Kilkuletnie dziecko taszczy kanister wody przez jezdnię. Siedzący na dachu człowiek strzela. Celnie. To snajper Huti. Podbiega drugie dziecko, usiłując odsunąć z pola rażenia ciężko ranną siostrę. Taiz, trzecie co do wielkości miasto w Jemenie. Ośmioletnia Ruwaida żyje dzięki błyskawicznej reakcji swojego brata.
Kobieta w dziewiątym miesiącu ciąży też staje się celem. To samo miasto, inna ulica i inny snajper. Ranna, pomimo kilku operacji, umiera. Zdrowy chłopiec przychodzi na świat poprzez cesarskie cięcie. Otrzymuje imię Dżihad. Bo dżihad to przede wszystkim walka, także duchowa. Usilne dążenie. A tego musi być dużo w maleństwie, skoro przeżyło. Chłopcem i jego osieroconym rodzeństwem zajmie się ciocia.
Snajper, który celuje w dziecko czy kobietę w bardzo widocznej ciąży, przeszedł nie tylko szkolenie wojskowe, ale przede wszystkim wyjątkowo skuteczne ideologiczne pranie mózgu. Rebelianci Huti rekrutują na potęgę i z dumą pokazują wyniki: ponad 1,1 miliona w 2025 roku. Dwunastoletni chłopiec ma nie tyle prawo, ile obowiązek walczyć „w obronie islamu”. Młodszych można uczyć czyszczenia broni. Zarówno chłopców, jak i dziewczynki – podkładania min. Także na terenach szkół.
Mali żołnierze i żołnierki islamu. Zginąć w walce to honor
Podpisując porozumienie o zawieszeniu broni 2 kwietnia 2022 roku rebelianci zobowiązali się do przekazania map zaminowanych terenów i obiektów. Do dziś nie przekazali ani jednej. A min może być nawet dwa miliony, m.in. w ponad 340 szkołach. Wiele spośród tych, które nie zostały zniszczone podczas wojny, świeci więc pustkami. To jeden z powodów, dla których co czwarte dziecko w Jemenie nie chodzi do szkoły. Według danych Save the Children i IOM to ponad 4,5 miliona dzieci. Czasem za naukę trzeba płacić, ale pieniędzy nie ma. Nierzadko dziecko jest jedynym żywicielem rodziny, musi pracować.
A Huti oferują „naukę” za darmo. Jest jedzenie. Jest nawet khat. Czasem niewielka suma, którą można przekazać rodzinie. Ośmiolatek usłyszy, że najwyższy przywódca ruchu został wskazany przez Allaha. Więc trzeba słuchać i odpowiedzieć na wezwanie. Życie zaczyna mieć sens. Trzeba walczyć o Palestynę. Ale także o Mekkę, Medynę i Jerozolimę. Tam powinna sięgać władza Hutich. Bóg jest po ich stronie. Amerykę należy wyprzeć z regionu. A to jest do zrobienia, skoro do tej pory najpotężniejsza armia na świecie ich nie pokonała. Izrael musi przestać istnieć.
Samo studiowanie pism (ponad 2 tysiące stron; dostępne także w aplikacji mobilnej) założyciela ruchu, Husajna (starszego brata obecnego lidera Abdul-Malika), nie byłoby tak skuteczne. Huti efektywnie wykorzystują tradycyjne formy poetyckie. Rytmiczne, chwytliwe, do wykorzystania zawsze i wszędzie. Nie trzeba prądu ani baterii. Gdy nie ma nic do roboty, zawsze można usiąść z innymi, recytować i śpiewać. Tak najskuteczniej absorbuje się treści. Jest sporo o najwyższym przywódcy, wezwanym przez Boga. Jest o całej społeczności muzułmańskiej, w obronie której trzeba walczyć. O wiecznej chwale męczenników. Młodzi chłopcy szkoleni do walki otrzymują opaski na nadgarstek, umożliwiające identyfikację po śmierci. Na każdej opasce znajduje się nowe imię, np. Abu Nassr, czyli Ojciec Zwycięstwa.
I Drew my Sword ma miliony wyświetleń na platformach społecznościowych. Z jednej strony to zamil, tradycyjna forma poetycka, kojarzona z walecznością i męstwem. Z drugiej – misternie skonstruowany produkt wypełniony ideologią. „Jestem żołnierzem Abu Dżibrila (to przydomek lidera ruchu Ansar Allah, dosł. Ojca Dżibrila), powołanym przez Pana Stworzenia. Wyciągnąłem swój miecz, osiodłałem wierzchowca. Wrócę tylko jako zwycięzca lub męczennik”. Zamil dawno przekroczył granice Jemenu. Młoda początkująca influencerka w innym kraju arabskim nuci utwór i podaje dalej. Pewnie nie do końca zdaje sobie sprawę ze znaczenia słów i ładunku ideologicznego. A Abdul-Malik al-Huthi wisi na plakatach w Tunisie czy Stambule jako ostatni i jedyny prawdziwy obrońca Palestyny.
Ośmiolatek oznajmia matce, że musi iść za głosem najwyższego przywódcy, bo to jego wybrał Bóg. Matka najpierw sprzeciwia się, w końcu przyznaje synowi rację. Dziecko przyklęka. Trzyma karabin. Udaje, że strzela. Prawdziwy strzał pada z boku. Chłopiec przewraca się. Matka podchodzi z całunem. Żegna swojego małego męczennika. Za chwilę kieruje następnego na tę samą ścieżkę. Propagandowy film trwa niecałe półtorej minuty. Prosty przekaz, oddziaływanie na emocje. Wskazywanie celu. To działa, gdy wokół nie widać sensu. Dla dziewczynek też jest zajęcie. Nie tylko mogą podkładać miny, ale też zbierać i przekazywać informacje. Proste, a cenne. Ile jest osób w rodzinie sąsiadów? Ilu synów? Dlaczego jeszcze nie zostali zrekrutowani? Ile biżuterii mają kobiety w tamtej rodzinie? Słuszna sprawa potrzebuje wsparcia. Biżuterię nie tylko można, ale i trzeba przekazać. Dla tych najlepszych jest też prawdziwe szkolenie wojskowe w specjalnym, kobiecym batalionie Zajnabijjat.
Dzieci głównymi ofiarami kryzysów humanitarnych
Dla dziewcząt w Afganistanie nauka kończy się na szóstej klasie i w dwunastym roku życia. Za czasów republiki islamskiej – do sierpnia 2021 roku – w kraju było około 13 tysięcy madras, a w nich około półtora miliona uczniów. Teraz madras są ponad 23 tysiące, uczniów – trzy miliony. Nastolatek po paru miesiącach w madrasie wie już, że mężczyźni stają się grzesznikami, gdy widzą kobiety, bo kobiety są zarzewiem występku. Z takim przekazem wraca do domu i swoich sióstr. W myśl tej samej logiki uniwersytety są dla afgańskich kobiet niedostępne. Po szóstej klasie pozostaje tajne nauczanie, coraz częściej online. Talibska wierchuszka kształci swoje córki w bogatych krajach Zatoki Perskiej czy w Pakistanie – i wcale tego nie ukrywa.
Chłopcy też nie są bezpieczni. Zwłaszcza ci o drobnej budowie, bez śladów zarostu, mający miękkie ruchy. Coraz więcej z nich staje się ofiarami przemocy seksualnej ze strony swoich talibskich nauczycieli. Gdy stawiają opór, nierzadko giną.
Ani w Jemenie, ani w Afganistanie nie ma obecnie wojny, ale obydwa kraje trapią katastrofy humanitarne. Bieda i brak dostępu do edukacji często pchają rodziców do decyzji, których ofiarami są ich dzieci. Dziewczynka wydana za mąż to jedna osoba mniej do wykarmienia, a do tego wpłyną jakieś pieniądze. Najmłodsza jemeńska rozwódka miała dziewięć lat. Została sprzedana w wieku ośmiu i pół roku. Ojciec nie widział problemu. Szczęśliwie Nadżud trafiła na ludzi – w tym prawniczkę Szadę Nasser i zespół Yemen Times – którzy pomogli. Macocha dała jej pieniądze na chleb na śniadanie dla całej rodziny. Nadżud zatrzymała taksówkę i pojechała do sądu. Wiedziała, że coś takiego istnieje. Wiele jej rówieśniczek nie ma o tym pojęcia.
Irak niedawno zalegalizował małżeństwa dziewięcioletnich dziewczynek Tyle lat miała Aisza, żona proroka Mahometa. Do domu przyszłego małżonka przeprowadziła się trzy lata wcześniej. Zabrała ze sobą swoje zabawki. W tradycji przetrwały jej słowa, że już wtedy, w wieku sześciu lat, w swoim sercu wiedziała, że jest zamężna. Był 622 rok.
W połowie maja 2026 roku talibowie opublikowali dekret regulujący separację małżonków. Ich rzecznik, odpytywany przez „New York Timesa”, tłumaczył: „Propozycja małżeństwa dla dziewczynki może sprawić, że poczuje się onieśmielona i zawstydzona. Nie jest wtedy w stanie wyrazić swojej zgody. Jej milczenie jest traktowane jako zgoda”. Po osiągnięciu dojrzałości może próbować unieważnić małżeństwo, zaaranżowane przez jej rodzinę. Będzie potrzebna mediacja i zgoda małżonka. Talib zaznacza, że afgańskie dziewczęta dojrzewają dopiero między 15. a 18. rokiem życia. Majowy dekret jest odbierany jako prawne uznanie wydawania za mąż dziewięciolatek.
A skąd wiadomo, ile dziecko ma lat? Kto miałby to zapisać? Rodzice często są niepiśmienni, więc nie zanotują daty urodzenia nawet na okładce Koranu, jedynej księgi, jaką – być może – mają w domu. Młoda osoba po latach, gdy będzie musiała wpisać datę urodzenia, często sięgnie po pierwszą z brzegu. Pierwszy stycznia. Widać to wyraźnie w mediach społecznościowych.
Dorośli podejmują decyzje, dzieci płacą cenę
Jedną czwartą ponad ośmiomiliardowej populacji świata stanowią osoby poniżej szesnastego roku życia. Według danych UNICEF ponad 210 milionów dzieci w ponad 140 krajach i terytoriach będzie wymagało pomocy humanitarnej w związku z konfliktami, katastrofami klimatycznymi, przesiedleniami, epidemiami i skrajną biedą.
Co szóste dziecko na świecie nie chodzi do szkoły. Według najnowszych danych UNESCO poza systemem edukacji pozostaje około 273 milionów dzieci i młodzieży. W wielu krajach szkoła istnieje tylko na papierze: budynek został zbombardowany, zajęty przez wojsko, zniszczony przez powódź albo znajduje się za linią frontu.
Dzieci stanowią niemal połowę wszystkich osób żyjących w strefach konfliktów zbrojnych. Dziesiątki milionów rodzą się i dorastają w miejscach, gdzie normalnością są obozy dla uchodźców, niedożywienie, brak dostępu do lekarza i ciągła przemoc.
Wojny, ideologie, fanatyzm i polityczne ambicje dorosłych mają tę wspólną cechę, że najwyższy rachunek najczęściej wystawia się dzieciom. Im młodsze, tym łatwiej je przekonać, zastraszyć, kupić, wykorzystać, poświęcić. Dlatego w Jemenie ośmiolatek dostaje karabin, w Afganistanie dziewczynka traci możliwość edukacji, a w Iraku dziewięciolatka może zostać uznana za gotową do małżeństwa. Nie dlatego, że taki jest naturalny porządek świata. Dlatego, że tak zdecydowali dorośli, a inni im przyklasnęli. Albo po prostu milczeli.
Być może właśnie od tego należy zaczynać każdą rozmowę o kryzysach humanitarnych. Od dziecka niosącego kanister z wodą przez ulicę pod obserwacją snajpera. Bo jeśli taki obraz przestaje poruszać, to problem nie dotyczy już Jemenu, Afganistanu czy Iraku. Dotyczy nas wszystkich.







![Utracony kompas [o europejskiej lewicy]](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2026/03/plomienie_utracony_kompas-171x267.jpg)


Komentarze
Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.