później dobra praca i koniecznie mieszkanie na własność. Kolejne szczeble tej drabiny były oczywiste, wystarczyło się dobrze uczyć i ciężko pracować. Indywidualizm był w tej narracji niezwykle wysoko postawioną wartością. Dziś ten szczebel na drabinie zastąpiła wspólnotowość. Mieszkańcy wspólnot nie chcą dłużej czekać na moment, w którym będą mogli żyć „normalnie”. Definiują „normalność” na nowo.

Willa zamiast kawalerki

Gosia i Michalina pokazują mi swoją pracownię artystyczną. Pokój otwiera się na dwie strony zielonego ogrodu, ma wysoki sufit i wydzieloną przestrzeń dla każdej z nich. Gosia zdejmuje ze stołu wycinki i ozdobny papier. – Chyba każda osoba kreatywna zbiera całą możliwą makulaturę – mówi Gosia, nieco zawstydzona. Jest artystką wizualną i content creatorką. Prowadzi warsztaty kolażu i zajęcia wyjazdowe. Jak wspomina, już od dzieciństwa mierzyła się z problemami finansowymi swoich bliskich. Mieszkała w jednym pokoju z czwórką rodzeństwa i nie miała przywileju uzyskania wsparcia, które pozwoliłoby jej na lepszy start.

Z kolei Michalina uczy się krawiectwa. To pasja zajmująca bardzo dużo przestrzeni. Nigdy wcześniej nie miała takiej możliwości. Dziewczyny są wyraźnie zauroczone przestrzenią, którą stworzyły.

Czytaj także Studenci okupują UW. „Zamiast studentami, staliśmy się klientami” Paulina Januszewska

Kuba i Patryk zajęli mniejszy pokój. Wyciszony dźwiękoszczelnymi piankami gabinecik przemienili w prowizoryczne studio muzyczne. W poprzednim mieszkaniu nagrywali rap we wnętrzu szafy. Z czasem poszerzyli swoje projekty o muzykę elektroniczną i boom bap.

Patryk i Kuba zaczęli mieszkać ze sobą na początku studiów. Poznali się w mieszkaniu, które nazywają „komuną”. To było kilka lat temu, zanim Patryk wyjechał do pracy na dużych statkach wycieczkowych. Ich poprzednie mieszkanie obrazowało wszystkie rodzaje młodzieńczego buntu: brud, niedbalstwo, ciągłe imprezy i niezdrowy tryb życia. Teraz takie wspomnienia powodują tylko niesmak. Kuba pracuje jako nauczyciel wychowania przedszkolnego, a Patryk – fizycznie.

Ogłoszenia mieszkań na wynajem przekraczają granice absurdu. W studenckich pokojach biurko przestało wliczać się do standardu wynajmu. 1800 złotych za miesiąc za ośmiometrowy pokój z łóżkiem, szafą i półką to obecnie częsta praktyka na lokalnych grupkach mieszkaniowych. W tym zestawieniu rzeczywistość czwórki przyjaciół ze wspólnym budżetem, mieszkającej w stuletniej, poniemieckiej willi, wydaje się niemal utopijna.

Wrocławskie Sępolno to unikatowa dzielnica w skali Europy. Marek Hłasko często wspominał ją w swoich opowiadaniach. Powstała w latach 20. minionego wieku dla mieszczan. Jest bardzo zielono, a układ budynków z lotu ptaka przypomina orła. – Osoba, która tu kiedyś mieszkała, miała wyjątkowe życie – opowiada Kuba. – Znaleźliśmy w garażu jej zdjęcia w pięknej sukni, z fryzurą, odpoczywającej pod parasolem na wózeczku inwalidzkim.

Decyzja o ograniczeniu prywatnej przestrzeni na rzecz życia zbiorowego przyszła naturalnie, razem z chęcią poprawy stanu psychicznego. – Chciałam mieć więcej możliwości rozwoju w swoim związku, dlatego wybrałam życie we wspólnocie – tłumaczy Gosia. – Ograniczony metraż generował konflikty w związku: kiedy jedno z nich nadrabiało dodatkowe zlecenia nocą, drugie nie mogło spać.

Mieszkańcy wspólnoty co miesiąc wpłacają po 2500 złotych do wspólnego budżetu. To więcej niż koszty wynajmu i rachunków, które zazwyczaj dzielą ze sobą współlokatorzy. Ta kwota pokrywa także zakup karmy dla zwierząt, weterynarza, wspólne zakupy, gotowanie, wspólne przyjemności czy materiały twórcze.

W tym mieści się również fundusz awaryjny na wypadek utraty pracy przez któreś z nich. Obecnie to właśnie Gosia ma trudności w sferze zawodowej, czuje się jednak bezpieczna dzięki wsparciu swoich przyjaciół. To system oparty na wartościach opiekuńczych, który funkcjonuje sprawniej niż niejedno państwowe zabezpieczenie społeczne.

Dom jak Fotel

– Co dziś rzeźbicie, drogie Panie? – pyta starszy mężczyzna, podchodząc do bramy. Nie onieśmielają go ich dredy, tatuaże ani rzemieślnicze prace na podjeździe. W garażu trwają właśnie przygotowania do letniego sezonu festiwalowego.

Karo i Zagadka przygotowują własne stoiska biżuterii, a ich gościni wykonuje plakaty z sitodruku. Pół roku wcześniej Zagadka rzuciła etat i z nadmorskiej wsi wróciła do Wrocławia, aby zarabiać na pracy twórczej.

Karo stworzyła „Dom jak Fotel” po wyprowadzce z community „Dwie Lampy”. Tamten dom był znany wśród wrocławskich grup aktywistycznych. Co sobotę odbywało się tam gotowanie jedzenia dla Food Not Bombs Wrocław – organizacji, która wydaje wegańskie posiłki dla osób w kryzysie bezdomności.

– Spędziliśmy dużo lat razem. Z czasem część osób wyprowadziła się do innych miast, ze starej gwardii zostałam tylko ja i mój partner. Zdecydowaliśmy się na próbę stworzenia kolejnej takiej community. Nie akceptujemy tu nienawiści i jesteśmy przyjaźni osobom LGBTQ+ – opowiada Karo.

W tamtym domu obowiązywały także weganizm i zero waste, które udało im się przenieść do nowego lokum. To szeregowa kostka z obniżonym podjazdem, a w środku: skromne, kolorowe wnętrze z przełomu lat 90. i 2000. Mieszkają tu w osiem osób. Rzeczy, których już nie potrzebują, wystawiają na grupkach takich jak „Śmieciarka jedzie” lub tradycyjnie – przed domem. Nie wyrzucają niczego. W domu obowiązuje spisany na tablicy manifest. Zasady pozostają niezmienne, dopóki chociaż jedna osoba uważa je za słuszne. Ustala się to na regularnych zebraniach.

Ważny dla społeczności jest także dobór lokatorów. Po wstępnej selekcji do obecnie wynajmujących może wprowadzić się osoba partnerska. Jeśli jednak ktoś chciałby opuścić lokum, musi znaleźć na swoje miejsce osobę, którą zaakceptuje reszta domu – po kilku wcześniejszych spotkaniach.

– Najcenniejszym zasobem na rynku mieszkaniowym są ludzie, którym można zaufać– tłumaczy Karo. – Nie chcę żyć jak w kurniku – dodaje, odnosząc się do swojego pierwszego najmu. Gdy przeprowadziła się do Wrocławia, mieszkała w niewielkim mieszkaniu z losowymi ludźmi. Nie chce więcej powtórzyć tego doświadczenia.

Inny mieszkaniec „Domu jak Fotel”, Błażej, czekał na miejsce w tej wspólnocie przez wiele tygodni. Jako jedyny nie jest weganinem, jednak wszystkie mięsne posiłki spożywa poza domem.

Czytaj także Szkoły ludowe zamiast elitarnych akademików Jakub Chabik

Gdy odwiedzam „Dom jak Fotel”, jego lokatorzy siedzą w salonie, rozmawiając o swoich sąsiadach. Nie wyobrażają sobie nie znać mieszkańców najbliższej okolicy. Chcą spędzać ze sobą czas – tworzyć wspólny krąg, mieszkając razem, nie musieć wychodzić daleko do ludzi. Ich podział finansów jest przy tym standardowy – gotują i robią zakupy osobno.

Życie w community jest długim, ale nie ostatecznym przystankiem mieszkaniowym dla obu tych wspólnot. Niektórzy planują dzieci, inni tego nie wykluczają. Nie chcą robić tego w community, choć nie chcieliby się od niego oddalać. Gosia lubi powiedzenie, że do wychowania dziecka potrzeba wioski. Chciałaby w przyszłości mieszkać blisko członków obecnej community i nadal wymieniać się obowiązkami.

– Gdyby było nas na to stać, każdy z nas wolałby mieszkać na swoim – mówi Karo. – Mój wymarzony dom jest na wsi, w domku z własnymi warzywami, ogniem w kominku. Znajdzie się w nim gościnne łóżko dla każdego z moich współlokatorów z przeszłości.

Wspólnota z wyboru

Mieszkańcy wrocławskich wspólnot nie chcą porównań do „życia w komunie”. Kojarzy im się to „sekciarsko”, czyli z koniecznością dzielenia poglądów, skrajną samowystarczalnością i radykalizmem. Przypisują te cechy amerykańskim hipisom, niemieckiej Kommune 1 czy duńskiej Christianii. Nie inspirują się tym. W tych domach to nie ideologia stworzyła wspólnotę mieszkaniową. Ich wybór to dostosowanie się do trudnej sytuacji mieszkaniowej i narastającej epidemii samotności. Wynajem w miastach pożera ok. 40 proc. wypłaty. Podkreślają, że żyjąc osobno, nie uzyskaliby tak szerokich możliwości rozwoju.

W niektórych krajach Europy młodzi najemcy funkcjonują w innych warunkach niż w Polsce. W Niemczech podwyżki czynszu podlegają ustawowym ograniczeniom do 20 proc. w ciągu trzech lat, w Holandii wysokość części czynszów wyznacza specjalny system punktowy, a w Austrii i Danii opiekuńczą rolę odgrywa duże zaplecze mieszkań społecznych. Rozwiązania te nie niwelują kryzysu mieszkaniowego, ale sprawiają, że wynajem jest postrzegany jako bardziej stabilna forma zamieszkania. I to właśnie o stabilności – bardziej niż o własności – marzą dziś młodzi Europejczycy.

Przez większą część historii Polski kilka pokoleń mieszkało pod jednym dachem, tworząc wspólnoty opiekuńcze, które pracowały razem na zasoby. Ta wspólnota narzucona była przez tradycję, ale i ekonomiczną konieczność. Jej mieszkańcy wspólnie ponosili konsekwencje swoich decyzji finansowych, pracowali nad rozwiązaniami problemów i spędzali ze sobą czas. Życie w community to coś podobnego. Nie jest nową ideą formy życia ani politycznym manifestem, to raczej powrót do życia we wspólnocie – tyle że z wyboru.

*

Alicja Serafin – dziennikarka radiowa, reporterka i lekarka związana z Wrocławiem. Zaangażowana w tematykę społeczną, mieszkalnictwo i prawa kobiet. Szefowa publikacji Radia LUZ. Absolwentka programów mentoringowych Polska Stories i Dział Lokalny Krajowy.

Komentarze

Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
0
Komentujące wszystkich krajów, łączcie się!x