Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Obserwuj Obserwuj

Czy naprawdę nie napisaliśmy żadnej ze 100 powieści wszech czasów?

Światowa publiczność skorzystałaby, gdyby zamiast kolejnego Rosjanina albo drugorzędnej amerykańskiej pisarki poczytała więcej Polaków, Czechów czy Węgrów.

ObserwujObserwujesz
Collage of six adults against a blue gradient background, some looking up or to the side, close-up portraits.
3
Celnie!

1

W połowie maja „Guardian” opublikował listę „100 powieści wszech czasów”, a ściślej mówiąc: 100 najlepszych powieści, jakie zostały kiedykolwiek opublikowane po angielsku, w oryginale lub tłumaczeniu. Lista powstała w wyniku ankiety, do której zaproszono kilkudziesięciu pisarzy, krytyków i literaturoznawców z całego świata – choć głównie z państw anglojęzycznych. Każdy z nich miał wybrać 10 najlepszych swoich zdaniem powieści w historii.

Literaturoznawcze „woke” znowu oburza

Czytaj także Rozumienie prześladuje dzisiejszą sztukę Łukasz Łachecki rozmawia z Danielem Muzyczukiem

Takie listy zawsze budzą kontrowersje, tym bardziej w naszej epoce, w której jednym z podstawowych form uczestnictwa w sferze publicznej jest gównoburza w mediach społecznościowych. Podobnie było w tym przypadku – tuż po publikacji szczególnie gorąca „dyskusja” wybuchła na portalu X.

Największe oburzenie w tym zdominowanym dziś przez radykalizującą się prawicę medium społecznościowym wzbudziło to, że lista jest rzekomo „woke”. Bez zaskoczenia: na drugim miejscu znalazła się Umiłowana Toni Morrison, a na liście w ogóle „za dużo” jest czarnych autorów – sama Morrison reprezentowana jest przez aż trzy książki.

Czepiano się też „zbyt wielkiej” liczby kobiet, pierwszego miejsca dla Middlemarch i tego, że Do latarni morskiej Virginii Woolf wyprzedziło W poszukiwaniu straconego czasu, choć przecież sama Woolf uznawała wyższość twórczości Prousta nad swoją.

Jak przy liście, która jest wypadkową szerokiego sondażu, każdy – niekoniecznie uwikłany w prawicową wojnę kulturową – znajdzie tu coś do krytyki. Z całą pewnością lista jest bardzo wsobna, zdominowana przez literaturę anglojęzyczną. Przeglądając głosy poszczególnych uczestników ankiety można odnieść wrażenie, że uznali oni, że kategoria „powieść opublikowana w języku angielskim” nie obejmuje jednak przekładów.

Jednocześnie na liście brakuje też anglojęzycznych powieści, które wydawałyby się oczywistym wyborem: Tęczy grawitacji Pynchona, Podziemi De Lillo, Niewyczerpanego żartu D. F. Wallace’a. Nie ma też Angeli Carter, J. G. Ballarda, Juliana Barnesa, Johna Le Carré, Ian McEwana, Edwarda St. Aubyna, J. R. R. Tolkiena czy Philipa Rotha. Josepha zresztą nie, choć Walc Radetzky’ego, z jego opisem zmierzchu habsburskiego imperium, wydaje się idealną lekturą na obecny kryzys liberalnego Zachodu.

Czytaj także Jak działa literatura, czyli skrzynka z narzędziami do czytania   Kinga Dunin

Z literatury francuskiej obecny jest wyłącznie Flaubert ze Szkołą uczuć i Panią Bovary, co biorąc pod uwagę znaczenie francuskiej powieści dla światowej literatury, wydaje się zupełnie absurdalne.

Z naszego punktu widzenia największe kontrowersje budzi jednak coś innego: całkowita nieobecność Europy Środkowo-Wschodniej.

Białe plamy między Niemcami a Rosją

Nasz region z punktu widzenia ankiety opartej o kilkadziesiąt głosów po prostu powieściowo nie istnieje. Tak jakby między Niemcami a Rosją nikt nie pisał żadnych powieści, nie publikował, nigdy nie tłumaczył na angielski – i jakby nie miały one żadnej recepcji w krajach anglojęzycznych. Kosmita patrzący na listę uzna, że między Thomasem Mannem i W. G. Sebaldem z jednej strony a klasykami rosyjskiej powieści – poza Ojcami i dziećmi reprezentowanymi na liście w zasadzie w komplecie – nie urodziło się nic wartego uwagi.

Nasz region reprezentuje co prawda piszący po angielsku Conrad z Jądrem ciemności i tworzący po niemiecku Kafka z Procesem i Przemianą. Nie ma jednak na liście żadnej powieści napisanej po polsku, czesku, rumuńsku, węgiersku, chorwacku. Nie przebili się nawet niedawno nagrodzeni nobliści z regionu, László Krasznohorkai i Olga Tokarczuk. Polska pisarka, a konkretnie Prowadź swój pług przez kości umarłych, załapała się w dziesiątkach trzech osób uczestniczących w ankiecie. Pojedyncze wskazania dostają też Bohumil Hrabal, Miroslav Krleža i Antal Szerb.

Wszystko to jednak zbyt mało, by dostać się do pierwszej setki. Nikt nie zauważył Gombrowicza, Lema, Sapkowskiego, Jaroslava Haška, Milana Kundery, Sándora Maráiego, Imre Kertésza – rzeczy, które, jak się wydawało, stanowią największy wkład naszego regionu w literaturę światową. Czy naprawdę wśród takich pozycji jak Ferdydurke, Solaris, Przygody dobrego wojaka Szwejka czy Żar nie ma żadnej, która zasługiwałaby na miejsce w pierwszej setce?

Problem widoczności

Oczywiście, można machnąć ręką na podobne rankingi jako coś ostatecznie zupełnie nieistotnego dla wartości literatury. Pragnienie, by powieści z naszego regionu znalazły się na liście układanej przez angielski dziennik, można też uznać za przejaw prowincjonalnego kompleksu czy wręcz kolonialne pragnienia, by zauważyła i doceniła nas „metropolia.

Można też zgłosić zastrzeżenie, że podobne listy są wypadkową literackich mód, taktyk promocyjnych wydawnictw i krajowych dyplomacji kulturalnych czy dostępności dobrych przekładów. Lód Dukaja, najlepsza polska powieść tego stulecia, ukazała się po angielsku dopiero w tym roku i będzie potrzebowała czasu, by przebić się do świadomości czytających w tym języku odbiorców.

Można też wysunąć argument, że powieść, nawet w najlepszym przekładzie, jest medium, które przenoszone w inny kontekst kulturowy będzie zawsze napotykać problemy większe niż np. kino. W powstającej w podobny sposób, pochodzącej z 2022 roku liście filmów wszech czasów brytyjskiego magazynu „Sight and Sound”, znalazły się Stokrotki (1966) Věry Chytilovej, Szatańskie tango (1994) i Symfonie Werckmeistra (2000) Béli Tarra (ten drugi nakręcony wspólnie z Ágnes Hranitzky) oraz Opętanie (1981) Andrzeja Żuławskiego – film nakręcony po angielsku w Berlinie Zachodnim, ale bez wątpienia wyrażający doświadczenie naszego regionu.

Czytaj także Scroll z popiołów: Leopold Buczkowski pokazał, że tylko eksperyment uchwyci rozpad świata Piotr Sadzik

Jednak nawet biorąc pod uwagę wszystkie te zastrzeżenia, nieobecność powieści z naszego regionu w zestawieniu nie jest nieznacząca. Bo nie chodzi tu tylko o to, że „nas nie doceniają”, ale o widoczność naszego doświadczenia w świadomości elit kulturowych kształtujących światową opinię publiczną. Bo powieści są wehikułami, przez które osobiste czy lokalne doświadczenie ma szanse stać się zrozumiałe na globalną skalę.

Fakt, że na tego typu listach z automatu pojawiają się Dostojewski, Tołstoj czy Bułhakow ma też wpływ na uporczywość rosyjskiej imperialnej narracji i na to, jak trudno przebić się przez nią głosom z naszego regionu. Nie piszę tego, by odmawiać literackiej wartości Mistrzowi i Małgorzacie czy cancelować Tołstoja. Niemniej światowa „republika literacka” byłaby lepszym miejscem, gdyby imperialną narrację Wojny i pokoju równoważył zdrowy cynizm dobrego wojaka Szwejka. Albo gdyby agresywny szowinizm Dostojewskiego tudzież jego reakcyjno-religijne odloty mogły zmierzyć się z gombrowiczowską synczyzną.

Nie chodzi tylko o to, by domagać się parytetów reprezentacji dla naszego regionu – to światowa publiczność skorzystałaby, gdyby zamiast kolejnego Rosjanina albo drugorzędnej amerykańskiej pisarki poczytała więcej Polaków, Czechów czy Węgrów.

Co znaczy inkluzywność?

W artykule zapowiadającym listę redakcja odnotowuje, jak można odnieść wrażenie, z zadowoleniem – znaczącą obecność kobiet, zwłaszcza wśród ciągle żyjących osób autorskich, czy przedstawicieli afroamerykańskiej literatury. I to na pewno dobrze, że Virginia Wolf czy James Baldwin dostają widoczność i uznanie. Prawdziwej inkluzywności podobnych list nie można jednak mierzyć wyłącznie liczbę obecnych na nich czarnych kobiet piszących po angielsku. Powinna obejmować też obecność takich regionów jak nasz.

I choć trudno mieć pretensje do uczestników ankiety, że tak niewielu z nich w swojej dziesiątce wskazało środkowoeuropejską powieść, to należałoby zapytać gazetę: czemu do ankiety nie zaproszono autorów, akademików i krytyków z naszego regionu? Czy naprawdę nie znaleziono nikogo istotnego, kto chciałby się wypowiedzieć? „Sight & Sound” do swojej sondy był w stanie znaleźć krytyków i filmoznawców z Polski czy Węgier. Nie wierzę, by dla „Guardiana” było to nieosiągalne.

Komentarze

Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.

Zaloguj się, aby skomentować
3 komentarzy
3
0
Komentujące wszystkich krajów, łączcie się!x