Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Obserwuj Obserwuj

Bezpieczeństwo lekowe to kwestia przetrwania. Potrzebujemy go tak samo jak schronów i rakiet

W ciągu pierwszych dwóch miesięcy wojny w Ukrainie z powodu braku leków zmarło ponad 3 tys. przewlekle chorych, głównie cywilów. Teraz temat bezpieczeństwa lekowego powraca w Polsce.

ObserwujObserwujesz
Assorted colorful pills and tablets scattered on a yellow surface with a blue wall in the background.
Walka

W lutym, marcu i kwietniu 2022 roku, krótko po wybuchu wojny w Ukrainie, w Polsce miało miejsce dziwne zjawisko. Jeśli wierzyć wystawianym receptom, duża grupa wcześniej zdrowych osób zapadła nagle na przewlekłe choroby i od ręki dostała duże ilości leków. W niektórych szpitalach wzrósł poziom użycia różnych medykamentów, inne znikały w niejasnych okolicznościach. Leki kardiologiczne, anestezjologiczne, endokrynologiczne czy na cukrzycę były przepisywane osobom, które wcześniej ich nie potrzebowały lub potrzebowały znacznie mniej.

Nie była to reakcja na nagłą epidemię, a jeden z najpiękniejszych i najmniej znanych epizodów polskiego zrywu na rzecz pomocy dla Ukrainy. W ogarniętym wojną państwie szybko zaczęło brakować leków, szczególnie w mniejszych ośrodkach, a lekarze zmuszeni byli operować bez środków znieczulających. W 40 proc. gospodarstw domowych w Ukrainie żyje przynajmniej jedna przewlekle chora osoba.

Gdy trzeba łamać prawo w imię wyższego dobra

Chociaż pierwsze transporty Rządowej Agencji Rezerw wysłano do Ukrainy już w pierwszych dniach wojny, to ustalenie oficjalnych, legalnych kanałów przekazywania większej ilości leków m.in. z Polski wymagało tygodni. Miesiąc po rozpoczęciu inwazji mówiono o całkowitej zapaści systemu opieki medycznej. Do pomocy ruszyły organizacje pozarządowe, jak Polska Misja Medyczna, której pierwszy transport wyjechał 27 lutego.

W tych warunkach część Polaków zdecydowała się zorganizować pomoc we własnym zakresie, często poza strukturami dużych organizacji pomocowych, związanych przepisami. Na zdrowe osoby wystawiano recepty, które realizowano w aptekach, a w szpitalach fikcyjnie zużywano lub w inny sposób pozyskiwano leki, które przekazano małym, często jeszcze nieformalnym grupom wolontariuszy.

Czytaj także Bałtyk zamiast Atlantyku? Europa szuka własnego parasola Michał Sutowski

Wszyscy zaangażowani, od lekarzy i pielęgniarek, poprzez wolontariuszki i aktywistów, aż po osoby, na które za ich zgodą wystawiano recepty, w mniejszym lub większym stopniu łamali prawo. Wszyscy brali na siebie ryzyko odpowiedzialności karnej, nierzadko z wieloletnim pozbawieniem wolności lub prawa do wykonywania zawodu włącznie. Przewożenie silnych leków anestezjologicznych bez odpowiednich dokumentów jest przestępstwem, przewożenie ich przez granicę – kolejnym. Polskie i ukraińskie służby najpewniej przymykały na to oko, wiedząc, że cały proceder wynika z wyższej potrzeby.

W marcu 2022 roku w jednym z miast obwodowych w zachodniej Ukrainie powiedziano mi w szpitalu, że na leki z Polski idące drogą oficjalną czeka się około dwóch, trzech tygodni: należy wystawić pismo określające i uzasadniające zapotrzebowanie, które po zatwierdzeniu przechodzi przez szereg instytucji. Wolontariusze współpracujący z polskimi lekarzami byli w stanie zorganizować i dowieźć lek w mniej niż dwie doby. Dla osoby cierpiącej z powodu rozległych obrażeń i pozbawionej środków znieczulających to i tak długo. Brak insuliny czy leków immunosupresyjnych przez nawet kilka dni dla przewlekle chorych może się skończyć tragicznie. W wielu przypadkach zbawieniem był właśnie ten kombinatorski przewóz leków w prywatnych samochodach i busach – po kilkadziesiąt, kilkaset opakowań, kilka pełnych lodówek.

Gdy instytucje nie są gotowe na kryzys

Mimo to w zaledwie dwa miesiące, od 24 lutego do początku maja 2022 roku, z powodu braku dostępu do leków i opieki medycznej zmarło w Ukrainie ponad 3 tys. przewlekle chorych. W raporcie OHCHR z 4 maja możemy przeczytać, że w tym samym okresie podobna była liczba cywilów zabitych w wyniku działań wojennych (3238) – choć raport z pewnością nie uwzględniał wszystkich zamordowanych w miejscach, które Rosjanie odcięli od świata, jak Mariupol, zestawienie to pozwala zrozumieć, jak ważne w chwilach kryzysu jest bezpieczeństwo lekowe.

Czytaj także Ukraińcy byli przygotowani na atak, Polska nie jest. Kto nas obroni przed Rosją? Piotr Ikonowicz

Tworzenie stałych, legalnych kanałów humanitarnych, przez które popłynęła pomoc medyczna z Polski, trwało do przełomu marca i kwietnia, a już pod koniec lutego setki osób z Polski i innych krajów zaczęły przemycać leki dla potrzebujących. W czerwcu jeden z przedstawicieli ukraińskiego przemysłu farmaceutycznego ogłosił, że nie ma już braków – przynajmniej jeśli chodzi o środki wytwarzane w kraju. Produkcja leków miała być prawie taka jak przed wojną, przejściowe niedobory dotyczyły tych importowanych, 80 proc. aptek na terenach wolnych od Rosjan działało,.

Od lata 2022 roku nastąpiła więc pewna stabilizacja, jednak Ukraina wciąż jest w dużej mierze zależna od pomocy międzynarodowej w tym zakresie. Na początku 2026 roku WHO informowało, że nawet 8 na 10 Ukraińców nie ma dostępu do wszystkich potrzebnych leków. Często barierą jest nie tylko fizyczna niedostępność, ale też wysoka cena.

Temat bezpieczeństwa lekowego wraca w UE i w Polsce

W 2020 roku w trakcie pandemii koronawirusa Parlament Europejski przyjął rezolucję wzywającą UE do większej samowystarczalności w zakresie bezpieczeństwa lekowego poprzez zabezpieczenie dostaw, przywrócenie lokalnej produkcji leków i lepszą koordynację krajowych strategii zdrowotnych na szczeblu UE. Wojna w Ukrainie tylko wzmocniła presję na rozwój tej tendencji.

W styczniu 2026 roku w Belwederze po raz pierwszy spotkała się Rada Zdrowia powołana przez prezydenta Karola Nawrockiego. Głównym tematem było właśnie bezpieczeństwo lekowe Polski. Pod koniec roku zagościł on też w narracjach PiS, rządu czy Partii Razem, która poświęciła mu rozbudowaną kampanię informacyjną i podnosi tę kwestię przynajmniej od 2023 roku.

Wydaje się, że dziś temat ten łączy polskich polityków ponad podziałami. To dobrze – w razie kryzysu nie chcemy być skazani na życzliwość pojedynczych Niemców czy Czechów, którzy zdecydują się przemycić kilka lodówek z insuliną. Zmiana w świadomości jest wyraźna – jeszcze wiosną 2024 roku rząd Donalda Tuska niespodziewanie wycofał się z opracowania krajowej listy leków krytycznych i tym samym zrezygnował z prawie 140 mln euro z Krajowego Planu Odbudowy, przeznaczonych na wsparcie produkcji substancji czynnych niezbędnych do wytwarzania leków, tzw. API. Lista powstała dopiero w grudniu, obejmując ponad 300 substancji czynnych stosowanych w gastroenterologii, hematologii, kardiologii, dermatologii, urologii, ginekologii, endokrynologii, onkologii, reumatologii, leczeniu chorób zakaźnych i pasożytniczych, neurologii, pulmonologii, laryngologii. Są one podzielone na trzy kategorie „ważności”, dzięki czemu wiadomo, braki których substancji mogą wywołać problemy w dostępie do terapii dla pacjentów i stanowić poważne wyzwanie dla systemu opieki zdrowotnej.

Głównym wyzwaniem dla bezpieczeństwa lekowego w Polsce i w Europie jest fakt, że nasze krajowe przedsiębiorstwa nie produkują substancji czynnych (w uproszczeniu: tego, co sprawia, że dany lek działa). W styczniu 2026 roku prezes Krajowych Producentów Leków Krzysztof Kopeć poinformował w rozmowie z PAP, że jedynie 20 proc. pozycji z listy leków krytycznych jest produkowane w Polsce. „Antybiotyki, leki anestezjologiczne, kardiologiczne powinny być produkowane w kraju, bo efekt ich braku odczujemy natychmiast. […] Europa jest w 80 proc. uzależniona od substancji czynnych sprowadzanych z Azji, a w co najmniej w 50 proc. od dostaw gotowych produktów” – padło w cytowanym wywiadzie.

Czytaj także Nie mundur, tylko wspólnota. Czego Polska może się nauczyć od Ukrainy Agnieszka Wiśniewska

Lekowe uzależnienie od Azji

Zachód sam wszedł w tę pułapkę: produkcja leków, często masowa, „brudna” i szkodząca środowisku, została oddelegowana do państw takich jak Chiny, Indie czy Indonezja. Przy produkcji tych samych substancji w UE ceny leków byłyby o przynajmniej kilkadziesiąt procent wyższe. Dlatego Zachód chętniej ustawiał się w pozycji dostawcy drogich nowoczesnych technologii, a leki ściągał z państw o silnym przemyśle, traktując je jako kolejny produkt – obok taniej elektroniki, plastikowych durnostojek czy ubrań ze sweatshopów – który będzie nam dostarczać biedne globalne Południe.

Szybko okazało się, że inwestując w sektor farmaceutyczny Indie czy Chiny praktycznie zdominowały produkcję substancji czynnych, eksportując je na cały świat. Niskie ceny produkowanych leków sprawiły, że zostały one uznane za standard przez większość rynków i – co gorsza – systemów opieki zdrowotnej państw trzecich, które w oparciu o nie tworzyły wyceny i plany budżetowe na lata. Magia wolnego rynku szybko sprawiła, ze konkurencja czy dywersyfikacja bez wsparcia państwowego nie miała sensu.

Ale tanie leki mają swoją ukrytą cenę. Wystarczy zerwanie łańcuchów dostaw, wisząca w powietrzu wojna Chin z USA o Tajwan, zamknięcie szlaków handlowych (w ostatnich latach widzieliśmy to kilkakrotnie: blokada cieśniny Ormuz, zamkniecie przez Hutich Kanału Sueskiego, obecne groźby zamknięcia cieśniny Bab al-Mandab) czy katastrofa naturalna na drugim końcu świata – i dostawy leków zmniejszą się lub przestaną płynąć. Ceny wystrzelą w górę, a ludzie zaczną umierać. W wypadku kraju z 38-milionową populacją – dziesiątkami, a nawet setkami dziennie.

Dopiero teraz Europa próbuje zapobiec realizacji tego scenariusza, a dyskusje o otwieraniu własnych fabryk leków toczą się nie tylko nad Wisłą.

Nie tylko produkcja

Bezpieczeństwo lekowe można wzmacniać na wiele sposobów, produkcja jest jednym z nich. Trudno oczekiwać, że kraj taki jak Polska w krótkiej perspektywie – jeśli kiedykolwiek – będzie zupełnie niezależny w produkcji leków.

Choć wzrost niezależności produkcyjnej Polski, czyli rozwój krajowego przemysłu farmaceutycznego, jest najczęstszym i najbardziej spektakularnym postulatem z zakresu bezpieczeństwa lekowego, to naszą odporność w tym obszarze budują także mniej widoczne działania.

Przykładem może być dywersyfikacja dostaw substancji czynnych w oparciu o rozwój alternatywnych źródeł zaopatrzenia w leki. Nie musimy produkować wszystkiego – możemy uzupełniać się z sąsiadami i państwami, które nie leżą na innym kontynencie, w ramach współpracy regionalnej i na poziomie Unii Europejskiej. Szwajcaria, Turcja i Wielka Brytania to istotni producenci leków spoza UE, którzy mimo wyższych cen są zdecydowanie bardziej odporni na wstrząsy, niż nasi dotychczasowi dostawcy, np. z Indii.

Równie kluczowa jest budowa rezerw strategicznych poprzez utworzenie krajowej sieci strategicznych magazynów leków oraz systemów monitorowania zapasów.

Bardziej dalekosiężną strategią jest wsparcie innowacji: inwestycje w badania naukowe, nowoczesne technologie, programy edukacyjne w obszarze farmacji. Jak to zwykle bywa w przypadku programów badawczych, większość tego typu inwestycji przyniesie zyski dopiero po długich latach, jeśli w ogóle, jednak potencjalnie pozwoli nam to rozwiązać część problemów, które dziś wydają się nie do przeskoczenia.

Czytaj także Najdłuższa podróż, war-life balance i nowe „rozstrzelane odrodzenie” Agnieszka Wiśniewska rozmawia z Oksaną Zabużko

Uczmy się na błędach innych

Bezpieczeństwo lekowe (obok chociażby bezpieczeństwa żywnościowego) jest jednym z tych pozornie nudnych tematów, które w sytuacji kryzysowej mają olbrzymie znaczenie, a którymi przez lata nikt w polskiej polityce głównego nurtu nie chciał się zajmować. Obecna zmiana jest czymś, co nie tylko powinno nas cieszyć, ale też skłonić do domagania się od polityków zajmowania jasnych stanowisk i podejmowania działań w tym zakresie.

Na początku pełnoskalowej wojny w Ukrainie miałem okazję na własne oczy widzieć skutki braku leków. Czasami były one zwyczajnie przygnębiające – ot, przewlekle chorzy ludzie, widocznie czerwoni czy charczący, brali niepełne, nieregularne dawki i wyczekiwali kolejnego transportu jak zbawienia. Czasami zaś wprost koszmarne. Jeden z lekarzy, którego wówczas odwiedzałem, opowiadał o konieczności przeprowadzania zabiegów – amputacji czy usuwania odłamków – bez leków znieczulających.

„Bez antybiotyków zakażenia bakteryjne, również u dzieci, szybko prowadzą do śmierci. Bez insuliny cukrzycy umierają, chorym na serce grozi zatrzymanie krążenia, a bez leków wziewnych astmatycy zaczynają się dusić” – podkreślił w cytowanym wcześniej wywiadzie Krzysztof Kopeć.

Dlatego podczas kampanii wyborczej w 2027 roku obok tematów, które dotąd były dla nas ważne, musimy zwrócić uwagę na programy partii w zakresie ochrony zdrowia i bezpieczeństwa lekowego. Odpowiedzi sprowadzające się do zaufania „wolnemu rynkowi” i „jakośtobędzizm” nie powinny nas zadowalać.

Komentarze

Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
Komentarze w treści
Zobacz wszystkie
0
Komentujące wszystkich krajów, łączcie się!x