Michał Sutowski: Dziś porozmawiamy o tym, jak młodzież uniwersytecka – kwiat narodu polskiego – stała się awangardą polskiego faszyzmu przed wojną. Jak synowie, rzadziej córki z tzw. porządnych domów, tłukli pałami i cięli żyletkami na warszawskim kampusie kolegów, koleżanki i profesorów o niewłaściwych przekonaniach, a przede wszystkim niewłaściwym pochodzeniu. Jak właściwie do tego doszło?
Izabela Mrzygłód: Zacznijmy od tego, że uniwersytet miał kształcić elity nowopowstającego państwa. Kadry dla przyszłej polskiej administracji, sądów, urzędów, szkół, szpitali, praktyk lekarskich i adwokackich. Można powiedzieć, że ten proces kreowania elit stwarzał to państwo. Przy czym po I wojnie światowej mowa oczywiście o państwie narodowym, którego obywatele mają wytworzyć wspólną tożsamość i więzy obywatelskie. I to państwo jest w tym czasie w stanie zagrożenia…
Wojna się przecież skończyła? I to naszym sukcesem, skoro odzyskaliśmy niepodległość?
Owszem, ale wojna o granice trwa właściwie do roku 1923, jeśli wziąć pod uwagę powstania śląskie czy aneksją Wileńszczyzny, i ostateczne ustalenia dyplomatyczne. Do tego w Rosji wybucha rewolucja i wojna domowa, która budzi przerażenie wielu grup społecznych. A skoro to nowe państwo wykuwa się w ogniu wojny, w kontekście zwycięstwa bolszewików na wschodzie i konkurencji nacjonalizmów – niemieckiego, ukraińskiego, litewskiego – to sprzyja myśleniu o wspólnocie w kategoriach oblężonej twierdzy. A także, jak pisali w Naszej wojnie Włodzimierz Borodziej i Maciej Górny, następuje w czasie tej długiej wojny bardzo intensywny proces etnicyzacji społeczeństwa.
Ale państwo, które powstało, jest przecież wieloetniczne.
Na tym polega żart historii, że uzyskujemy państwo w granicach, jakich życzyłby sobie Roman Dmowski ze swoją etnonacjonalistyczną koncepcją narodu. I ze strukturą narodowościową, której ten sam polityk już nie mógł zaakceptować.
I co wtedy?
Propozycje były oczywiście różne, ale rozwiązaniem tego paradoksu wedle endecji miała być tzw. doktryna większości polskiej, czyli pomysł, że w tej wielonarodowościowej strukturze Polacy mają decydować wyłącznie o kształcie, ustroju i polityce państwa polskiego. I to pomimo że w niektórych województwach wschodnich np. Ukraińcy stanowili przytłaczającą większość, a do tego w całym kraju mieszkało blisko 3 miliony Żydów. Doktryna ta została wykuta przy okazji wyboru Gabriela Narutowicza na urząd prezydenta, a po jego tragicznej śmierci stała się praktyką polityczną, co świetnie opisał historyk Paweł Brykczyński w Gotowych na przemoc.
Rozumiem, że na początku lat 20. mamy elitę władzy, konstytucję, a nawet skład parlamentu, którym bliżej jest do formuły obywatelstwa państwowego – kryterium jest lojalność wobec Rzeczpospolitej – i potężną presję oddolną na to, by to państwo zorganizować inaczej, tzn. według kryterium pochodzenia, a może i religii? I to napięcie widać także na uczelni?
Z pewnością konstytucja marcowa stwarzała szerokie ramy obywatelstwa. Na uniwersytetach u progu lat 20. wciąż silny był duch liberalizmu, organizacje studenckie deklarowały przyjmowanie członków bez różnicy pochodzenia, wyznania i płci. Mówiliśmy o wojnach, w których wykuwa się to państwo i one w kontekście uniwersytetu też są kluczowe. Przecież ta patriotyczna młodzież, wychowana w inteligenckich domach, a więc nośnikach polskiej kultury w tamtym czasie, w poczuciu odpowiedzialności za państwo zgłaszała się ochotniczo do obrony państwa przed bolszewikami. Wojna 1920 roku, choć to bardzo słabo zbadany wątek, odciska głębokie piętno na tym pokoleniu i kształtuje ich habitus polityczny. To wtedy też mocno narasta mit żydokomuny, czyli właśnie Żydów-zdrajców wspólnoty na rzecz bolszewików…
Co to tworzyli Polrewkom w Białymstoku, gdy Armia Czerwona zbliżała się do Wisły albo przynajmniej nie chcieli się zgłaszać do polskiego wojska.
Tak, Żydów jakoby generalnie oddanych idei komunizmu, kosmopolitycznych, którzy zagrażają interesowi narodowemu. Na tym tle rodzi się też napięcie wokół kwestii, kto może studiować. Silna jest presja, by do studiów na polskiej uczelni dopuścić tych, którzy służyli w armii, bo dowiedli w ten sposób patriotyzmu.
Z Żydami problem polegał na tym, że studiowali najczęściej młodzi ze zasymilowanych domów, mocno zakorzenionych w kulturze polskiej. Gdy jednak chcieli się zgłosić do armii, to często nie byli przyjmowani jako element niepewny – zagrażający spójności polskich oddziałów albo wręcz podejrzewany o zdradę. Na to nakładał się stary stereotyp tchórzliwego Żyda, który na wojnę nie pójdzie ginąć, a co najwyżej chce na niej zarobić. Z tego wszystkiego wzięły się ataki wymierzone w młodzież żydowską, która jakoby nie chciała bronić ojczyzny.
Jak było naprawdę? Mamy jakieś dane?
Danych statycznych dotyczących studentów-ochotników nie znalazłam. Natomiast faktem jest, że udział w walce był problematyczny dla wielu grup, bo np. niektórzy, skądinąd patriotyczni socjaliści, niekoniecznie chcieli walczyć z rosyjskimi robotnikami na Wschodzie, więc w tym samym czasie wyjeżdżali na Śląsk prowadzić prace plebiscytowe. W ten sposób pojmowali służbę polskiej niepodległości. Niektórzy synowie z rodzin ziemiańskich wyjeżdżali do Wielkopolski, gdzie latem 1920 roku wycofali się przywódcy endeccy, wieszcząc klęskę Piłsudskiego. Byli i tacy jak Witold Gombrowicz, który jako student nie zgłosił się do wojska uznając, że jednak jego bezpieczeństwo i indywidualność są warte ochrony. Nie wspominając już o dezercji chłopów, którzy chcieli wypełniać swe obowiązki w czasie żniw, a nie ginąć w polu.
Wojna rodziła więc różne napięcia i dylematy, natomiast napiętnowana została ta jedna grupa. Co ciekawe, przymus aktywnej obrony ojczyzny wymierzony bywał też w kobiety i znamy świadectwa, że przy zapisach do studenckich organizacji wymagano, np. poświadczenia, że służyło się w jednostkach sanitarnych czy pomocniczych.
Powiedziałaś o młodych ludziach wychowywanych w rodzinach inteligenckich. Czyj to był uniwersytet? Synów adwokatów, lekarzy, innych profesorów, wykładowców akademickich oraz ziemian – i, dużo rzadziej, ich córek?
Przede wszystkim studia uniwersyteckie w II Rzeczpospolitej były płatne i trzeba było nie tylko zapłacić wpisowe, ale również opłacić każdy semestr osobno i jeszcze egzaminy, do których się przystępuje. Do tego dochodziły koszty utrzymania, jak wyliczano w 1930 roku dla Warszawy – około 200 złotych miesięcznie na przyzwoite życie studenta, w tym komorne, żywienie, ubranie, książki i jakieś życie towarzyskie. Dodajmy, że to było dużo więcej niż zarabiał miesięcznie robotnik i trochę mniej niż przeciętny pracownik umysłowy. W kolejnej dekadzie podniesiono jeszcze opłaty uczelniane, a wynagrodzenia w okresie wielkiego kryzysu spadły, co znów podnosiło próg wejścia.
Kogo było na to stać?
Dominowały dzieci z rodzin inteligenckich, czyli szeroko pojętych pracowników umysłowych, których było 49% wśród studiujących. W pierwszej kolejności dzieci rodzin urzędniczych, ale także rodziców wolnych zawodów: lekarzy, adwokatów i dziennikarzy. Do tego spora grupa pochodziła z ziemiaństwa i burżuazji, chociaż przewyższała ich liczebnie młodzież z grup drobnomieszczańskich. Zaznaczyć jednak muszę, że na UW powoli rosła liczba studentów pochodzenia robotniczego i chłopskiego. Było ich odpowiednio 8,7 oraz 8,5 procent w 1934 roku.
W społeczeństwie, w którym chłopów było sześćdziesiąt-siedemdziesiąt procent.
Tak, a więc uniwersytet odtwarzał strukturę klasową i elitarne, uprzywilejowane grupy społeczne. Jednocześnie był wehikułem awansu, i dla kobiet, które tam wstąpiły, i dla przedstawicieli tzw. mniejszości narodowych, które chciały się akulturować, i właśnie dla tych kilkunastu procent studentów chłopskich i robotniczych. Oczywiście, dla ludzi z klas mniej zamożnych studiowanie było z wielu względów dużo trudniej dostępne.
Może powiedzmy, że to dla wszystkich było trudno dostępne, a co dopiero osób bez pieniędzy i ogłady inteligenckiej wyniesionej z domu.
Faktycznie, bo Uniwersytet Warszawski odpowiadał za 1/3 studiujących na uniwersytetach w Polsce i w latach 30. osiągnął próg około 10 tysięcy osób studiujących, a więc około 2 tysięcy na jednym roku. Biorąc pod uwagę ówczesną demografię, w Polsce studiowało między 1,5 a 2% młodzieży, co wskazuje na hiperelitarny charakter wykształcenia wyższego. To mniej więcej tyle, ile dzisiaj robi doktorat. A tylko trochę bardziej dostępna była matura.
Skoro to było takie elitarne to znaczy, że studenci naprawdę byli kwiatem narodu, jego „górnym procentem”, gdy chodzi o kształcenie. Dlaczego więc tak szybko i tak wcześnie zaczęli domagać się usunięcia z uczelni kolegów i koleżanek innego pochodzenia, posuwając się do przemocy fizycznej?
Po pierwsze, nawet jeśli dziwnie to brzmi przy tym 1 procencie studiujących, także wtedy następowała demokratyzacja uczelni, choćby przez otwarcie ich na kobiety i przedstawicieli klas ludowych, których wcześniej tam prawie nie było. Studentów jest na nasze standardy tyle co nic, ale wzrost ich liczby jest gwałtowny w porównaniu z okresem sprzed I wojny światowej. Ten boom widać zresztą w całej Europie, choćby za sprawą efektu aspiracji odłożonych w czasach wojny – na uniwersytet idą studenci w różnym wieku, którzy lata młodości spędzili np. w okopach. Już samo to prowadzi do napięć, w sensie dosłownym, bo po prostu brakuje miejsca w zatłoczonych aulach. Władze uniwersyteckie skarżą się, że nie mają pieniędzy na poszerzenie bazy dydaktycznej, dobudowanie sal ćwiczeniowych i laboratoriów, nie mówiąc o braku książek czy preparatów do zajęć z nauk ścisłych i medycyny.
Ale to nie jedyny czas w historii, gdy na naukę i oświatę brakowało pieniędzy…
Tak, ale czynników frustracji było dużo więcej. Drugi, o którym często zapominamy, to permanentny właściwie kryzys gospodarczy, z kulminacją w pierwszej połowie lat 30., która pokrywa się z okresem wyjątkowego napięcia na uczelniach. Lubię przytaczać taką oto zbieżność: najwyższa stopa bezrobocia wśród inteligencji jest w roku 1934. W tym samym roku, w warszawskim środowisku studenckim do życia powołany zostaje Obóz Narodowo-Radykalny, który kilka miesięcy później podzieli się na Ruch Narodowo-Radykalny, tak zwany ONR „Falangę”, i ONR-ABC.
Tak, ale urzędnicy czy pracownicy biurowi zwalniani byli później niż robotnicy, których miejsca pracy zależały bardziej bezpośrednio od koniunktury. Studentom z jednej strony zajrzało w oczy widmo bezrobocia po zdobyciu dyplomu, z drugiej skurczenie się rynku prac dorywczych, korepetycji i innych zleceń, z których wielu z nich musiało się utrzymywać. A wszystkiemu towarzyszyła dyskusja o wyższych uczelniach jako „fabrykach dyplomów” i „nadprodukcji inteligencji”, w której różne autorytety akademickie, dziennikarskie czy państwowe głosiły, że Polsce potrzeba raczej inżynierów i wykwalifikowanych robotników niż magistrów filozofii czy prawa. Na frustrację ekonomiczną nakładało się niezrozumienie ze strony elit, a z drugiej strony presja społecznych oczekiwań wobec młodego pokolenia.
Że nie powinni narzekać, bo starzy im zrobili Polskę i wywożono ich za to na Syberię?
Inaczej: w okresie międzywojennym panował kult młodości. Dominowało poczucie, że stary porządek, który trwał przed 1914 rokiem wyczerpał się całkowicie, ale też starsze pokolenie w Europie skompromitowało się wielką wojną, w której wykrwawiło kwiat młodzieży. Dlatego przyszłość i nadzieja leży w młodych.
Aa, stąd popularność włoskiej pieśni? Giovinezza, giovinezza, primavera di bellezza…: „Młodzieży, ty wiosno piękna…”.
Dokładnie tak, włoscy faszyści zrobili z tego hymn. Ale i w Polsce silne było wyobrażenie o młodzieży, która nad Wisłą ruszy z posad bryłę świata, która zerwie ze wszystkimi miazmatami niewoli, myśleniem w kategoriach podległości, mentalnością zaborową…
A więc fantazja o tym, że polska polityka będzie lepsza, jak tylko do głosu dojdzie pokolenie nieskażone niewolą PRL-u, miała precedens?
Cóż, bunty i konflikty pokoleniowe powtarzają się co 20-30., nieprawdaż? Wtedy kluczowa była ta sprzeczność: między stawianiem młodzieży na piedestale, jako elity in spe, która będzie odpowiadać za Polskę i uczyni ją potęgą – i tym poczuciem deprywacji ekonomicznej i społecznej w dobie wielkiego kryzysu. A na to nakładał się rosnący bunt wobec sanacyjnej władzy i autorytarnego reżimu, który się domykał coraz mocniej w latach 30.
Rozumiem, mamy coraz bardziej toporny autorytaryzm, gospodarkę w stagnacji wskutek globalnego kryzysu i nieudolnych rządów, no i jeszcze sny o potędze wzmocnione pamięcią zwycięstwa 1920 roku. Ale dlaczego w takim razie najważniejszym tematem – to wynika jasno z twoich Uniwersytetów w epoce kryzysu – najważniejszym, najbardziej mobilizującym młodzież studencką tematem są cały czas… Żydzi?
Trzeba zacząć od tego, że Żydzi nie tylko w czasie kryzysu są na celowniku jako ci, którzy pośredniczą w handlu.
Najpierw zdziera od dostawcy, od rolnika płacąc mu mało, a potem od konsumenta, bo sprzedaje drogo?
Tak, dużo grup ustawia się w roli poszkodowanych. Na to nakłada się dużo ekonomicznych stereotypów wokół lichwiarstwa, chytrości, sprytu, itp., choć przecież sytuacja ludności żydowskiej w tym okresie jest bardzo trudna. Jeśli mówimy o handlu, to obroty handlowe zamierają, a ludzie nie mają za co kupować towarów. Proletariat żydowski i przedsiębiorcy żydowscy mierzą się z takimi samymi kryzysowymi wyzwaniami jak etniczni Polacy, a młodzież żydowska nie widzi przed sobą przyszłości.
Niemniej cała struktura tej gospodarki jest wadliwa, z rozdrobnionymi gospodarstwami rolnymi i bardzo ograniczoną, wbrew obietnicom z 1920 roku, reformą rolną, z masą zadłużonych chłopów i obok nich ludzi zbędnych – pozbawionych ziemi i kapitału na wsi, którzy nie dokładają się do produkcji, wreszcie z nowoczesnym przemysłem odbudowywanym po wielkiej wojnie, tworzącym jednak wyspy modernizacji i znajdującym się w dużej części w rękach zagranicznego kapitału, z deflacyjną polityką pieniężną i fiskalną. Jeśli dołożymy do tego wyzwania cywilizacyjne na ziemiach wschodnich, to mamy obraz bardzo trudnej sytuacji gospodarczej, z której nie ma żadnego prostego wyjścia.
Żydzi stają się w tych warunkach łatwym kozłem ofiarnym, a narracja, że gdyby ich… wyemigrować przymusowo, to wszystkie problemy polskiej gospodarki zostałyby rozwiązane, robi się bardzo nośna.
Mówisz o czasach kryzysu, ale jakąś matrycą takiego sposobu myślenia była chyba tzw. afera trupia, dotycząca wydziałów medycznych i możliwości pracy prosektoryjnej na zwłokach – podnoszono zarzut, że studenci-Żydzi nie powinni korzystać z tych chrześcijańskich, tym bardziej, że dla studentów Polaków ich brakuje…
To jest w ogóle ciekawe zjawisko, bo pojawia się w bardzo różnych państwach w tym samym czasie, również na Węgrzech i w Rumunii, a ośrodkiem inspirującym był zapewne Wiedeń, gdzie temat pojawił się jeszcze przed I wojną światową.
Preparatów do ćwiczeń i całych zwłok faktycznie studentom medycyny brakowało. Niedobór był faktem – uznano więc, że trzeba odebrać do nich dostęp Żydom i wtedy problem się rozwiąże. Trochę jak z kryzysem całej gospodarki, mamy proste rozwiązanie skomplikowanego problemu…
Tak, bo kreujemy wizję, że to przede wszystkim gminy żydowskie nie dostarczają zwłok do przeprowadzenia sekcji na studiach medycznych, że Polacy mieliby wystarczająco materiału do badań prosektoryjnych. Niestety muszą się nim dzielić z chytrymi Żydami, którzy żerują w ten sposób na chrześcijańskich ciałach, ale też na polskim społeczeństwie. Tyle że nawet statystyki były mylące: w prosektorium wykorzystywano ciała bezdomnych czy ciała dzieci i kobiet z przytułków, których wyznanie czy narodowość nie zawsze można było określić, ale hurtem zapisywano ich do chrześcijan. Natomiast faktycznie, tak jak powiedziałeś, konflikt o niedobory i tlący się konflikt ekonomiczny był przekładany na konflikt religijno-etniczny, bo mówiono o ryzyku profanacji chrześcijańskich ciał przez Żydów, a potem już wprost na konflikt rasowy. W latach 30. podnoszono argumenty, że żydowskie ciała są inaczej zbudowane i wręcz nie nadają się do prowadzenia badań.
Jak ten konflikt się zakończył?
Władze uczelni postanowiły, że gminy żydowskie mają dostarczyć trupy do prosektorium, na których będą pracować „w miarę możliwości” studenci żydowscy. Ale problem powracał jeszcze w latach 30. Głośna sprawa Wacławskiego z 1931 roku miała swój początek właśnie w związku z tzw. „aferą trupią”. W czasie zamieszek na Uniwersytecie Stefana Batorego, które rozpoczęły się w prosektorium, student-narodowiec został trafiony kamieniem w głowę i zmarł. Uczyniono go męczennikiem narodowej sprawy jako „syna ludu polskiego”, który zginąć miał „z żydowskiej ręki”. Można powiedzieć, że kwestię jakoś zamknęło przyjmowanie na studia medyczne – i nie tylko medyczne – coraz mniejszej grupy studentów-Żydów.
W Polsce jednak, mimo coraz głośniejszych żądań prawicy, nie wprowadzono numerus clausus, czyli progu maksymalnego liczby studentów z mniejszości odpowiadających udziałowi tej mniejszości w całej populacji.
W latach 1923 – 1926 istniała furtka do stosowania numerus clausus w postaci okólnika ministra wyznań religijnych i oświecenia publicznego, który dopuszczał wprowadznie przez wydziały kwot w przyjęciach na studia. Okólnik ten wystosował endecki minister Stanisław Głąbiński, pomimo oporu Sejmu. Przepisy te zostały zniesione przez ministerstwo po zamachu majowym. Jednak wydziały stosowały rozmaite mechanizmy nieformalne przy przyjmowaniu kandydatów, żeby ograniczyć liczbę studentów żydowskich.
Na początku lat 20. żydowskich studentów było faktycznie dużo więcej niż w populacji – nawet do ¼. Z czego to wynikało?
Dla mniejszości, która nie może być pewna swojego statusu obywatelskiego, zawody medyczne są o tyle bezpieczne, że można je wykonywać z grubsza pod każdą szerokością geograficzną, to raz. Dwa, że na przykład kariera w innych zawodach prawniczych niż adwokaci była dla Żyda praktycznie wykluczona. Poza prywatną kancelarią szanse na pracę w administracji publicznej były więcej niż ograniczone. Przypadki karier w tych miejscach są naprawdę nieczęste, a w prokuraturze czy sądach w zasadzie niespotykane. W urzędach – rzadkie, podobnie jak w oświacie publicznej, nie mówiąc o szkołach oficerskich, które też były ważną ścieżką kariery dla inteligenta w II RP. Dlatego wybór medycyny był dla młodego inteligenta żydowskiego szczególnie racjonalnym wyborem.
Miejscem, w którym studenci wyrabiali sobie pogląd na świat, był Bratniak, czyli organizacja samopomocowa i samorządowa studentów. Dzisiaj samorząd studencki mało kogo obchodzi, wtedy był chyba kluczowy?
Załatwiał miejsca w akademiku i na stołówce, pośredniczył w zdobywaniu pracy czy zajęć dorywczych, organizował życie towarzyskie i kulturalne. Dla studentów, zwłaszcza tych nie mających bogatej sieci kontaktów i przede wszystkim pieniędzy, to sprawy bezcenne. Dlatego też prawo należenia do nich – czy wszyscy studenci, a może tylko chrześcijanie i Polacy etniczni – ma sens nie tylko symboliczny, nie tylko wyznacza granice wspólnoty politycznej, ale też wielkie konsekwencje praktyczne.
I dlatego wykluczenie z niej studentów żydowskich było tak ważne?
Tak, choć nie nastąpiło to od razu – dla porównania, w Austrii mamy np. Związek Studentów Niemieckich, który odgrywał podobną rolę jak właśnie bratnia pomoc studentów UW. Ale tamta organizacja od początku miała wprowadzony tzw. paragraf aryjski i nie dopuszczała w swoje szeregi studentów żydowskiego pochodzenia.
W Polsce, żeby to się stało, władzę w Bratniaku musiała przejąć Młodzież Wszechpolska?
Tak, ponieważ musimy dodać, że choć za socjalizację polityczną większości studentów odpowiadała właśnie Bratnia Pomoc i jej odpowiedniki na innych uczelniach, to o ich profil ideowy toczyła się walka między…
Korporacjami studenckimi?
Nie, korporacje dominowały w Niemczech czy Austrii, z całym sztafażem XIX-wiecznym: kultywowaniem pojedynków na rapiery i broń palną, studenckimi pijatykami, ale też silnym poczuciem tożsamości akademickiej. U nas też ich nie brakowało, też były zdominowane przez prawicę – korporantem był m.in. Bolesław Piasecki – i też wprowadzały paragrafy aryjskie od samego początku, jak np. „Sarmatia”. Co prawda nie wszystkie, bo powstawały też korporacje liberalne, piłsudczykowskie, syjonistyczne czy kobiece. W Polsce ważniejsze były jednak organizacje związane bezpośrednio z partiami czy ruchami politycznymi, par excellence nowoczesne i bardziej masowe. To właśnie młodzieżówki partyjne wiodły prym w życiu politycznym uczelni i kluczowe było, która z nich przejmie Bratniaka, ergo zdobędzie władzę na walnym zebraniu.
A nie było tak, że biła się o to głównie endecka Młodzież Wszechpolska?
Początkowo biją się wszyscy: Młodzież Wszechpolska, liberalno-demokratyczny Związek Polskiej Młodzieży Demokratycznej, socjaliści ze Związku Niezależnej Młodzieży Socjalistycznej, no i piłsudczycy. Do połowy lat 20. różne rzeczy udaje się, nazwijmy to, nienacjonalistycznej młodzieży, zablokować. Natomiast później dominować zaczyna Młodzież Wszechpolska i utworzony przez Dmowskiego po zamachu majowym, jako ruch pozaparlamentarny, Obóz Wielkiej Polski – studenci świetnie się w nim odnajdują, tyle że z czasem zrywają się „starym” z łańcucha. A potem już mamy tzw. mordobicie w narodzie, czyli przepychankę między coraz bardziej radykalnymi odłamami młodego ruchu nacjonalistycznego, z ONR ABC i RNR na czele.
Wspomniałaś o zamachu majowym. To o tyle ciekawy zbieg wypadków, że w 1926 roku przejmuje władzę obóz Piłsudskiego, popierany przez siły, umownie rzecz biorąc, na lewo od centroprawicy. A w tym samym czasie na uczelni zaczynają dominować siły na prawo od niej. Im bliżej komuś do nowej władzy, tym mniejsze ma wpływy wśród studentów. Dlaczego?
Zamach Piłsudskiego odczytano jako wymierzony w państwo, z którym wielu się utożsamiało. Studenci ginęli po obu stronach, zamachowców i rządowej, ale narrację zdominowali ci drudzy. Wtedy nastąpiło pierwsze wyraźne pękniecie w społeczności akademickiej, porównywalne chyba z tym, co znamy po katastrofie smoleńskiej: spotykano się odtąd w osobnych miejscach, a w lokalach korporacji stawiano ołtarzyki poświęcone pamięci żołnierzy-studentów, którzy w maju zginęli po stronie rządu.
W Polsce powoli zaczął obowiązywać oficjalny kult Piłsudskiego…
Tak, ale rządy sanacyjne szybko stawały się tym skostniałym, znienawidzonym reżimem, który buntujący się młodzi chcą obalić i który obwiniają za wszelkie niepowodzenia, w tym gospodarcze. Mówiliśmy już, że w 1929-30 roku zaczyna się kryzys. A w związku z pewnym liberalnym sznytem sanacji, obwinia się ich jeszcze o masonizm, względnie „czerwono-masonizm”, no i oczywiście o spiknięcie się z Żydami, którzy na nich głosują. Dlatego, choć organizacje piłsudczykowskie na uczelniach obficie podsypywano pieniędzmi, to nie budziły zaufania studentów.
Jak to możliwe, że dzieciaki z tzw. dobrych domów, wychowywane raczej w duchu dyscypliny, szacunku dla autorytetów, instytucji i porządku, zaczynają tłuc kolegów i koleżanki, a z czasem też profesorów przy pomocy lasek i kastetów, a nawet żyletek? I to wszystko na szacownym Wydziale Prawa Uniwersytetu Warszawskiego? To doświadczenie wojenne, które wielu z nich miało za sobą, zmieniło ich tak bardzo? A może moda na bojówki i walki uliczne z Włoch, Niemiec i Austrii?
Doświadczenie wojenne odgrywa rolę i często było poręcznym wyjaśnieniem dla przemocy w tamtej epoce, ale niewystarczającym. Największą jej falę mamy jednak pod koniec lat 30. i to już nie byli ludzie, którzy by faktycznie przeszli przez okopy tzw. wielkiej wojny czy roku 1920. Moim zdaniem dla przemocy politycznej, nie tylko tej uniwersyteckiej, w II Rzeczpospolitej, decydujące jest co innego – nawet jeśli sam temat jest wciąż zadaniem dla historyków, bo wiemy o tym po prostu mało.
To co w takim razie?
Po pierwsze, kultura przemocy w życiu codziennym, obecna także w wychowaniu młodzieży „z dobrych domów”. Do przemocy socjalizowały nawet bajki – pamiętam swój szok, gdy zobaczyłam książeczkę dla dzieci, którą mojej babci podarował jej brat: znęcanie się nad zwierzętami przez dzieci było ukazane jako coś zabawnego i w sumie dopuszczalnego. Ale w tych domach, mieszczańskich, ziemiańskich czy zamożniejszych chłopskich, przemoc była na porządku dziennym w interakcjach ze służbą czy robotnikami rolnymi. Tak po prostu rodzice postępowali z ludźmi, z własnymi dziećmi często też. Druga rzecz, to kultura polityczna ówczesnej Polski, zwłaszcza po zamachu majowym.
Chodzi o to, że politykę robi się przy pomocy karabinu i bagnetu?
Przede wszystkim monopol przemocy jest bardzo wyraźnie zaznaczony w przestrzeni publicznej przez obecność wojskowych. Sanacyjni oficerowie są faktycznie widoczni na ulicach, to oni uosabiają państwo. Tyle że akurat uczelnie są z tego wyłączone, bo one są przestrzenią autonomii uniwersyteckiej, do której nie mają wstępu ani oficerowie, ani policja państwowa. I to stwarza zupełnie inne możliwości również do organizowania różnych zamieszek, ataków i aktów przemocy, bo tam monopol przemocy państwowej jest zawieszony na kołku. Ale najważniejsza chyba jest socjalizacja polityczna młodych.
Co to znaczy?
Poprzez narastające kaskadowo kryzysy, polityczne, gospodarcze, społeczne u młodych powstaje przekonanie, że sytuacja jest beznadziejna, a więc każdy środek zaradczy jest dopuszczalny. Co więcej, ta przemoc służyć ma nie tylko realizacji celów politycznych, ale – to widać w publikacjach „Falangi” z tamtego czasu – ona jest traktowana jako siła, która ma przemienić polską duszę. Ma doprowadzić do przełomu narodowego, do rewolucji nacjonalistycznej, która domknie proces kształtowania się tożsamości Polaków. No i wreszcie, młodzi radykałowie ustawiają się w roli strażników porządku publicznego i tej wspólnoty narodowej, którą kształtują – a skoro tak, to im wolno więcej, także przypuścić atak na to starsze pokolenie, które nie rozumie współczesnego świata ani ich ideałów. Sądzę, że to te trzy aspekty łącznie sprawiały, że ta przemoc była poręcznym narzędziem młodych inteligentów – i że rozlewała się tak szeroko.
Mówisz o największej eskalacji przemocy w II połowie lat 30. To narastało stopniowo przez cały czas? Czy był jakiś moment przełomu, gdy wszystkie hamulce puściły? To było po śmierci Piłsudskiego?
Marszałek jawi się często jako katechon, który powstrzymuje falę antyżydowskiej nienawiści. Eskalacja postępowała już od początku dekady, a najważniejszą cezurą była wg mnie z jednej strony wspomniana już sprawa Wacławskiego, którego wykreowano na męczennika ruchu narodowego. Msze z okazji kolejnych rocznic jego śmierci były okazją do antysemickich ataków, które z czasem wylewały się poza mury uczelni. Z drugiej strony, w 1930 roku były wybory brzeskie, w czasie których władze sanacyjne brutalnie potraktowały opozycję, w Brześciu bito polityków opozycyjnych.
W swojej książce wyodrębniam dwie ścieżki narastania przemocy na uniwersytetach. Z jednej strony to była etnicyzacja uniwersytetów, czyli wszystkie napięcia związane z kształtowaniem się wspólnoty narodowej i wykluczaniem poza jej obręb Żydów i lewicowców. Z drugiej strony była jednak europejska wojna domowa…
Czyli co właściwie?
Coraz ostrzejszy konflikt między lewicą i prawicą, czego na arenie europejskiej kulminacją była wojna domowa w Hiszpanii oraz polityka tworzenia tzw. frontów ludowych, czyli szerokich koalicji przeciwko faszystom i skrajnej prawicy. Echa tego widać na naszych uczelniach, gdzie np. młodzież sanacyjna się radykalizuje i często skręca w lewą stronę. A młodzież prawicowa spogląda w stronę Mussoliniego i Hitlera.
Mówiłaś o widocznym monopolu państwa na przemoc – poza uniwersytetami. Endecka czy narodowo-radykalna młodzież atakowała nie tylko Żydów i innych lewaków, ale też traktowała sanację jako śmiertelnego wroga. I państwo na to nie reagowało?
Państwo interweniowało w momencie, kiedy przemoc wychodziła na ulice. Wbrew stereotypowi, jednostki do rozpraszania demonstracji, w Warszawie kojarzone – od miejsca koszar – pod nazwą „Golędzinów”, nie zostały wymyślone ani w marcu 1968 r., ani nawet w latach 50., tylko w II Rzeczpospolitej. Pierwsze zdjęcia armatek wodnych i policjantów rzucających pojemnikami z gazem łzawiącym w studentów na Krakowskim Przedmieściu pochodzą z lat 30. Ale, co charakterystyczne, terytorium uniwersytetu było respektowane jako przestrzeń autonomiczna – i tam siły porządkowe nie miały wstępu. Chyba że zaprosiliby ją rektorzy, by uspokoić sytuację.
Ale nie zapraszali? Mimo że działacze OWP czy ONR organizowali „posterunki”, na których legitymowali i nie wpuszczali studentów o niewłaściwym pochodzeniu na kampus? Albo po prostu bili ludzi na jego terenie? Nie mówiąc już o tym, że falangiści podkładali bomby pod żydowskimi sklepami i strzelali do pochodów pierwszomajowych…
Wolność akademicka i autonomia uczelni wobec państwa i Kościoła były dość świeżym osiągnięciem europejskiego liberalizmu, liczącym wówczas kilkadziesiąt lat; uważano ją za europejski standard cywilizacyjny, stąd też w przedwojennej Polsce traktowano je bardzo serio. U nas dochodził jeszcze fakt, że kadra profesorska po tzw. wyborach brzeskich w 1930 roku, po przygotowywanej przez ministra Jędrzejewicza nowej ustawie akademickiej, naprawdę obawiała się autorytarnych zapędów sanacji i ograniczenia wolności akademickiej. I ostatnią rzeczą, jakiej by sobie życzyła, było wpuszczenie na teren uniwersytetu policji, żeby zaprowadziła tam porządek. Ale był jeszcze trzeci element, klasowy.
Do chłopów jakoś władza nie wahała się strzelać…
A to byli studenci, chłopcy i dziewczyny zazwyczaj z dobrych warszawskich domów, profesorskich, sędziowskich, prokuratorskich. Posłać szarżę kawalerii na robotników czy chłopów, to jednak co innego…
Z twojej książki dowiaduję się, że tzw. getto ławkowe – podział studentów na sali wg narodowości, z nakazem zasiadania Żydów po lewej stronie patrząc od strony katedry, wprowadzali sami rektorzy uczelni, mając nadzieję na… uspokojenie sytuacji. Pomogło?
Instytucjonalizację getta ławkowego świetnie opisała Natalia Judzińska w swojej książce. Postulat pojawił się na początku lat 30. i był wysuwany coraz częściej, natomiast po roku 1935 przemoc była już tak rozkręcona, że uniwersytet bywał zamykany – w roku 1936 roku blokada UW rozpoczęta w listopadzie skutkowała tym, że zajęcia zostały zawieszone na kilka miesięcy. To zupełnie dezorganizowało pracę uczelni. I teraz, z jednej strony ta kampania wykluczania trwa na tyle długo, że studentom narodowo-radykalnym udało się wytworzyć przekonanie, że to jest to, czego oczekuje młode pokolenie i czego potrzebuje całe społeczeństwo. Oni wytwarzają takie ramy poznawcze: że inaczej się nie da tego przeprowadzić, żeby naród stał się nowoczesną wspólnotą. A druga rzecz, to faktycznie pewna naiwność profesorów, którym się wydaje, że jeżeli ustąpią, wprowadzą to „zarządzenie o zasiadaniu w miejscach nieparzystych” i rozdzielą od siebie strony…
To wreszcie zapanuje spokój?
Oczywiście nie zapanował, bo raz, że żądania prawicy robiły się coraz bardziej radykalne, a więc numerus nullus – wykluczenia studentów żydowskich, ale też profesorów żydowskich z uniwersytetu. A dwa, że to zarządzenie stało się orężem w rękach narodowych radykałów, bo teraz już mogli bić tych lewicowców i tych Żydów w imieniu prawa – jeśli nie chcą usiąść w tych ławkach albo stoją, no to trzeba zaprowadzić porządek, prawda?
Na getta ławkowe w 1937 roku zgadzają się władze państwa. Bolesław Piasecki i falangiści przejmują… sanacyjną młodzieżówkę i zaczynają grać na Rydza-Śmigłego, a obóz rządzący po śmierci Piłsudskiego otwarcie zaczyna grać kartą antysemicką. Czy polscy faszyści uzyskali przed wojną to, czego chcieli?
U Piaseckiego po delegalizacji Obozu Narodowo-Radykalnego wiosną 1934 pojawił się pomysł, który byśmy dzisiaj nazwali „długim marszem przez instytucje”, czego konsekwencją było wejście w sojusz z prawicą obozu sanacyjnego. Bo ten, po śmierci charyzmatycznego lidera, szukał nowej legitymacji dla swojej władzy po latach nieskutecznych prób przyciągnięcia młodzieży. Tyle że liderowi „Falangi” nie do końca się to udało. Długo budował przecież narrację o konieczności doprowadzenia do przełomu narodowego, dyskredytował sanację jako żydowskie marionetki i kreował wyobrażenie, że w Polsce zaraz dojdzie do rewolucyjnego powstania chłopów pod wodzą narodowców przeciw piłsudczykom – a tu nagle taki sojusz… Owszem, falangiści zdobyli wielkie wpływy, przejęli Związek Młodej Polski, czyli przybudówce Obozu Zjednoczenia Narodowego. Ale legendarna charyzma Piaseckiego wtedy zaczęła się jakby wyczerpywać – zaczęli go opuszczać współpracownicy, części piłsudczyków też się nie podobał układ z faszystą.
Ale tak czy inaczej sanacja zaczęła prowadzić politykę, która się tamtej skrajnej prawicy mogła podobać. Czy nie?
Na pewno udało się prawicy uzyskać wpływ na społeczeństwo, np. dosyć szeroko przyjmowano „paragrafy aryjskie” w kolejnych organizacjach zawodowych. Pod koniec lat 30. mieliśmy ogromną falę wystąpień antyrządowych, w tym wielki strajk chłopski z 1937 roku pod przywództwem opozycyjnego Stronnictwa Ludowego i coraz bardziej radykalne wystąpienia na uniwersytetach. Sanacja nie poszła w stronę spełnienia żądań chłopskich, lecz żądań tej etnonacjonalistycznej prawicy studenckiej. Pokazuje to dobrze, jak interpretowała nastroje społeczne. Wielkim sukcesem tych studentów było wytworzenie przekonania, że to, czego najbardziej chcą młode polskie elity narodowe, to właśnie państwo, z którego wykluczeni są Żydzi.





!["Odwagi! [o zaangażowaniu młodych]" Dominika Lasota](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2026/04/odwagi-plomienie-okladka-173x267.jpg)



![Utracony kompas [o europejskiej lewicy]](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2026/03/plomienie_utracony_kompas-171x267.jpg)

Komentarze
Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!