Bartek Skrobisz, znany w internecie jako @synmojegotaty, to komik i stand-uper („Śladowe Ilości Lewactwa”, „POPiS”), który nie boi się, gdy na gastrofazie z jego brzucha wyskakuje liberał. „Żeby dać komuś frytki, najpierw trzeba je komuś zabrać” – peroruje liberał, a Bartek przypomina mu o składkach zdrowotnych. Wtedy ten ucieka, pokrzykując coś o Rafale Brzosce. Na tym skończę niezręczne streszczanie stand-upowych bitów.
Komediowy charakter Bartka dobrze oddaje jego książka Jak wytresować Polaka. To „osobista historia zmiany myślenia, ale też postkapitalistycznego systemu, który nauczył nas akceptować nierówności jako naturalny stan rzeczy”. Bartek, z pomocą bajek, komedii i twardych danych, pokazuje, jak zdroworozsądkowe są lewicowe wartości i wygrywa wszystkie wyobrażone kłótnie z liberałami. Choć pewnie trudno, żeby je przegrywał. To przecież jego książka.
Aleksandra Kasprzak: Kto obudził w tobie lewaka?
Bartek Skrobisz: Może zacznę od tego, kto obudził we mnie liberała: ekonomiści, newsy, telewizja. Przez lata nasłuchałem się o scenariuszu greckim i włoskim, o Balcerowiczu – i wierzyłem we wszystko, bo przecież wypowiadali się „eksperci”. A potem okazało się, że ich teorie nie miały nic wspólnego z rzeczywistością. Gdy przerzuciłem się z opinii na liczby i dane, zostałem lewakiem.
Przysłużył się też mój kolega, kiedyś korwinista, teraz razemek. Byliśmy na Strajku Kobiet i ośmiogwiazdkowaliśmy, gdy nagle w rozmowie wyszło, że on popiera 500 plus. Oniemiałem. Zacząłem się z nim kłócić, ale gdy pokazał mi liczby, to było jak kubeł zimnej wody.
Czytając Jak wytresować Polaka wyobrażałam sobie, że można by cię zatrudnić na imprezie integracyjnej w dużej firmie i powiedzieć, że masz godzinę na przekonanie pracowników do lewicowych wartości. Jak byś przeprowadził taką akcję w niezbyt sprzyjającym środowisku?
Można przebąkiwać, że jest taka szansa, że dzieci nie będą głodne, ale pewnie skuteczniejsza byłaby rozmowa o wzroście gospodarczym i inflacji. Wziąłbym tablicę, pokazałbym liczby, opowiedziałbym, jak socjal rozgrzewa gospodarkę. Jeśli kogoś nie przekonują dane, to nie wiem, co innego go przekona. Zawsze możemy się spierać o wartości i o to, czy dawać dzieciom darmowe obiady. Ostatecznie trudno jednak dyskutować z kimś, kto nie bierze pod uwagę zmiany myślenia nawet, jeśli to przyniosłoby korzyści dla państwa.
Dużo piszesz o Leszku Balcerowiczu. Gdybyś wylądował z nim na imprezie, to też pokazywałbyś mu liczby?
Było blisko. Gdy gościł w Kanale Zero, to próbowałem się tam dodzwonić, żeby porozmawiać. Zapytałbym go: „Skąd ci się to wzięło? Dlaczego prywatyzacja miałaby być najlepsza? Dlaczego zawsze, gdy państwa jest mniej, to koniec końców dochodzi do rozwarstwienia i biedy?” Ale się nie dodzwoniłem.
Twoja książka to taki felieton, w którym wygrywasz dyskusje z wyobrażonym „Zdenerwowanym Wyborcą KO”. Podejrzewam, że takie interakcje na żywo rozruszały niejedną imprezową kuchnię, ale mogły być też traktowane jako utknięcie w sporze z lewicową męczybułą. Ta potrzeba, by przekonywać innych do swoich poglądów, skojarzyła mi się z figurą „feministycznej psujzabawy” Sary Ahmed – osoby uważnej na to, by nie ignorować seksistowskich komentarzy i aktywne wcielać swoje idee w życie. Jesteś lewacką psujzabawą?
Trochę tak. Ludzie sobie normalnie żyją i wszystko jest okej, a nagle wchodzę ja, lewak, i się przypieprzam. Wyobrażam to sobie tak: zapraszasz kogoś na Sylwestra, pijesz szampana z tigerem, a ja pytam: „Ale wiesz, że to może spowodować arytmię serca?” A ty odpowiadasz: „Masz rację, ale już nigdy więcej cię tu nie zaproszę”.
Gdy kolejny raz słyszę, że „państwo okrada nas na podatkach”, mam potrzebę odpowiedzieć: „Nie, nie okrada cię”. Ja w ogóle lubię być na świeczniku. Ale wiem też, że są momenty, gdy nie warto, bo jest fajnie i trzeba odpuścić, nawet jak ktoś woła o „złodziejskim państwie”.
W czasie protestów, gdy każdy dziarał sobie osiem gwiazdek na czole, znacznie trudniej byłoby przyznać: „No tak, jebać PiS, ale wiesz, z drugiej strony pomogli wielu dzieciakom”. To by było niezręczne.
Dementujesz neoliberalne przekonania za pomocą bajek, na przykład takiej o patodeweloperce. Plan na tani wynajem mieszkań od państwa przedstawiasz w formie walki Asz Keczapa z zespołem R. Co zrobić, gdy pokemony takie jak podatek katastralny i masowe budownictwo państwowe są w twoim kraju niemrawe, a walka z zespołem Rentierów nie ma końca?
Państwo to Asz Keczap. Nie możemy przestać wynajmować mieszkań, więc pozostaje głosować na ludzi, którzy od początku podkreślali, że będą walczyć o nasze wartości. Wielu influencerów odcina się od polityki, ale ja, z całym ciężarem tych słów, powtarzam, że jestem w stu procentach razemkiem. Jeśli Razem weszłoby do rządu i nie zrobili nic w sprawie mieszkalnictwa albo odegraliby drugiego Tuska, to przestałbym się angażować politycznie. I jeszcze dostałbym po mordzie od widzów za robienie im reklamy. Ale wierzę, że zmiana jest możliwa. A jeśli przekonamy się, że nie jest, to przyznam mojemu wujkowi na weselu, że to on miał rację, a kurwom wierzyć nie wolno.
Czy powtarzając swoje opinie i cały czas przekonując do rzeczy, które z twojej perspektywy są oczywiste, tak jak to, że powinna istnieć jakaś granica ubóstwa i bogactwa, nie odczuwasz czasem krindżu? Temat zażenowania, poczucia bezsensu i wypalenia aktywistycznego porusza Dominika Lasota w swojej książce Odwagi! Trzeba mieć dużo samozaparcia, by cały czas działać.
Nie czuję krindżu, cały czas mocno wierzę w swoje zadanie. Najbardziej lubię, jak po stand-upie podchodzą do mnie ludzie i mówią: „Dzięki tobie mój mąż z prawaka przemienił się w lewaka”. Naprawdę zdarzają się takie sytuacje. Ostatnio miałem nawet wywiad w „Newsweeku”, który jeszcze dziesięć lat temu publikował artykuły z narracją, że patologia przepija 500 plus, a teraz zrobili rozmowę z lewakiem, który mówi, że trzeba zajebać liberalizm. To zmiana w dobrą stronę.
Czytałam twoją książkę od razu po lekturze Dominiki Lasoty i to naprawdę dobre połączenie. Ty uzbrajasz przeciwko neoliberalnym narracjom, a Dominika daje aktywistyczny narzędziownik. Oboje też opowiadacie o polityce i zaangażowaniu przez swoją własną historię. Ty jednak wydajesz mi się mniej optymistyczny, szczególnie względem generacji zet. Zauważasz, że wciąż wiele osób patrzy na świat przez neoliberalną soczewkę.
Nasze pokolenie na pewno jest waleczne, zdolne do zrywów, ale trzeba nim dobrze pokierować. Jedna połowa zrywu jest po stronie uspołecznionego państwa, chce żyć solidarnie, a druga się zrywa, by niszczyć państwo, wprowadzać niskie podatki. Wierząc, że damy radę, bo jesteśmy panami losu.
Podoba mi się ta energia i kierowanie się ku aktywizmowi. Moglibyśmy obalić ten świat, ale przegrywamy walkę, bo na razie ruchy liberalne i „wolnościowe” mają lepiej rozwinięte media i komunikację. Mam poczucie, że dopiero teraz lewica to porządnie nadrabia.
Czyli jednak jesteś optymistyczny i uważasz, że kapitalizm nie pozbawił nas wyobraźni, że może być inaczej. Co powiesz na taki plan: połączymy twoje wystąpienia i moce Lasoty, ona zajmie się logistyką i protestami, ty opowiesz bajki, zgarniesz dzieci, dorzucisz żarty i jak koń trojański wpadniesz w środowiska neoliberalne. Zaprowadzisz ich na protest Lasoty i cyk, koniec kapitalizmu.
Żarty to dopiero koń trojański. Wyobrażam to sobie tak: jakiś chłop przychodzi z browarem na mój stand-up, myśli, że będzie dobra zabawa, a wychodzi jako komuch. To brzmi fajnie.
Nie chcę się porównywać do Lasoty. Takie osoby jak ona i Patryk Gruszka to prawdziwi aktywiści, ja jestem parę kroków przed nimi. Ludzie często mówią, że jestem takim „lewakiem dla wszystkich”.
Ty obstawiasz inny front, stand-upera łatwiej polubić niż aktywistę. Ale swoją działalnością dementujesz jeszcze jedno przekonanie, czyli to, że lewacy nie mają poczucia humoru. Tymczasem ty nazywasz siebie „socjalnym śmieciem” i żyjesz. Myślisz, że poczucie humoru różni się w zależności od preferowanej opcji politycznej?
Ja się nie dziwię, że ludzie na lewicy wkurzają się, gdy słyszą kolejny żart o chłopie przebranym za babę. Te żarty są słabe i poniżające, to agresja przebrana za żart. Niektórzy wyobrażają sobie, że tak wygląda stand-up i dlatego nie chcą go słuchać. Łatwo powiedzieć, że lewaki nie mają poczucia humoru, jak przez pół godziny ktoś wali leniwe, homofobiczne teksty.
Mimo to nie uważam, żeby istniały tematy, z których nie można żartować. Sam w swoim materiale żartuję z zaimków, miałem nawet żart, który nawiązuje do przemocy domowej. I to nie znaczy, że wyśmiewam zaimki i przemoc domową, bo wszystko zależy od tego, jak skonstruowany jest żart i z jakiego punktu wychodzi. Nie miałem poczucia, żeby ludzie na widowni byli urażeni. Zrozumieli konwencję. Można żartować ze wszystkiego, ale im trudniejsza i brutalniejsza jest tematyka, tym żart musi być śmieszniejszy. Czasem musi być mistrzostwem świata, żeby można było go użyć.
Warto wspomnieć, że jesteś chyba jedynym twórcą, jakiego znam, który po serii politycznych żartów zapowiedział, że teraz trzeba odpocząć, przewietrzyć atmosferę i w tym momencie wjechał z żartem o pedofilii. Ale się zaśmiałam.
Ktoś mi kiedyś powiedział, że dobry żart jest wtedy, gdy ludzie słyszą coś, na co są wrażliwi, ale zaśmieją się, zanim zdążą się oburzyć. A potem dopiero zrobią rachunek sumienia, że chyba nie wolno z tego żartować. Ale może jednak wolno.
To co, stand-uper na prezydenta?
Ja bym nie chciał nim być, ale kto wie, jesteśmy w dość dziwnym momencie historii. Jak wchodzę na TikToka i widzę, że premier Polski miesza majonez Kielecki z majonezem Winiary, to zastanawiam się: naprawdę nie ma lepszych rzeczy do roboty? Może mógłby, na przykład, zarządzać państwem? Rozumiem, że to polityczny marketing, ale nie do końca od tego powinien być polityk.
Język debaty publicznej i tak jest już poza skalą, skoro „twoja stara” została ripostą administracji Trumpa. No a humor działa przez prowokację, sam stosujesz ten zabieg. Czy jednak żarty z tego, że górnicy nie mogliby kopać wiecznie, bo dokopaliby się do piekła, a tam czeka na nich Margaret Thatcher, jednak nie ma mocy odlibkowujących?
Ja z żartami celuję w takich „letnich ludzi”, którzy głosują na Trzaskowskiego, bo wydaje im się, że jest najlepszym politykiem lewicy. Takich, którzy mówią, że „LGBTQ+ spoko, aborcja też, ale z tym 500 plus to dajcie spokój”. Sam taki byłem i do takiej grupy chciałbym trafić z książką i stand-upem.
Bartula, a czy komedia uratuje politykę? Czy Zandberg jest zmuszony grać w tę samą grę, bo komediowy soft power to skuteczna strategia?
Trzeba naprawić błędy i pokazać lewicę w inny sposób. Wierzę, że można. Trzeba zebrać Jana Śpiewaka, Kasię Babis, razemki śpiewające, że głosują na Adriana, a nawet Young Leosię, która mówi na streamie Łatwoganga, żeby opodatkować milionerów, i pchać przekaz dalej. W końcu ludzie przestaną patrzeć na nas jak na jakichś komuchów, a zobaczą wizję świata, w której nie musisz trwać w chujni, jeśli akurat nie urodzisz się bogaty.



!["Odwagi! [o zaangażowaniu młodych]" Dominika Lasota](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2026/04/odwagi-plomienie-okladka-173x267.jpg)



![Utracony kompas [o europejskiej lewicy]](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2026/03/plomienie_utracony_kompas-171x267.jpg)


Komentarze
Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!