Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Obserwuj Obserwuj

Afera lekarska – małe radości, duże straty

Radość z obserwowania paniki w oczach polityków KO to tylko plaster, bo przecież żadnej sprawiedliwości nie stanie się zadość. A jeśli KO przegra wybory, to ponownie wygra je PiS, tylko w wersji dużo bardziej radykalnej niż poprzednio.

Four doctors in blue scrubs stand on a hospital rooftop near a circular helicopter pad, with the hospital building and solar panels in the background.
3
Celnie!
Cyrk
Płacz

3

Jestem małym człowiekiem i dlatego potrafię – idąc za słowami Sylwii Grzeszczak – cieszyć się „z małych rzeczy, bo wzór na szczęście w nich zapisany jest”. Znajduję więc radość w każdej nutce paniki zasłyszanej w słowach każdego polityka formacji rządzącej, który przekonuje nas przed kamerą, że on absolutnie nic nie wiedział o tym, że w Szpitalu Południowym w Warszawie politycy KO mogą leczyć się i badać poza kolejką, bo jeden młody radny jest tak obrotny, że cichaczem otworzył partyjną przychodnię na oddziale SOR.

Może coś jest ze mną nie tak, a może to mój odpowiednik pajęczego zmysłu, ale ja tę nutkę paniki słyszę czasem nawet w wypowiedziach pisanych. Ot, choćby kiedy czytam wpis Rafała Trzaskowskiego, że on nie wiedział o żadnych nieprawidłowościach. Choć gdyby rzeczywiście nie wiedział, to przecież groziłby właśnie co najmniej pozwem portalowi Zero i byłemu ordynatorowi chirurgii Szpitala Południowego za twierdzenie, że ten ostatni informował prezydenta Warszawy już dobry rok temu, ale został zignorowany.

Tak już mam, że cieszy mnie oglądanie upadającej władzy, a chyba nie jest zbyt kontrowersyjną opinia, że sprawa dra Dawida Kacprzyka może zaważyć na przyszłorocznych wyborach.

Czytaj także Polska wymiera, a problemy NFZ rosną w ekspresowym tempie Piotr Wójcik

Maska i łzy 

Uściślijmy: na wyborczą rywalizację PiSu z KO raczej nie będzie ona miała aż tak dużego wpływu, bo czasu do wyborów zostało sporo, a długość życia i możliwa siła oddziaływania afery jest o wiele krótsza, niż kiedy to miała miejsce „afera podsłuchowa”. Znaczy ona jednak sporo – i to już teraz – dla poszczególnych aktorów tego dramatu z dogorywającą z niedofinansowania publiczną ochroną zdrowia w tle.

Do kogo się bowiem sprawa przyklei, ten może nie trafić nawet na listy wyborcze, jako indywiduum splamione zbyt bliskimi konszachtami z okrytym infamią drem Kacprzykiem. Na ten moment nie znamy listy nazwisk osób korzystających z jego usług, bo Portal Zero nie upublicznia jej „ze względu na troskę o prywatność”. Może być tak, że figurują na niej osoby na tyle prominentne, że jak już poznamy ich personalia, to faktycznie utopi to całą Koalicję Obywatelską (robi ona wiele, by przerżnąć wybory i bez tego, ale zawsze można przerżnąć bardziej).

Swoją drogą świadczy to o pewnej ułomności nas wszystkich, że tego rodzaju inba jest tym groźniejsza dla partii, im głośniejsze w niej występują nazwiska. Zupełnie jakby korzystanie z badań poza kolejką przez posłankę Pępek w szpitalu w Żywcu (fakt ujawniony przez Portal Zero we wtorek) był z jakiegoś powodu mniej szkodliwy i gorszący, niż gdyby to samo robił minister Kierwiński w szpitalu w Warszawie (sytuacja hipotetyczna).

Czytaj także Łatwogang? Dajcie nam Podatkoganga Aleksandra Kasprzak

Takie opinie można jednak było przeczytać wczoraj w sieci: że skoro chodzi o Małgorzatę Pępek i o Żywiec, to to już jest kapiszon i że temat został przegrzany. I wierzę, że to może być prawda, bo do polityki podchodzimy dziś jak do superbohaterskiej franczyzy, w której oddziałują na nas szczególnie te epizody, gdzie występują postacie, z którymi zdążyliśmy się już zżyć. Niezależnie od tego, czy w naszej linii czasowej są oni akurat tymi dobrymi, czy złymi.

Umyka w tym wszystkim najistotniejsza funkcja polityki, czyli kształtowanie rzeczywistości — programy, postulaty, ustawy, życie większości społeczeństwa. Wolimy czytać o tym, kto kogo przechytrzył, kto kogo rozliczy i kto kogo postawił przed komisją.

Jak pisałem na wstępie – sam nie jestem wolny od takiej małostkowości i o ile śledzenie nieustannego pościgu za Zbigniewem Ziobrą to dla mnie za dużo, tak znajdują niekłamaną przyjemność w obserwowaniu internetowych wygibasów Romana Giertycha, postującego co 2 sekundy wpisy o tym, że nie ma żadnej afery, nie ma kolesiostwa, nie ma nepotyzmu, nic się nie stało i proszę się rozejść. Wpisy oczywiście opatrzone stosownymi ironicznymi uśmieszkami, co sprawia, że sympatyczny mecenas staję się żywym wcieleniem mema z uśmiechniętą maską, za którą kryje się oblicze pełne łez.

Ponadpartyjne powody niechęci do lekarzy

Niektórzy próbują bagatelizować sprawę w inny sposób – przekonując, że problem z uprzywilejowaniem i bezkarnością lekarzy to nie jest kwestia partyjna, a bardziej dotycząca środowiska lekarskiego. Że może i dr Kacprzyk był radnym KO, ale mógł się ustawić tak, a nie inaczej głównie dzięki zepsuciu toczącemu kręgi medyczne.

I o ile nie szedłbym na tyle daleko, by przekonywać kogokolwiek, by nie winił tutaj partii rządzącej – proszę ją winić, ile sił – tak wydaje mi się, że sporo jest powodów, by nie przepadać za polskimi lekarzami i są to powody ponadpartyjne, które istniały na długo zanim dr Kacprzyk zaistniał w zbiorowej świadomości.

Raz, że lekarze sami sobie robią zły PR w internecie: czy to opisując swoją pracę z wyraźną pogardą do własnych pacjentów, czy to czyniąc publiczne uwagi o ciałach pacjentek, wpadając przy tym w rejestry obleśności, których nawet pijani wujkowie na polskich weselach nie byliby w stanie sięgnąć.

Dwa, że ta pogarda do pacjentów przejawia się często na samych wizytach, internet i rodzinne annały pełne są takich historii, a osłuchanie się z nimi przyczynia się do zaniżonego dbania o zdrowie, bo ludzie po prostu mniej chętnie chodzą do lekarzy.

Trzy, że zarobki lekarzy bywają skandaliczne nie od dziś, bo i polski system stwarza cieplarniane warunki dla patalogicznego przemieszania z poplątaniem ochrony zdrowia publicznej z prywatną, pracy na rzecz kilku placówek jednocześnie i przyśpieszania wizyt za opłatą w świetle obowiązującego prawa.

Od tego się zresztą zaczęło. Zanim dowiedzieliśmy się o tajnej prywatnej przychodni dla partyjniaków KO w ramach publicznego SOR dra Dawida Kacprzyka, mogliśmy przeczytać o jego skandalicznych zarobkach, lewych dyżurach i godzinach, kiedy powinien być w pracy, a zamiast tego był w telewizji albo pełnił inne obowiązki radnego.

Chwilę temu „Gazeta Wyborcza” pisała o dyrektorze zadłużonego na ponad 5 mln zł szpitala w Tomaszowie Lubelskim, zarabiającym prawie 1 mln zł rocznie. Lekarz ów również jest radnym, a skoro źródłem jest GW, to możecie się domyślać, że bynajmniej nie jest to radny KO (tak, jest z PiS).

Sam zresztą pisałem nie dalej jak w styczniu o zapaści polskiej ochrony zdrowia i chociaż skupiałem się wówczas na budżecie z dziurą w obszarze NFZ, uchwalonym przez obecną koalicję, i na zamykanych właśnie przez nią porodówkach, to nie zabrakło miejsca na wspomnienie o skandalicznych zarobkach lekarzy. Ginekolog rekordzista w Kaliszu potrafił dobić do 250 tys. zł miesięcznie i nic mi nie wiadomo o jego afiliacji partyjnej, czy nawet sympatiach politycznych.

Cena nie gra roli

Jeśli ktoś chce skupiać się na krytyce środowiska lekarskiego, a nie środowiska KO, czy w ogóle środowisk politycznych, to Naczelna Izba Lekarska sama gorliwie dostarcza amunicji. Jeśli komuś nie wystarcza fakt, że nie dalej jak wczoraj wydała oświadczenie, że póki co nie odbierze Kacprzykowi prawa do wykonania zawodu, bo „konieczna jest wnikliwa analiza materiału”, to może zadowoli się wspomnieniem o drobnej pobocznej działalności samorządów lekarskich.

Może wiedzieliście wcześniej, ale ja dowiedziałem się przed chwilą, że Okręgowe Izby Lekarskie w Łodzi czy Gdańsku ze składek członkowskich finansują… masowy zakup mieszkań, „aby zabezpieczyć przed inflacją środki samorządu”.

Czytaj także Ochrona zdrowia w Polsce: dziurawe wiadro czy dziurawy dach? Michał Sutowski

Czyli tak: polscy lekarze zarabiają coraz lepiej i zmniejsza się dysproporcja w tym względzie między Polską, a np. Niemcami, czy innymi krajami, gdzie publiczna ochrona zdrowia działa zdecydowanie lepiej. A o takie kraje nietrudno. Deficyt na NFZ w obecnym budżecie wynosi 23 mld zł, a publiczne szpitale z każdym rokiem odmawiają świadczeń z braku środków coraz wcześniej. I na koniec jeszcze lekarze te swoje rosnące zarobki inwestują w główne polskie złoża naturalne, czyli w betonowe złoto zyskujące na wartości, żebyś ty, drogi pacjencie, nie tylko czekał w kolejce na SOR aż do rozkładu, ale też żeby nie było cię stać na dach nad głową. Było trzeba znaleźć lepszą pracę. Kto nie ma miedzi, ten w domu siedzi.

A nie, czekaj, nie masz domu, bo jesteś biedakiem. To w domu rodziców.

„Budujemy nasz dom na piasku, cena nie gra roli dziś, kupiliśmy prawie wszystko, ale wciąż nie mamy nic” – mogliby cytować Sylwię Grzeszczak tym razem lekarze zrzeszeni w NIL i w OIL.

Z czym zostaniemy po porażce KO

I są we mnie dwa wilki, choć są one różnych gabarytów.

Pierwszy jest większy, jest wkurwiony i ma ochotę zgilotynować wszystkich lekarzy zarabiających powyżej ustalonej wcześniej kwoty. Bo nie lubię nierówności społecznych, ale nie kieruje mną wyłącznie troska o innych przedstawicieli społeczeństwa, nie oszukujmy się. Po prostu sam również nie jestem tych nierówności beneficjentem – nigdy nie będzie mnie stać na mieszkanie, a używki rzuciłem nie ze względu na modę na bycie straight edge’em, tylko na to, że bardzo się boję umierania w polskim szpitalu, a wygląda na to, że nie mam zbytnio alternatyw.

Drugi wilk jest sporo mniejszy i przypomina mi czasem cichym popiskiwaniem, że jak już ich zgilotynuję, to będzie tylko gorzej, a ci co zostaną będą jeszcze cenniejsi dla „rynku” zdrowia, więc zaraz wzrosną ich pensje. I teraz oni będą się kwalifikowali pod gilotynę.

A jeśli myśleć o stanie polskiej ochrony zdrowia na poziomie politycznym, to radość z obserwowania paniki w oczach polityków KO, kiedy grunt załamuje się im pod nogami, jest tylko plastrem na całą tę gorycz, jaką mam w sobie, gdy pomyślę, że przecież żadnej sprawiedliwości nie stanie się zadość. Że jeśli KO przegra wybory, to ponownie wygra je PiS, tylko w wersji dużo bardziej radykalnej niż poprzednio. Radykalnej również w obszarze neoliberalizmu, więc – delikatnie mówiąc – nie spodziewam się po nich poprawy publicznej ochrony zdrowia.

Moja mała, niska i żałosna radość z upadku jednego choćby uprzywilejowanego jeszcze do wczoraj Dawida Kacprzyka mącona jest świadomością, że na całej tej aferze lekarskiej (i każdej kolejnej; to przecież nie ostatnie takie rodeo) ostatecznie stracimy wszyscy, bo wzmocni ona i tak powszechne przecież w społeczeństwie przekonanie, że finansowanie NFZ jest marnowaniem publicznych pieniędzy nie na kastę darmozjadów, ale na dwie kasty darmozjadów.

Cieszcie się razem ze mną paniką w oczach polityków, bo potem będzie tylko gorzej. Zostaniemy z jeszcze bardziej niedofinansowaną publiczną ochroną zdrowia, z jeszcze lepiej zarabiającymi lekarzami i z jeszcze bardziej rozrośniętym sektorem prywatnym. Jakby nie patrzeć – dupa z tyłu. A człowiek już w takim wieku, że pierwsza kolonoskopia bliżej niż dalej.

Komentarze

Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!

Zaloguj się, aby skomentować
3 komentarzy
3
0
Komentujące wszystkich krajów, łączcie się!x