Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Obserwuj Obserwuj

Więzienie za własne nasiona. Tak wygląda technofeudalizm w rolnictwie

Trudno sobie wyobrazić, że pewnych rzeczy można nie dość, że zabronić, ale i surowo je karać. Rolnicy w Kenii walczą o prawo do uprawiania i jedzenia tego, co sami zasadzą. O prawo do wysiewania własnych nasion.

Susan Owiti i jej współpracownicy
Walka

Nairobi. Jadę do dzielnicy Kangemi, by spotkać się z Susan Owiti – aktywistką feministyczną, rolniczką i współzałożycielką organizacji Kenyan Peasants League (Kenijska Liga Chłopska). KPL to oddolny ruch społeczny zrzeszający drobnych rolników, rybaków i pasterzy, który opowiada się za suwerennością żywnościową, prawami do ziemi oraz agroekologią.

Wysiadam przy charakterystycznym budynku przy głównej drodze – Waiyaki Way, gdzie na ogromnej powierzchni odbywa się tłoczny handel. Nairobi często sprawia wrażenie, jakby było jednym wielkim targowiskiem, co ma związek ze strukturą zatrudnienia. Oficjalna stopa bezrobocia nie jest wysoka (około pięciu proc.), ale już jego struktura jest skrajnie niekorzystna, bo ponad 80 proc. Kenijczyków jest zatrudnionych nieformalnie. Stąd wszechobecny uliczny handel, drobne fuszki itp., które toczą się głównie na ulicach. Zwłaszcza w stolicy.

Odnalazł mnie kolega Susan i szybko zrozumiałem, że sam nigdy bym nie trafił pod właściwy adres. W tej części Nairobi, gdy tylko zejdzie się z głównej drogi, w gęstwinie zabudowań nazwa ulicy i numer budynku mówią niewiele.

Czytaj także Za Rosją czy za Ukrainą? Dla Kenijczyków problem nie jest w wyborze, a w narratorze Jan Wysocki

W niewielkim biurze, które Kenyan Peasants League dzieli z lokalnymi aktywistami, Susan opowiada o walce, której większość świata nie widzi. Walce o nasiona.

– Jeśli nie od ciebie zależy, co sadzisz, to w ogóle nic od ciebie nie zależy – mówi, stawiając na stole butelkę wody, bardzo potrzebnej w rozgrzanym pomieszczeniu pełnym segregatorów. Przy rozmowie towarzyszy nam grupa młodych dziewczyn i chłopców, która czeka na nadchodzące zajęcia.

Kenyan Peasants League zrzesza rolników, „którzy prowadzą gospodarstwa rodzinne, stosują agroekologię i ekologiczne systemy produkcji żywności oraz sprawują kontrolę nad środkami produkcji żywności w imię suwerenności żywnościowej” – tak piszą o sobie na kanałach społecznościowych. Jednak ich walka jest o wiele bardziej złożona, a słowo „walka” nie jest tu nad wyrost.

KPL działa w pięciu hrabstwach: Migori, Baringo, Siaya, Machakos i Nairobi. To terytoria, na których KPL próbuje odbudować coś, co przez dekady wydawało się oczywiste – prawo rolnika do zachowania nasion z własnych zbiorów.

Czytaj także Świetlik: Mity o głodzie Maria Świetlik

Tradycja stała się przestępstwem

W 2016 roku kenijski parlament uchwalił Ustawę o nasionach i odmianach roślin (Seeds and Plant Variety Act). Na papierze miała uporządkować rynek rolny. W praktyce, jak twierdzą aktywiści, przekształciła tradycję w przestępstwo.

– Moja prababka przechowywała nasiona fasoli przez cztery pokolenia. Teraz rząd mówi mi, że muszę je certyfikować, żeby móc się nimi podzielić z sąsiadem – Susan podnosi głos, ale nie z gniewu. Z niedowierzania.

Ustawa wymaga, by nasiona wprowadzane do obrotu, także te wymieniane między rolnikami, miały urzędową certyfikację.

– Jak mam certyfikować własne nasiona? Coś, co nasze prababcie przechowywały i sadziły od pokoleń? Dlaczego teraz muszą być certyfikowane? – To retoryczne pytania. Dla odmian rodzimych, przekazywanych z pokolenia na pokolenie bez dokumentacji, to warunek niemożliwy do spełnienia. W efekcie tradycyjne banki nasion, przez wieki stanowiące fundament wiejskich społeczności, stały się w myśl prawa nielegalne. Za obrót „niecertyfikowanymi” nasionami grożą wysokie kary – nawet do miliona szylingów kenijskich grzywny i do dwóch lat więzienia.

Oficjalnie władze w Kenii argumentowały, że celem jest walka ze słabej jakości nasionami, zwiększenie plonów, ochrona praw firm i instytutów hodujących nowe odmiany roślin oraz ujednolicenie rynku. Tyle oficjalnych powodów.

W praktyce rolnicy popadają w zależność od faworyzowanych wielkich firm, które sprzedają im nasiona. Po drugie, takie standardowe nasiona często są mniej odporne na zmianę klimatu, a ich wysiewanie ogranicza bioróżnorodność. Jednak rolnicy najczęściej pytają po prostu: kto kontroluje żywność?. Wskazują, że kontrolę nad bezpieczeństwem żywnościowym oddaje się korporacjom.

Greenpeace Africa wraz z KPL zaskarżyło ustawę do sądu. Sprawa wciąż się toczy, jednak w 2025 roku kenijski sąd uznał część przepisów ograniczających dzielenie się lokalnymi nasionami za niekonstytucyjne, argumentując, że prawo nadmiernie faworyzowało interesy komercyjnych hodowców kosztem małych rolników.

Tymczasem na rynku dominują nasiona hybrydowe – produkowane przez międzynarodowe korporacje, droższe, nieprzystosowane do lokalnych warunków, a co najważniejsze, nie wolno się nimi dzielić. Rolnik, który je kupi, musi je co sezon kupować od nowa.

– Jednym z argumentów, które podają korporacje, jest to, że nie ma rodzimych nasion? – pytam.
– To mit, który rozpowszechniały same firmy. Od pokoleń rolnicy uprawiają i jedzą owoc własnej pracy, kiedy żadna z tych korporacji jeszcze nie istniała.

Czytaj także „Totalandia”: kolonialny wyzysk Afryki przez koncerny nigdy się nie skończył Artur Troost

Biuro przypadkiem spłonęło

Przedstawiciele firm sprzedających nasiona nie czekają w biurach. Wędrują po wioskach, pukają do drzwi, oferują pakiety startowe: nasiona, nawozy, czasem telefony. Wszystko na kredyt.

– Celują w kobiety – mówi Susan. – Wiedzą, że często nie mają formalnego wykształcenia, że tradycja nakazuje im posłuszeństwo. Dają im na kredyt nasiona, potem telefony, teraz nawet budują domy. A w dokumentach, których te kobiety nie potrafią przeczytać, zapisane jest, że zabezpieczeniem jest ziemia – tłumaczy. Dlatego poza samym zrzeszaniem się rolników tak ważna jest edukacja.

KPL udokumentowało przypadki, w których kobiety nieświadomie podpisywały dokumenty zastawiające rodzinne gospodarstwa. Gdy plony zawodziły lub ceny spadały, firmy przychodziły po „należność”. Jedna z kobiet, które straciły w ten sposób ziemię, odebrała sobie życie.

To nie są pojedyncze historie. W szkołach agroekologii prowadzonych przez KPL kobiety dzielą się świadectwami przemocy – fizycznej i ekonomicznej. Organizacja przekształca je w petycje do władz hrabstw, domagając się ochrony praw rolniczek.

– Sama też byłam celem ataków – mówi Susan.
– Ktoś cię napadł?
– Fizycznie nie, ale poprzednie biuro „przypadkiem” spłonęło. Był taki okres, przez jakieś pięć miesięcy, codziennie ktoś do mnie dzwonił, ale się nie odzywał, albo wysyłał dziwne wiadomości. Ciągłe wywieranie presji na mnie – opowiada.

Fot. Jan Wysocki

19 ustaw

Wprowadzono 19 ustaw: o fasoli mung, ryżu, orzechach, olejach i tak dalej. Każda wymaga od rolnika podania danych osobowych, powierzchni ziemi, informacji o uprawach.

– Kopiuj-wklej – komentuje. – Każda mówi to samo: musisz się zarejestrować, musisz certyfikować, musisz raportować. Ktoś w Nairobi będzie wiedział dokładnie, ile masz ziemi i co na niej rośnie. I zdecyduje, czy możesz to robić dalej.

Aktywiści widzą w tym próbę przejęcia kontroli nad krajowym systemem produkcji żywności. Wskazują na powiązania między politykami a międzynarodowymi darczyńcami. Nazwisko Billa Gatesa pada w rozmowie kilkakrotnie – jego fundacja od lat promuje w Afryce nasiona hybrydowe i rozwiązania biotechnologiczne. W 2022 roku kenijski rząd zniósł zakaz uprawy roślin GMO. Krytycy twierdzą, że decyzja zapadła pod presją zewnętrznych interesów.

– Kto mu płaci? – Susan ma na myśli o prezydenta. – Wszyscy wiemy. To nie tajemnica.
– GMO to fałszywe rozwiązania. Międzynarodowe korporacje wmawiają rolnikom, że rośliny genetycznie modyfikowane rozwiąże ich problemy, pomogą w adaptacji do zmiany klimatu i zwiększą dochody. Ale to kłamstwo – kontynuuje Susan.
– Dlaczego?
– Głównie z powodu nawozów, które, po pierwsze są drogie, a po drugie nie produkuje się ich tutaj, więc trzeba je kupować u zagranicznych korporacji. Już pominę to, że często te nawozy nie są dopuszczane do użytkowania w UE, a taki Bayer potem bez problemu sprzedaje je w Kenii – tłumaczy Susan.

Nowy wymiar niewolnictwa

W hrabstwie Migori, gdzie KPL ma pięć klastrów organizacyjnych, krajobraz powoli się zmienia. Coraz więcej rolników rezygnuje z kontraktów na trzcinę cukrową, które wiązały ich na lata z korporacjami i zabraniały uprawiania na własnej ziemi czegokolwiek innego. Jak powstaje taka zależność?

– Trzcina cukrowa dojrzewa 18 miesięcy. Przez ten czas nie możesz posadzić nawet jednego liścia jarmużu, żeby zrobić sukuma wiki – opowiada Susan, używając lokalnej nazwy dania z jarmużu, podstawowego składnika kenijskiej diety. – A potem czekasz trzy lata na zapłatę. Cały ten czas musisz kupować jedzenie w sklepie, chociaż żyjesz na ziemi, która mogłaby cię wykarmić.

To prosta droga do bankructwa, do momentu, kiedy zagląda ci głód w oczy. Jak mówi mi Susan, za złamanie kontraktu, czyli zasadzenie innej rośliny, grozi konfiskata majątku.

Fot. Jan Wysocki

KPL uczy innego modelu. W szkołach agroekologii rolnicy poznają techniki produkcji organicznych nawozów i pestycydów. Uczą się zachowywać nasiona z własnych zbiorów, tworzyć domowe banki nasion, które z czasem łączą się w banki klastrowe.

Organizacja uruchomiła też spółdzielnię spożywczą. Ma platformę internetową, gdzie rolnicy mogą sprzedawać produkty bezpośrednio konsumentom, bez pośredników, którzy tradycyjnie przejmowali większość marży.

Organizacja liczy dziś około trzech tysięcy zarejestrowanych członków, ale jej wpływ sięga dalej. Podczas protestów czy rozpraw sądowych wspiera ją cała społeczność. Gdy w 2023 roku młodzi Kenijczycy wyszli na ulice przeciwko ustawie podatkowej, rolnicy z KPL stali obok nich.

Pytam Susan, jak wyglądałaby Kenia, w której KPL odniosłoby sukces. Milczy przez chwilę.

– Wyobraź sobie, że rolnik sieje nasiona, które dostał od babci. Zbiera plony. Część zjada, część sprzedaje sąsiadom, część zachowuje na następny rok. Nie boi się, że ktoś mu je zabierze. Nie boi się, że przyjdzie firma z umową, której nie rozumie. Nie musi brać pożyczki, żeby kupić to, co jego rodzina miała od zawsze. To nie jest utopia. To było normalne jeszcze pokolenie temu. Chcemy tylko to odzyskać.

Czytaj także Ekofeministki z Afryki to przyszłość świata Fatimah Kelleher

Nasza rozmowa dobiega końca, gdyż już grupa młodych osób czeka na swoje zajęcia. Dzisiaj kolejne warsztaty, będą dotyczyć rozpoznawania przemocy.

– 10 lat temu myśleli, że mogą ot tak, wymazać naszą tradycję. A teraz? – Susan pyta na pożegnanie. – Tradycja nie zniknęła, a się umacnia. Mamy nasiona tu, w workach, w domach i w ziemi, a dzięki współpracy wywalczymy to, co nasze – dodaje.

Żegnam się z Susan i wracam na główną drogę, która prowadzi przez dzielnicę Kangemi. Znowu widzę liczne stragany, gdzie głównymi produktami są właśnie warzywa i różne owoce. Dla wielu tutaj to jedyne źródło utrzymania. Dzięki takim ludziom jak Susan mogą mieć szansę na choć odrobinę lepsze życie.

**
Jan Wysocki – miłośnik Bliskiego Wschodu i Dolnego Śląska. Zajmuje się polityką zagraniczną ze szczególnym uwzględnieniem Maszreku oraz zagadnieniami społecznymi. Z dziennikarstwem związany od 2019 roku, zawodowo pracuje w sektorze humanitarnym. Pisze reportaże. Ukończył historię na Uniwersytecie Wrocławskim. W wolnej chwili z ekologicznym zacięciem urbanisty-społecznika aktywnie przeciwstawia się szerzeniu paradygmatu świętej przepustowości i pisze książki, których nigdy nie wydaje.

Komentarze

Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
0
Komentujące wszystkich krajów, łączcie się!x