Kilka dni temu kierująca MKiDN Marta Cienkowska podpisała nowelizację rozporządzenia regulującego stawki opłaty reprograficznej – słynny „podatek od smartfonów”. To jedna z najdłużej oczekiwanych przez środowisko artystyczne decyzji, której podjęcia obawiali się wszyscy ministrowie od 2004 roku, czyli przez ponad dwie dekady.
Ta niewinna w sumie opłata o dość symbolicznej wysokości budzi wielkie emocje. W przypadku smarftona ze średniej półki wyniesie około 20 złotych – czyli mniej niż cena kebaba w niewielkim mieście. W ostatnich dniach na ten temat wypowiadali się politycy PiS, dziennikarze, muzycy oraz dyżurni eksperci rytualnie narzekający na wzrost fiskalizacji. Sygnał do nieco niemrawego ataku na rząd w związku z „nowym podatkiem Tuska” wysłał nawet sam Przemysław Czarnek.
Co to jest opłata reprograficzna?
W sensie prawnym jest to rekompensata dla artystów, którzy ponoszą straty z tytułu rozszerzonego użytku własnego oraz piractwa. „Rozszerzony użytek własny” oznacza przyjęte w UE rozwiązanie, które powala kopiować utwory na użytek własny oraz osób z najbliższego kręgu rodzinnego i towarzyskiego. Rekompensata została wprowadzona dyrektywą UE z 2001 roku i bardzo szybko zaimplementowano ją do polskiej ustawy o prawie autorskim. W związku z tym czyste nośniki oraz urządzenia do nagrywania i odtwarzania treści są obłożone opłatą w wysokości od 0,8 do 3 proc.
Minister kultury w rozporządzeniu wskazuje rodzaje nośników i urządzeń oraz przypisuje im procentową wysokość opłaty. Środki te trafiają następnie do organizacji zbiorowego zarządzania prawami autorskimi (ZAIKS, STOART itd.), które część tych wpływów przekazują bezpośrednio artystom, a pozostałe środki mają obowiązek wykorzystać na cele wspierania twórczości. Nieco skromniejsza wersja tej regulacji była już obecna w pierwszej wersji prawa autorskiego z 1994 roku. Tyle faktów.
Skąd kontrowersje?
W środowisku artystycznym – szczególnie muzycznym, gdzie wpływy z tantiem są stosunkowo wysokie – organizacje zbiorowego zarządzania (OZZ) od zawsze budzą wielkie kontrowersje. Część kierowanej przeciwko nim krytyki jest zasłużona, jednak większość wynika ze słabego dostosowania systemu poboru i redystrybucji tantiem do realiów wykorzystania treści produkowanych przez twórców. Po prostu ten system pochodzi z rzeczywistości, w której nie istniał internet, a należności za wykorzystanie utworów wpływały wyłącznie z tradycyjnych mediów – i taki system funkcjonował w miarę dobrze.
Obecnie wpływy do OZZ wynoszą w Polsce około miliarda złotych – to naprawdę dużo, skoro mówimy o kwotach, których większość ma trafiać wprost do kieszeni artystów. Na pewno mogłyby być dzielone w bardziej egalitarny sposób – to jednak temat na zupełnie inny tekst.
Wpływy z opłaty reprograficznej również mają trafić do twórców i być dystrybuowane w sposób bardzo zbliżony do podziału tantiem. Stąd niepokoje, bo duża część szeregowych muzyków ma poczucie, że zostaną w tym procesie pominięci.
Ile to pieniędzy?
Według MKiDN prognozowane wpływy z opłaty reprograficznej naliczanej według nowych zasad mają wynieść między 150 a 200 mln złotych. Ma to odpowiadać średnim proporcjom przychodów z tej opłaty w stosunku do wpływów z tantiem w krajach europejskich, które mieszczą się właśnie w zakresie 15–20 proc. Obecne wpływy z tej opłaty wynoszą około 30 mln złotych.
Dlaczego tak mało? Ponieważ rozporządzenie z 2004 roku z późniejszymi zmianami nie obejmuje większości nowej elektroniki użytkowej. Obecnie opłatą reprograficzną są w Polsce obciążone kasety wideo, kasety magnetofonowe, płyty CD, kserokopiarki, skanery i drukarki. W 2008 oraz w 2011 roku dokonano kosmetycznej korekty katalogu urządzeń – dopisano m.in. odtwarzacze mp3 i cyfrowe nośniki danych (płyty CD-RW, CD-R), ale te zmiany nie przystawały do kierunku, w jakim rozwijał się rynek elektroniki. Przez cały ten czas opłatą nie były objęte smartfony, tablety, laptopy ani dyski SSD. Dzięki temu w kieszeniach producentów i dystrybutorów elektroniki zostawało co roku od 200 do 300 mln złotych. To były pieniądze należne artystom, które do nich przez długi czas nie trafiały. Od stycznia 2027 roku dzięki podpisanej nowelizacji ma się to częściowo zmienić.
Kto zapłaci – Pan, Pani? Czy może jednak Apple z Samsungiem?
Standardowa odpowiedź powielana przez większość mediów brzmi – klienci. Jest to bardzo nośne i uruchamia myślenie o tym, że znowu ktoś chce sięgnąć do portfeli ciężko pracujących rodaków. Nie jest to cała prawda, ale takie postawienie sprawy doskonale antagonizuje konsumentów i twórców, usuwając z pola widzenia aktorów komercyjnych. Opłata reprograficzna jest nakładana na producentów i importerów – od ich decyzji biznesowej zależy, czy jej koszt pokryją przez zmniejszenie własnej marży, czy przerzucą na klientów. W polskim przypadku koszt opłaty reprograficznej ponoszą wyłącznie importerzy – są to podmioty operujące na niewysokich marżach, które rekompensuje im efekt dużej skali.
Podniesienie opłaty od części importowanych przez nich produktów nie musi automatycznie oznaczać przerzucenia całego kosztu na klienta. Rozwiązaniem jest zmniejszenie marży producentów, która w np. przypadku Apple wynosi ponad 30 proc., a w przypadku Samsunga około 10 proc. Nie jest tajemnicą, że Polacy płaca za te same produkty więcej niż Niemcy, Francuzi czy Hiszpanie. Jest to spowodowane wyższą stawka VAT, ale również wielkością rynku i niższą konkurencją, więc jakieś pole manewru cenowego istnieje. Na tym rynku najbardziej zarabia producent, również poprzez późniejszą sprzedaż usługi ze swojego ekosystemu, dlatego istnieje teoretyczna możliwość zamortyzowania cen detalicznych przez producentów.
Dlatego praktyce można wyobrazić sobie sytuację, w której również dzięki mechanizmom rynkowym klienci nie odczują różnicy w cenach. I jest to rozwiązanie zgodne z duchem zapisów ustawowych, które wyraźnie wskazują na importerów i producentów jako na płatników.
W rzeczywistości ceny smartfonów ulegają istotnym obniżkom w ciągu pierwszego roku od premiery nowych modeli i mówimy tu zmianach rzędu 30, a nawet 50 proc. Trudno w tym świetle poważnie traktować krokodyle łzy ekspertów, że koszty zostaną przerzucone na klienta – jest naprawdę spora przestrzeń do rozłożenia ich na producentów i importerów. Zresztą, kiedy lobbyści biznesowi wyrażają troskę o portfele klientów, to można mieć pewność, że chodzi o ich zyski. Z perspektywy nabywców smartfonów raczej nie ma się czego obawiać.
Branża elektroniki użytkowej przez ponad dwie dekady korzystała z nieuregulowanej sytuacji, gdy faktycznie była zwolniona z konieczności ponoszenia tego kosztu. Przez prawie 20 lat de facto oszczędzała kosztem twórców całkiem poważne środki. Mimo imponującej zwłoki w urealnieniu przepisów było jasne, że ten stan rzeczy nie może trwać wiecznie. I właśnie się kończy.
Jak to wygląda w Europie?
Na mocy wspomnianej dyrektywy z 2001 roku analogiczne opłaty obowiązują we wszystkich krajach UE. Mając na uwadze, że zdecydowana większość elektroniki objęta tymi zapisami jest produkowana poza Europą, jest to część kosztu dostępu do najbogatszego rynku konsumenckiego na świecie.
Ciekawy model przyjęły Niemcy: stawka opłaty jest tam negocjowana bezpośrednio między importerami i producentami a ZPÜ (Zentralstelle für private Überspielungsrechte) – organizacją zrzeszającą największe organizacje zbiorowego zarządzania prawami autorskimi. W Hiszpanii przez pewien czas zrezygnowano z jej pobierania, w zamian wypłacając OZZ-om rekompensatę z budżetu państwa, z czego jednak ostatecznie zrezygnowano. Przekazywane środki były po prostu o połowę skromniejsze w przypadku konwencjonalnego naliczania.
Francuzi z kolei nałożyli kwotowe opłaty na najważniejsze kategorie urządzeń i za każdy smartfon przekazywane jest między 12 a 17 euro. Polska, rezygnując z pobierania opłaty, przez długi czas faktycznie dotowała sprzedaż tych urządzeń, mimo wielu sprzeciwów organizacji reprezentujących twórców.
Czy można to było zrobić lepiej?
Zdecydowanie tak. Po pierwsze wieloletnia zwłoka jest winą, która obciąża całą klasę polityczną. Kolejni ministrowie kultury bali się reakcji dużego biznesu i woleli tematu nie ruszać. Przez chwilę ambicje reformowania systemu komunikował nawet resort pod kierownictwem Roberta Glińskiego, proponując zwiększenie wymiaru opłaty do 4, a nawet 5 procent. Środki miały być przeznaczone na dofinasowanie ubezpieczeń społecznych dla twórców, ale temat szybko umarł. Nie przeszkadza to teraz politykom PiS gardłować o nowym „podatku Tuska”.
Podpisane niedawno rozporządzenie odstępuje od stosowania najwyższej dopuszczonej w ustawie o prawie autorskim stawki 3 proc. i od nowego roku maksymalna stawka będzie wynosić jedynie 2 proc. Po prostu uznano, że w ten sposób zostanie osiągnięty cel zbliżenia się do europejskiej średniej wpływów. Jest to też ewidentnie niedoceniony ukłon w stronę płatników.
Czy Jaś Kapela wzbogaci się na nowych regulacjach?
Niestety nie. Z całkowicie niezrozumiałych powodów opłatą nie zostaną objęte czytniki ebooków. W związku z czym literaci, i tak już jedni z najsłabiej wynagradzanych twórców, zostaną pominięci w podziale wpływów. To decyzja polityczna i nie udało mi się znaleźć nawet cienia jej sensownego wyjaśnienia. Jako osoba często wymieniana w internetowych krytycznych komentarzach po decyzji MKiDN Jaś Kapela może faktycznie czuć pewien niesmak. Bicie po mordzie nadal jest bardziej intratnym zajęciem niż pisanie książek i wierszy.
Co więcej, archaiczny system redystrybucji środków przez OZZ będzie nadal premiować najbardziej rozpoznawalnych artystów, głównie estradowych i rozrywkowych. Dlatego nie powinna nikogo dziwić błyskotliwa wypowiedź Norbiego, który stwierdził, że „naprawdę wykonawcy estradowi, artyści, są ludźmi bardzo bogatymi, mają dużo pieniędzy, więc już im nie potrzeba więcej”. Tymczasem poza środowiskiem (emerytowanych) celebrytów jest jeszcze spora grupa twórców, których ucieszyłyby nawet niewielkie wpływy.
Dlaczego nie da się sensownie rozmawiać na ten temat?
W Kanale Zero pojawiła się ponad trzygodzinna rozmowa naczelnego z Sidneyem Polakiem, w której ten ostatni na wszelkie dostępne sobie sposoby próbował bronić nowych zasad naliczania opłaty reprograficznej. Będąc członkiem celebryckiego establishmentu i mając naprzeciw siebie specjalistę od medialnego grillowania, był w tym bez szans. Obejrzałem do połowy i nie sądzę, żeby ktokolwiek miał zdrowie obejrzeć to w całości. Wliczając montażystę i wydawcę, którzy chyba też szybko odpuścili.
Znacznie bardziej przemyślany i przekonujący głos wyszedł od popularnego edukatora i influencera muzycznego Bazoka, który w zwięzły sposób wyjaśnił, o co chodzi z perspektywy szeregowego muzyka. Polecam ten materiał, trwa jedynie 12 minut.
Bardziej rozsądnego głosu dotyczącego reprografii, a także sposobu redystrybucji środków ze zbiorowego zarządzania nie udało mi się znaleźć. Problem w tym, że dyskusja została zdominowana przez lobbystów big techów przedstawiających się jako „eksperci”, polityków chcących dowalić rządowi za rzekomy nowy podatek i nielicznych celebrytów, którzy średnio orientują się temacie. Głos artystów nieposiadających dużej widoczności oraz pomijanych w systemie redystrybucji tak naprawdę nikogo zbytnio nie obchodzi.
Tymczasem wreszcie wejdzie w życie regulacja spóźniona o prawie dwie dekady. Nadal nieuporządkowana pozostaje kwestia pominięcia pisarzy oraz regulacji streamingów z muzyką, gdzie twórcy są traktowani naprawdę słabo. Kiedy ministra Cienkowska ogłosiła, że „Pożegnaliśmy lata 90. (faksy i kasety) i wprowadziliśmy prawo na miarę XXI wieku”, to warto doprecyzować, że wciąż nie są to regulacje odpowiadające trzeciej dekadzie nowego stulecia.




![Utracony kompas [o europejskiej lewicy]](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2026/03/plomienie_utracony_kompas-171x267.jpg)



!["Odwagi! [o zaangażowaniu młodych]" Dominika Lasota](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2026/04/odwagi-plomienie-okladka-173x267.jpg)

Komentarze
Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.