Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Obserwuj Obserwuj

Cyfrowi influencerzy napędzani przez AI to przyszłość, której możemy uniknąć

Możliwość tworzenia cyfrowych awatarów może przemawiać do wyobraźni osób monetyzujących swój wizerunek, który już teraz może pracować bez ich fizycznego udziału. I to w tempie, które da się podkręcać w nieskończoność, a logika nieskończonego wzrostu to coś, co kapitalizm uwielbia najbardziej.

Freckled woman with dark hair in buns, facing a laptop on a couch in a living room area.
Walka

W 2015 roku premierę miał drugi sezon animacji dla dorosłych BoJack Horseman. Możemy w nim obserwować scenę, gdzie główny bohater – zawodowy aktor, właśnie zaangażowany do nowego filmu – zostaje w całości zeskanowany przez producentów filmowych przy użyciu tajemniczego urządzenia. Chodzi o stworzenie jego cyfrowej kopii, która byłaby jednocześnie kopią zapasową. Gdyby nasz sympatyczny człowiek-koń przykładowo umarł jeszcze w trakcie produkcji filmu, dzieło da się dokończyć bez jego udziału.

Spoilerując serial sprzed dekady: w następnych odcinkach podstarzały BoJack zajmuje się próbami powrotu do swojej dawnej świetności lub próbami pogodzenia się z upływem czasu oraz z samym sobą, przez co całkowicie zaniedbuje swój udział w filmowym przedsięwzięciu. Nikt się jednak nie przejmuje tym, że nie bywa on na planie zdjęciowym, bo przecież jest cyfrowa kopia. Film okazuje się sukcesem, a rola BoJacka zostaje nawet nagrodzona oscarową nominacją. Bohater cieszy się, że wreszcie został doceniony, choć trochę mu dziwnie z tym, że nie bardzo orientuje się, o czym był film, w którym „zagrał”.

11 lat później coś podobnego miało się wydarzyć w rzeczywistości.

Czytaj także Koniec baśni? Użytkownicy odkrywają fizyczne granice wirtualnej inteligencji Xavier Woliński

Komu patrzeć na ręce

W 2026 roku Khaby Lame, gwiazdor TikToka, który podczas pandemii rozbił bank jedną zabawną miną, za niecały miliard dolarów sprzedał prawa do swojego wizerunku funduszowi Rich Sparkle Holdings. Umowa dotyczy praw do globalnego zarządzania wizerunkiem influencera i jego komercjalizacją, w tym do automatyzacji produkcji komercyjnych treści z jego udziałem przy użyciu technologii, którą w skrócie możemy nazwać generatywną AI.

Odrzucając korporacyjną nowomowę: o ile Khaby Lame wciąż może wrzucać na swojego TikToka, co zechce, tak Rich Sparkle może stworzyć jego wirtualnego awatara lub awatary, które w zautomatyzowany sposób mogą „tworzyć” komercyjne treści już bez fizycznego udziału influencera. To możliwość nie tylko tworzenia zdjęć oraz filmów, będących niczym innym jak deepfake’ami, ale też sposób na prowadzenie internetowego live’a choćby i przez 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu – o ile tylko da się na tym odpowiednio zarobić. Co ciekawe, technologię do tego przedsięwzięcia dostarcza chińska spółka o nazwie Anhui Xiaoheiyang.

I chociaż już kilka miesięcy później pojawiło się sporo wątpliwości wokół opisanej transakcji i uczestniczących w niej podmiotów (niektóre biura maklerskie zablokowały handel akcjami notowanej w Hong Kongu, zarejestrowanej na Brytyjskich Wyspach Dziewiczych Rich Sparkle), to jednak jest ona oznaką kierunku, w jakim podąża branża, powiedzmy, technologiczno-marketingowa. A tech brosom i agencjom reklamowym należy patrzeć na ręce, bo to dzięki tym dwóm szajkom wciąż trafiacie na zwykłych ludzi przekonanych, że modele językowe zmieniają nasz świat na lepsze.

Ot, na przykład niedawno przetoczyła się przez polskie portale informacyjne notka PR-owa, z drobnymi zmianami powielana m.in. przez Onet i „Rzeczpospolitą”, z której wynikało, że rynek cyfrowych awatarów to już 4 proc. marketingu influencerskiego, a więc 5 mld zł ze 118 mld zł. Źródłem tych danych jest Digital Applied, które po wstukaniu nazwy w wyszukiwarkę okazuje się agencją marketingową, mocno stawiającą w swojej komunikacji na oferowanie klientom ejajowego mambo dżambo.

Czytaj także Czy media informacyjne przetrwają rewolucję AI? Jakub Majmurek

I o ile sama notka, powielana przez polskie portale jako legitna informacja, jest podejrzana co najmniej tak jak Rich Sparkle, to nie jest całkowicie oderwana od rzeczywistości. Punkt, w którym przecinają się światy finansów, marketingu oraz technologii to mroczna otchłań, w której swoje źródło znajdują próby przekonania was, że AI jest „nieuniknione”. Oraz, że „nieunikniony” jest świat cyfrowych influencerów. Kapitalizm naprawdę próbuje zmierzać w tym kierunku, bo prowadzi on ku zwiększonej produktywności, za którą idzie zwiększona opłacalność.

Karolakowa TINA

Możliwość tworzenia cyfrowych awatarów może przemawiać do wyobraźni niejednego CEO, ale też celebrytów monetyzujących swój wizerunek, który już teraz może pracować bez ich fizycznego udziału. I to w tempie, które da się podkręcać w nieskończoność, a logika nieskończonego wzrostu to jest coś, co kapitalizm uwielbia najbardziej.

Zresztą nawet Olga Tokarczuk, kiedy chwaliła się swoją współpracą z AI (najdroższy, zaawansowany model!), to kładła nacisk na produktywność. Podkreślała, że pisanie ją męczy i że stanowi wysiłek niewspółmierny do korzyści oraz że dzięki zastosowaniu LLMa mogła robić pewne rzeczy szybciej i łatwiej. Noblistka nawet nie zauważyła, jak płynnie przeszła z logiki dzieła literackiego jako dzieła sztuki do logiki tekstu jako contentu, którego tworzenie i monetyzowanie da się zoptymalizować. A skoro się da, to należy.

Czytaj także Czy naprawdę nie napisaliśmy żadnej ze 100 powieści wszech czasów? Jakub Majmurek

Ta granica między sztuką a contentem będzie się coraz częściej zacierać, a w próbach zacierania jej przodują muzycy popowi, którym udaje się zachować wizerunek muzyków offowych, uprawiający ten gatunek muzyczny, który sprawdza się co roku w największej w historii Polski cyklicznej reklamie piwa, od której serdecznie chce się Ż. Jak nie Dawid Podsiadło przekonuje plebejuszy, że korzystanie z AI do youtubowych miniaturek i tworzenia teledysków jest ok, to inny Fisz zaraz robi swój artystowski teledysk w palącej potrzebie korzystania z tego, co nowe, aby samego siebie jeszcze spróbować przekonać, że się nie starzeje ani jako artysta, ani jako człowiek.

Zarówno Fisz, Podsiadło, jak i Tokarczuk nie dostrzegają, że wielki kapitał kuszący ich możliwościami stojącymi za generatywną AI będzie dążył do miejsca, w którym oni sami również nie będą już potrzebni, a całe Męskie Granie powstanie bez ich udziału, zastępując ich wizerunki cyfrowymi kopiami. Ewentualnie dostrzegają to, ale się nie obawiają, bo podskórnie czują, że oni na tym jeszcze zdążą przynajmniej zarobić. Bo to przyszłe pokolenia artystów skazane będą na rywalizację z twórcami, którzy co prawda od dawna nie żyją, ale koncertują nieprzerwanie od siedmiu pokoleń.

Trudno będzie zrobić karierę aktorską w świecie, w którym twoi rodzice oglądali komedie romantyczne z Karolakiem, twoi dziadkowie oglądali komedie romantyczne z Karolakiem, twoi pradziadkowie oglądali komedie romantyczne z Karolakiem i ty też wychował_ś się na komediach romantycznych z Karolakiem. I to na całkiem nowych, bo co pół roku generowana jest nowa komedia romantyczna z Karolakiem. Jak na razie udało się zaangażować jedynie 2Paca do występu w prequelu gier z serii Yakuza.

Rzeczywistość na podstawie promptu

O ile większość platform społecznościowych jeszcze się waha i próbuje oddzielać prawdę od fikcji, tak Google już teraz zachęca do stworzenia na próbę własnego cyfrowego awatara, co może zrobić każdy już teraz po wykupieniu odpowiedniej subskrypcji. Taki awatar może np. tworzyć za użytkownika treści na podstawie promptu. Dzięki temu każdy może robić własne deepfake’i, co jest szybsze i łatwiejsze od tradycyjnego nagrywania video. A każdy twórca internetowy wam powie, że najważniejsze jest zalewanie profili społecznościowych contentem. Jeśli możesz codziennie robić krótkie pionowe video, to rób je, albo zgiń.

Linus Gabriel Sebastian, twórca technologicznego kanału na YT o nazwie Linus Tech Tips, mającego ponad 16 mln subskrybentów, był pod wrażeniem, kiedy widział ostatnią prezentację narzędzi AI od Google. Dostrzegał możliwości, jakie otwierają się przed twórcami takimi jak on (i ja, jesteśmy tacy sami). Na przykład teraz będzie mógł poprosić sztuczną inteligencję, żeby przeanalizowała jego kanał, określiła, które filmy były popularne, jakie miniaturki najlepiej się sprawdzały i na tej podstawie zaproponowała tematy do kolejnych filmów wraz z harmonogramem publikacji na najbliższy, dajmy na to, miesiąc.

To jest oczywiście słuszne spostrzeżenie. Coś takiego będzie możliwe, pewnie jest możliwe już teraz, a spodziewane efekty będą coraz lepsze. Gdyby jednak Linus miał odwagę zrobić w swoim rozumowaniu krok dalej, dostrzegłby, że ta sama sztuczna inteligencja będzie w stanie również wyprodukować za niego całe filmy. Z jednej strony – wygoda! Kanał się sam prowadzi, sam na siebie zarabia, Linus może leżeć i machać nogą. Z drugiej jednak strony Google jako właściciel YouTube’a jest właścicielem nie tylko kanału Linusa z 16 mln subów, ale też jego twarzy i głosu. Widzicie już, dokąd to potencjalnie zmierza?

Kolektywne pragnienie imitacji

Wirtualny celebryta to nie jest nowy koncept. W Japonii już w 1996 narodziła się Kyoko Date, cyfrowa gwiazda pop. Była to jednak ciekawostka, która nie odniosła jakiegoś spektakularnego sukcesu. Być może dlatego, że grafika 3D była wówczas na dość wczesnym etapie i trudno było ją pomylić z prawdziwym człowiekiem.

Z drugiej strony dziś sukcesy święci Lil Miquela. Cyfrowa influencerka powstała około dekady temu, która ma swoim koncie choćby wspólną „sesję zdjęciową” z Bellą Hadid dla Calvina Kleina. Mimo znacznie większych możliwości technologicznych, ona również nie wpada nawet w „dolinę niesamowitości” i nie da się jej pomylić z żywym człowiekiem. Może więc popularność takich postaci nie jest zależna od realizmu ich prezencji, a Kyoko Date nie poradziła sobie raczej dlatego, że w latach 90. nie było Instagrama i TikToka? A może właśnie popularność Lil Miqueli zasadza się właśnie na tym, iż wyraźnie widać, że jest ona bytem cyfrowym? Wydaje się, że jest za tym jakieś kolektywne pragnienie stworzenia technologicznej imitacji żywego człowieka.

Dużo groźniejsze zdają się wirtualne byty imitujące istniejących celebrytów, żywych lub martwych. Nietrudno sobie wyobrazić świat, w którym niezmiennie popularni są ci sami aktorzy. Może nawet przed seansem widz będzie mógł sam sobie dobrać obsadę? Może fabuła będzie wygenerowana indywidualnie z uwzględnieniem preferencji konkretnego widza? Oj, chyba wiem, jaki gatunek filmów może być (a może już jest?) pionierem we wdrażaniu tego rodzaju rozwiązań.

Niedawno Val Kilmer „zagrał” zza grobu w produkcji As Deep as the Grave, w której podobno miał zagrać jeszcze za życia. Rzekomo to rodzina nalegała na jego pośmiertny występ przy użyciu technologii AI. Ja jednak pozwolę sobie sądzić, że na jakimś poziomie jest to po prostu próba oswojenia publiki z tego rodzaju działaniem.

Decyzja należy do nas

Gra Deus Ex: Invisible War z 2003 nie cieszyła się zbyt dobrym przyjęciem po premierze, głównie ze względu na różnice między nią, a poprzednią częścią. Przedstawiała jednak koncept przewidujący dzisiejsze możliwości chyba nawet trafniej od BoJacka.

Jedną z pobocznych postaci osadzonych w świecie gry jest NG Resonance, młoda gwiazda muzyki pop, która sprzedała swój wizerunek na rzecz potężnej World Trade Organisation. Dzięki temu mogła zerwać z męczącym życiem celebrytki. Jej cyfrowa kopia stała się interfacem, poprzez który ludzie mogli wchodzić w interakcję z czymś na kształt internetu. Na ulicy można spotkać podesty, na których wyświetlany jest cyfrowy awatar NG. Każdy może sobie porozmawiać z miłą osobą, ona z kolei zapamięta, z kim rozmawiała i będzie umiała odnieść się do poruszanych wcześniej wątków, nawet jeśli poprzednio rozmawiało się z inną jej iteracją. Przy okazji jest też narzędziem do inwigilacji obywateli i świetnie sprawdza się w przyjmowaniu donosów.

Czy cyfrowe awatary w naszej rzeczywistości będą podobnie zdradliwe? Rzecz w tym, że to zależy od nas. Dążenie do ich powszechnego wykorzystywania to nie jest trend odpowiadający na realne potrzeby ludzi. To po prostu narzędzie, które pozwoli zarabiać jeszcze więcej (i szybciej) tym, którzy już i tak mają zbyt wiele. Do nas należy decyzja, czy damy się omamić czymś, co jest kolorowe, błyszczące, rusza się i gra melodyjki.

Podobnie jest z całym zjawiskiem nazywanym dziś AI. Jeśli słyszycie od kogoś, że AI jest absolutnie nieuniknione, to możliwości są dwie: albo was okłamuje, albo dał się okłamać.

Komentarze

Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
0
Komentujące wszystkich krajów, łączcie się!x