Sir Keir Starmer to piąty brytyjski premier w ciągu ostatniej dekady, który odchodzi nie w wyniku przegranych wyborów, ale w trakcie kadencji. Jednak w przeciwieństwie do czterech poprzednich, trudno wskazać jedno wydarzenie, które doprowadziło do jego upadku.
David Cameron odszedł, bo przegrał referendum w sprawie brexitu, które zorganizował przekonany, że raz na zawsze spacyfikuje eurosceptyków we własnej partii. Theresa May nie była w stanie przekonać konserwatystów do wynegocjowanego przez siebie porozumienia rozwodowego z Unią Europejską. Boris Johnson stracił fotel premiera po skandalu z przyjęciami na Downing Street, łamiącymi narzucone przez własny rząd pandemiczne obostrzenia, a Liz Truss – gdy jej minibudżet skończył się katastrofą na rynku brytyjskich papierów dłużnych.
Tymczasem Starmer, bez spektakularnych porażek i skandali, wykrwawiał się politycznie i tracił poparcie do momentu, gdy jego dalsze trwanie na stanowisku zaczęło wydawać się autostradą dla wprowadzenia się Nigela Farage’a na Downing Street.
Na początku czerwca według badania Ipsos pozytywnie Starmera postrzegało tylko 20 proc. Brytyjczyków, a negatywnie 58 proc. – co daje poparcie netto na poziomie minus 38 punktów procentowych. Gorsze poparcie wśród kluczowych postaci brytyjskiej polityki ma obecnie tylko Rachel Reeves, kanclerka skarbu odpowiadająca za finanse i politykę gospodarczą rządu w jego gabinecie.
Co spowodowało tak wielki spadek poparcia w dwa lata po tym, gdy Starmer wygrał wybory z największą większością w Izbie Gmin, jaką Partia Pracy zapewniła sobie kiedykolwiek poza pierwszym zwycięstwem Tony’ego Blaira w 1997 roku?
Niewłaściwy człowiek na niewłaściwym miejscu
Większość nekrologów Starmera, nawet jeśli nie sięga po to słowo, krąży wokół jednego pojęcia: nieadekwatności. Starmer, brzmi dziś werdykt większości komentatorów, był po prostu niewłaściwym człowiekiem na niewłaściwym miejscu w niewłaściwym czasie.
Jak na łamach „New Stateman” pisał Andrew Marr, Starmer przypominał mężczyznę, który przychodzi ubrany w strój wieczorowy z butelką dobrego wina, przekonany, że idzie na elegancką proszoną kolację, by trafić na napędzaną nielegalnymi substancjami orgię. Albo kogoś, kto wchodzi na ring, przekonany, że będzie walczył w meczu bokserskim, by trafić do klatki na walkę MMA, niemal bez żadnych reguł.
Patrick Maguire w dzienniku „The Times” przywołuje inne porównanie: Starmer jako młody człowiek latami uczył się gry na flecie i był w tym nawet całkiem dobry. W pewnym momencie zrezygnował jednak z muzyki, widząc przepaść między sobą – kimś, kto po długich godzinach ćwiczeń potrafi zagrać przyzwoicie – a dzieciakami, które mają realny talent, potrafią improwizować, autentycznie czują muzykę. Teraz najwyraźniej, twierdzi Maguire, doszedł do wniosku, że podobnie jest z polityką – jak by się nie starał, nie ma tego czegoś, co odróżnia przyzwoitego rzemieślnika od autentycznego politycznego talentu. Jako ciekawostkę dodajmy, że kolegą przyszłego premiera ze szkoły był Norman Cook, znany później jako Fatboy Slim.
Starmer faktycznie zawsze sprawiał wrażenie polityka, który mimo tego, że sięgnął po najwyższy urząd polityczny, nigdy polityki specjalnie nie lubił i nie czuł się w niej dobrze. Nie miał naturalnego politycznego i medialnego talentu, który nawet przy braku sukcesu w realizacji własnych obietnic pozwalałby mu zyskiwać sympatię opinii publicznej. Słabo radził sobie w budowaniu narracji i relacji z wyborcami – w podsumowaniach jego kariery pojawia się opinia, że był chyba najbardziej sztywnym brytyjskim premierem od czasów Clementa Attlee.
W przychylnych odchodzącemu premierowi narracjach pojawiają się głosy, że był on uczciwym, pryncypialnym, ciężko pracującym człowiekiem, który miał po prostu pecha, trafiając do polityki w momencie, gdy zupełnie nie ceniła ona żadnej z tych wartości, promując raczej takie osoby, jak Boris Johnson czy Nigel Farage – zawodowych politycznych błaznów, traktujących politykę jakby była kolejną gałęzią przemysłu rozrywkowego.
Narracje niechętne Starmerowi odrzucają jego obraz jako uczciwego, przyzwoitego polityka. Najczęściej pojawiają się one na radykalnej lewicy, np. w politycznym nekrologu odchodzącego premiera autorstwa Owena Jonesa w „Guardianie”.
W tej narracji Starmer jest politycznym oportunistą, który wygrał wybory na przewodniczącego Partii Pracy, obiecując w dużej mierze kontynuację linii Corbyna, a następnie rozpoczął czystki wymierzone w całą partyjną lewicę. Jest kimś, kto od klękania na jedno kolano w solidarności z ruchem Black Lives Matter i od wzywania do humanitarnego podejścia do migracji przeszedł do retoryki kojarzącej się do tej pory raczej z radykalną prawicą, przestrzegającą przed tym, że Wielka Brytania przez migrację staje się „wyspą obcych sobie ludzi”. Prawnikiem, który zbudował karierę na obronie praw człowieka, a następnie, jako lider opozycji przekonywał, że Izrael ma prawo odciąć wodę pacyfikowanej po atakach Hamasu z 2023 roku Gazie.
Oportunizm Starmera, brzmi dalej ten argument, wyjałowił partię politycznie, odebrał jej wewnętrzną żywotność, uczynił z niej ideową i intelektualną pustynię. Odejście Starmera jest więc dla corbynowskiej lewicy – najczęściej od dawna poza Partią Pracy – momentem, gdy sprawiedliwości staje się zadość.
Problem z wizją
Nie trzeba być corbynistą, by dostrzegać problem z brakiem wizji w rządzie Starmera. I można zastanawiać się, czy ten brak nie był świadomą strategią. Starmer i Morgan McSweeney – szef think tanku Labour Together, wspierającego od początku Starmera jako kandydata na nowego lidera partii, a później szef jego sztabu na Downing Street – uznali, że Corbyn przegrał w 2019 roku, bo zaprezentował wizję uznaną za księżycową przez większość elektoratu.
Diagnoza McSweeneya brzmiała: jeśli partia ma kiedykolwiek wrócić do władzy, to po pierwsze musi odzyskać wizerunek odpowiedzialnej, liczącej się z gospodarczymi realiami partii władzy. Po drugie, musi ponownie złapać kontakt z ludowym elektoratem spoza metropolii: popierającym brexit, socjalnym, a przy tym umiarkowanie konserwatywnym kulturowo, mającym swoje wątpliwości wobec migracji, bardzo patriotycznym i postrzegającym otoczenie Corbyna jako zbieraninę odklejeńców.
Tym, co Starmera miało przede wszystkim odróżniać od Torysów, była przy tym nie tyle lewicowość, co kompetencja i uczciwość. Po latach niepoważnych, amatorskich, skorumpowanych rządów Torysów, Partia Pracy miała w końcu wrócić do rządów jako „dorośli w pokoju”. Po katastrofie budżetu Liz Truss ta obietnica zaczęła wydawać się wiarygodna i wobec implozji Partii Konserwatywnej pozwoliła Starmerowi wygrać wybory.
Od tego momentu zaczęły się jednak piętrzyć problemy. Zaraz po zwycięskich wyborach wybuchł skandal z darmowymi podarunkami – okazało się, że Starmer i jego rodzina otrzymali podarunki warte w sumie ponad 100 tysięcy funtów. Były to takie rzeczy, jak ubrania, bilety ma mecze i koncerty, oprawki do okularów. Johnsonowi to by pewnie nie zaszkodziło, ale dla Starmera, który przedstawiał się jako wzór uczciwości jaśniejący na tle torysowskiej korupcji, afera wyrządziła znaczące szkody. Także wizerunek kompetencji nowego rządu szybko zużywał się w codziennej praktyce rządzenia.
Jednocześnie Starmer i McSweeney, dystansując się od Corbyna, nie docenili tego, że rozczarowany progresywny elektorat ma alternatywę – może zagłosować na Zielonych albo zostać w domu – a być może Wielka Brytania nie jest aż tak prawicowa, jak mogłoby się to wydawać. Można zgodzić się z opinią Toma Clarka z lewicowego magazynu „Prospect”, że Starmer był „socjaldemokratą, który uznał, że opinia publiczna w Wielkiej Brytanii jest tak niereformowalnie reakcyjna, że jakakolwiek porządna polityka socjalna nie da się pogodzić z wyborczym sukcesem”.
Z powodu tych założeń Starmer nie był więc w stanie sprzedać jako sukcesu dwóch największych osiągnięć swojego rządu: skrócenia kolejek w państwowej służbie zdrowia i ograniczenia biedy wśród dzieci. By osiągnąć to pierwsze, musiał wycofać się ze swoich wcześniejszych obietnic „niepodnoszenia podatków pracującym”, zaś w redukcji ubóstwa pomogła rezygnacja ze zobowiązania do utrzymania limitu zasiłków na dzieci, wprowadzonego przez rząd Camerona.
Jeszcze w lipcu 2024 roku Starmer zawiesił w prawach członka klubu parlamentarnego sześciu posłów, domagających się rezygnacji z limitu, niecały rok później zmienił zdanie. To nie był jedyny przypadek, gdy Starmer mobilizował partię do obrony niepopularnych w jej szeregach decyzji, spalał polityczny kapitał, tłumiąc bunty, po czym wycofywał się ze swoich początkowych pozycji. Tak było z pomysłami ograniczenia niektórych zasiłków czy z wprowadzenia kryterium dochodowego przy dopłatach za ogrzewanie zimowe dla seniorów. W efekcie polityka Starmera zrażała do siebie wszystkie możliwe strony.
Tak samo było z jego polityką wobec migracji. Było wiele dobrych argumentów, by nowy rząd przyjął bardziej zdecydowane stanowisko wobec migracji i ograniczył jej liczbę na Wyspach. Starmer zrobił to jednak w taki sposób, że z jednej strony zraził do siebie progresywny elektorat i część własnego parlamentarnego zaplecza, z drugiej nie powstrzymał wzrostów Reform UK.
Wszystkie to zwroty nie byłyby być może aż tak politycznie kosztowne, gdy rząd od początku miał jasną wizję: w jakim kierunku chce przekształcić Wielką Brytanię, jak zamierza to zrobić, jaki ma być następny krok. Tego, powtórzmy, niestety zabrakło.
Jak na Starmera wpłynęli Trump i Biden
Jeszcze przed wyborami mogło się wydawać, że taką wizją mogłaby być „brytyjska bidenomika”: polityka wykorzystująca zieloną transformację do budowy nowej polityki przemysłowej, do tego, by uruchomić zacinający się przynajmniej od czasu kryzysu w 2008 roku silnik wzrostu brytyjskiej gospodarki, która z jednej strony usuwałaby bariery dla wzrostu i inwestycji, a z drugiej dbała o sprawiedliwość społeczną.
Ta wizja zginęła jednak w zgiełku codziennego sprawowania władzy.
Cios zadała jej też klęska bidenowskiego projektu w Stanach i drugie zwycięstwo Trumpa. Brytyjski dziennikarz Ben Judah postawił wręcz tezę, że to Trump kosztował Starmera urząd. Zwycięstwo Trumpa dodało – przynajmniej początkowo – wiatru w żagle radykalnej prawicy na całym świecie, w tym Reform w Wielkiej Brytanii. Sukces MAGA zradykalizował brytyjską prawicę i ośmielił Elona Muska do algorytmicznie wzmacnianych ataków na Starmera i Zjednoczone Królestwo – co miało istotne znaczenie dla inspiracji fali rasowych rozruchów w 2023 i 2024 roku. Trump, wycofując się z polityki net zero i zielonej transformacji, radykalnie osłabił legitymację jednego z czołowych programów rządu Starmera. Wreszcie polityka celna Trumpa i wojna w Iranie podkopała skromny ekonomiczny sukces rządu, obserwowalny w pierwszym półtora roku kadencji.
Jak podaje BBC, między pierwszym kwartałem 2024 roku a pierwszym 2026 brytyjska gospodarka rosła najszybciej w grupie G7 poza USA. W tym roku, głównie za sprawą zawirowań na rynku energii, ten wzrost znacząco spowolni, prognozy IMF mówią o wzroście na poziomie 0,8 proc., mniejszym nie tylko od Stanów, ale i Kanady czy Francji.
Spirala postbrexitu
Jednak nawet bez Trumpa Starmer miałby problemy. Nowy premier obejmował urząd w momencie, gdy na Downing Street zaczął przychodzić rachunek za szereg błędów brytyjskich elit: od prywatyzacji i finansjalizacji gospodarki w czasach Thatcher, kontynuowane w czasach New Labour, przez politykę austerity rządów Camerona, po brexit.
Ten ostatni, zamiast ożywić brytyjską gospodarkę, „wyzwalając” ją z pęt unijnej biurokracji, stworzył szereg barier między Wielką Brytanią a jej największym partnerem handlowym, jeszcze bardziej ograniczając wzrost. Trudno oszacować, o ile Wielka Brytania zbiedniała w wyniku brexitu – choćby dlatego, że po drodze była pandemia – ale większość ekonomistów nie ma wątpliwości, że gdyby nie rozwód z Unią gospodarka byłaby większa o od 4 do nawet 8 procent niż obecnie.
Kraj ma problem z niedofinansowanym sektorem publicznym, którego wiele funkcji dostarczają – znacznie drożej i mniej efektywnie – prywatni dostawcy, z potężnymi różnicami regionalnymi, modelem gospodarczym zależnym od migracji i nisko płatnych miejsc pracy. Elektorat w dodatku chce usług publicznych na poziomie europejskim i amerykańskich podatków.
Do tego dochodzą napięcia związane z wielokulturowości, podsycane przez wspieraną zza oceanu radykalną prawicę. By wyjść z tego kotła, trzeba było znacznie większego politycznego talentu niż Keir Starmer. Polityka nie tylko mającego wizję, ale też gotowego zmienić reguły gry i zbudować większość dla nowych.
Starmer nie był – zwłaszcza na tle poprzedników z ostatnich kilkunastu lat – złym premierem. W kilku obszarach wprowadził zmiany na lepsze. Na pochwałę zasługuje jego postawa wobec Ukrainy i Rosji. Ale jednocześnie, jak na połowę trzeciej dekady XXI wieku, okazało się to zupełnie niewystarczające.




!["Odwagi! [o zaangażowaniu młodych]" Dominika Lasota](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2026/04/odwagi-plomienie-okladka-173x267.jpg)



![Utracony kompas [o europejskiej lewicy]](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2026/03/plomienie_utracony_kompas-171x267.jpg)

Komentarze
Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!