Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Przekaż Przekaż

Patriotyczna partyzantka rzeczna – bo suche jest bezbronne

Strajki kobiet i przeoranie rzeki – te dwa wydarzenia dzieliło kilka dni. Czułem, że to jest zrobione z podobnych pobudek: z chęci zniewolenia, ujarzmienia, zaorania. Teraz zasypuję rowy. Jak ktoś będzie chciał mnie za to karać, trudno – mówi autor książki „Mała historia znikania. Opowieść o Rzece”.

Rozmowa
1
Serce

1

Na rozmowę umówiliśmy się w Konstancinie, przy zbiorniku Dzieciak. Towarzyszy nam pies Franek. Nie ma jeszcze ósmej rano, las jest rozśpiewany. Mój rozmówca rozpoznaje drozda, wygrywającego coś jak kawałki jazzowe, pierwiosnka, który o wiele wyżej nadaje sygnał ti-ti-ti-ti-ti-ti, ziębę, o której przyrodnik i pisarz Michał Książek miał mówić, że śpiewa tak, jakby ktoś wysypywał perły na srebrną tacę.

Nocą przeszła burza, jeszcze rano padał deszcz, nie jest jednak specjalnie mokro. Stanęliśmy na grobli: po prawej zbiornik, po lewej podobnych rozmiarów przestrzeń porośnięta kępami trawiastej rośliny – teraz już wiem, że to turzyca. Dzieciak to po prostu niecka porośnięta krzakami. Ujścia ze zbiornika i z mokradła przegrodzone są tamami z gałęzi i traw.

*

Katarzyna Przyborska: Kiedy powstał zbiornik?

Daniel Petryczkiewicz: Został wykopany w latach 70. Wcześniej tu zawsze było mokradło tworzące się na jednym z ramion rzeki Małej. Podzielono je na dwie części, na jednej zrobiono staw i kąpielisko, a drugą zostawiono dziko. Ten teren pamięta wodę, która płynęła od czasu, kiedy odszedł lodowiec. Jeśli się umie czytać krajobraz, można opowiedzieć historię tego miejsca. Turzyca jest wodolubna i to ona wskazuje, że było tu mokradło. Jest podobna do trawy, rośnie w kępach, ma ostre liście. Po prawej widzimy przykład procesu sukcesji – pusty zbiornik zarasta wierzbami.

Czytaj także Jak kraj błota i bagien stracił 85 proc. najcenniejszych wodnych ekosystemów Daniel Petryczkiewicz

O wierzbach piszesz w książce. Wcale nie są „rdzennie polskie” choć wydają się odwiecznym elementem mazowieckiego krajobrazu.

Sprowadzili je w XVI wieku Olędrzy, osadnicy z Niderlandów. Gospodarowali na gruntach zalewowych, do czego Polakom brakowało wiedzy. Niedaleko jest wieś, która niegdyś nazywała się Szulec, teraz Solec, założona właśnie przez nich. Olędrzy sadzili szpalery wierzb wzdłuż pól i dróg.

Wyznaczając granice wodzie?

Tak, bo wierzba wyciąga wodę, wiąże ją. Poza tym bardzo szybko rośnie, można ją ogławiać, pędy nadają się do wyplatania płotów, faszyn, koszy, na kołki, na opał. Wierzby to były drzewa do zadań specjalnych. Teraz, kiedy wody nie ma – umierają.

Kto zbudował te tamy?

Ja z kolegą. To nasza partyzantka retencyjna. Zarówno mokradło, jak i zbiornik są teraz suche, ale jeśli w Małej jest woda i urzędują tam bobry, woda rozlewa się, dociera tu i powinna być jak najdłużej zatrzymywana. O wodę trzeba walczyć wtedy, kiedy jest susza, bo kiedy zalewa nas powódź, jest już za późno. My w Polsce działamy reaktywnie, kiedy już wydarzy się powódź, zamiast budować systemy małej retencji, które będą na wodę czekać. Holendrzy, którzy przez wieki walczyli z wodą, teraz uczą się z nią współpracować. Odtwarzają koryta rzek i mokradła, cofają się, pozwalając wodzie zalewać część terenów. W renaturyzację inwestują miliardy euro. Wiedzą, że to lepsze niż ratowanie wałów.

My też mamy program renaturyzacji wód, już od 2020 roku.

Tylko na papierze. Różnica między podejściem polskim i holenderskim jest taka, że my nie wykorzystujemy instytucjonalnie innowacji, nauki. Mamy ją, ale urzędnicy i politycy nie słuchają naukowców, a nawet jeśli, to opracowania naukowe zostają w szufladach. Holendrzy swoją kilkusetletnią wiedzę hydrologiczną eksportują i wciąż w nią inwestują. Aktualnie ogromny nacisk kładą na rozwiązania oparte na Przyrodzie. My pozostaliśmy na etapie programu Wielkiego Osuszania po II wojnie światowej.

Czytaj także Dlaczego II RP nie udało się osuszenie poleskich bagien? [rozmowa] Michał Sutowski

Wykopaliśmy rowy i w nich mentalnie utknęliśmy? Zamknęły nam widok?

Totalnie. Niczego innego oprócz kopania rowów, regulowania rzek i ewentualnie myślenia o budowaniu potężnych zbiorników i betonowych tam nie robimy.

*

Idziemy przez las. W nocy wicher przewrócił drzewo, które leży teraz w poprzek ścieżki. Dochodzimy do koryta Małej. Wody nie ma, rzeka wygląda jak rów. Widać, jak wcześniej układał się ciek, jego ślad ciągle jest widoczny na zieleniejącej się już ziemi. W poprzek rzeki ułożona jest tama. Koło niej ślady bobrów: ogryzione patyki i bobrze bobki. Zachęcona przez Daniela wącham je – to zaskakujące, ale pachną ładnie, świeżym drewnem, trocinami.

*

Czy to jest miejsce zdewastowane parę lat temu przez Wody Polskie? To bardzo trudny fragment książki, obraz przemocy dokonanej na rzece. Wygolone z roślinności brzegi, pocięte drzewa, ciała żab i koparka rozjeżdżająca bobrową tamę. Nie wiadomo nawet, czy bobry zdołały uciec.

To było sześć lat temu. Strajki kobiet i przeoranie rzeki, te dwa wydarzenia dzieliło kilka dni. Czułem, że to jest zrobione z podobnych pobudek. Z chęci zniewolenia, ujarzmienia dzikości i wolności, zaorania do swojego standardu. To było jak gwałt. Tak to wtedy opisywałem. Tak to czułem. To wydarzenie uczyniło mnie tym, kim jestem teraz, czyli aktywistą rzeczno-przyrodniczym, rzecznikiem rzeki Małej.

Jak to miejsce wyglądało wcześniej?

Kiedy przyszedłem tu po raz pierwszy, wszystko było zalane wodą, bez wysokich woderów nie można było wejść. Jeszcze w 2022 roku woda sięgała do pasa. Teraz, kiedy idziemy środkiem rowu w trekkingowych butach, trudno sobie to wyobrazić. Woda była czysta, przefiltrowana przez bobrowe tamy. To miejsce było zupełnie niedostępne, mimo, że przecież tu, zaraz obok, przebiega droga. Takie miejsca, kiedy są mokre i dzikie, same się bronią. Człowiek nie wejdzie, nie wjedzie. Ale kiedy są suche, stają się bezbronne. Degradacja takiego wysuszonego miejsca postępuje bardzo szybko. W tym roku tylko dwa razy byłem tu w kaloszach, kiedy topniał śnieg.

Zimą leżał śnieg, w nocy padało, a wody nie ma.

To pokazuje, jak różni się nasza – ludzka – perspektywa od perspektywy rzeki. Dwa tygodnie temu płynęło tu jeszcze trochę wody. Parę dni temu, zostało już tylko nieco wody na dnie. Dziś jest już wszędzie sucho. Te norożeremia, bobrowe konstrukcje z gałęzi, pokazują, jak wysoko sięgała kiedyś woda. Bobry budują tak, by wejście do nory było ukryte pod wodą, potem korytarz pnie się w górę, aż do suchej, bezpiecznej komory gniazdowej. W ten sposób zabezpieczają swój dom przed drapieżnikami.

Po tamtej dewastacji interweniowałeś. Pisałeś do Wód Polskich, do RDOŚ-u, czyli Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska – nie widzieli problemu, uważali, że wszystko odbyło się zgodnie z prawem i przepisami. Zareagował Greenpeace, Stowarzyszenie Nasz Bóbr, WWF, Centrum Ochrony Mokradeł, ekspert od mokradeł, profesor Wiktor Kotowski.

To on poradził, żeby powrzucać do koryta pocięte piłami konary drzew, żeby spowolnić nurt. Tak zrobiliśmy. 11 listopada przeszliśmy razem ze Staszkiem Łubiańskim wzdłuż koryta Małej, wrzucając do niego zdewastowane przez ludzi drzewa. Potem jeszcze z drugim kolegą, ze Szkoły Ekopoetyki, ciągnęliśmy te potężne bale z dołu rzeki, przypięci uprzężami, i odbudowywaliśmy tamy. Okazało się, że nie tylko my, ale i bobry zaczęły odbudowywać. Od tego zaczęła się moja patriotyczna partyzantka rzeczna. W tej chwili krajobraz rozlewiska zaczyna przypominać trochę to, co ja pamiętam sprzed dewastacji. Las jest nieuporządkowany, leżą zwalone drzewa, to miejsce powoli na powrót dziczeje, są głogi, tarnina. Tylko wody nie ma.

Czytaj także Nie rzucim ziemi, skąd nasz bóbr Katarzyna Przyborska

Dochodzimy do zakrętu. Stoi tu fotopułapka ustawiona przez Daniela i głaz-podróżnik, przyniesiony przez lodowiec. Przychodzą tu łosie, widać ślady dzików. Dalej Stary Dąb, którego potężny konar sięga nad koryto rzeki, między krzewami miga nam sarna i już zraz otwiera się widok na Wielką Łąkę, tę, która kiedyś zalewana była przez Małą. Wody nadal nie ma. Po lewej najstarsza z okolicznych wierzb – Stara Wierzba. Na dnie rowu znajdujemy zasychającą galaretkę. To skrzek ropuchy szarej. Złożyła go tu, bo jeszcze parę dni temu w tym miejscu była woda. Daniel przyklęka, zbiera z dna rowu ocalały skrzek i ruszamy, by znaleźć dla niego bezpieczne miejsce.

*

Od dewastacji Małej minęło kilka lat i żadna kolejna koparka się tu nie pojawiła. Czy katastrofa Odry, postępująca susza i działalność aktywistów w jakiś sposób przekładają się na zmiany w podejściu państwa do wód?

Widać pewne zmiany, ale powolne. Rzekami, jeziorami, źródliskami wciąż zajmuje się nie Ministerstwo Klimatu i Środowiska, ale Ministerstwo Infrastruktury, czyli są traktowane jak drogi, lotniska, szkoły czy oczyszczalnie ścieków. Ten absurd ma konsekwencje. Stan chemiczny 98 proc. polskich wód powierzchniowych został w raporcie NIK oceniony jako zły. Co roku NIK wydaje raport o stanie środowiska i co roku jest albo coraz gorzej, albo tak, że gorzej być nie może. Natomiast presja organizacji eksperckich i aktywistycznych sprawiła, że Plan Utrzymania Wód został w 2025 roku poddany konsultacji społecznej. Wzięła w nich udział rekordowa liczba obywatelek i obywateli oraz organizacji społecznych.

W książce opisujesz, że Wody Polskie postawiły jednak swoistą zaporę dla strony społecznej w postaci trudnych do rozszyfrowania formularzy. To przypomina sposób działania Lasów Państwowych, które wcale nie chcą porozumieć się ze stroną społeczną w sprawie Planów Urządzenia Lasów i mnożą przeszkody na poziomie formalnym.

To dla wielu było przytłaczające. Z Piotrem Bednarkiem z Fundacji Wolne Rzeki zrobiliśmy wszystko, co mogliśmy, by ułatwić ludziom składanie wniosków. PUW-y podobnie jak PUL-e są zatwierdzane raz na dziesięć lat, dlatego skonsultowanie ich jest tak ważne. Dla rzeki Małej przewidziano pełen zakres zniszczeń: przekopywanie, wycinanie, udrażnianie, niszczenie siedlisk bobrowych.

Czyli co tylko się da, żeby nie dopuścić do retencji. Jak to jest możliwe, kiedy doświadczamy tak poważnej suszy?

Istnieje Europejska Dyrektywa wodna, która określa cele retencji, cele środowiskowe, ekologiczne, ale nie przekładają się one na zapisy w PUW-ach. W PUW-ach nie ma zapisanych literalnie żadnych działań, które miałyby służyć rzeczywistemu poprawieniu stanu rzeki. Tam jest przekopywanie, odmulanie, wyrywanie roślinności, tak jakby się nie zmieniła rzeczywistość, jakby nauka nie poszła do przodu. W wyniku konsultacji udało się ograniczyć prace „utrzymaniowe” o ponad 20 tysięcy km. Znaczną część Małej też udało nam się uchronić, choć nie całą.

Od nowego rządu oczekiwałam racjonalnych polityk.

Nie jest tak, że nie zmieniło się zupełnie nic. Gdyby mi ktoś trzy lata temu powiedział, że wiceminister będzie zasypywać rowy w Puszczy Białowieskiej, uznałbym go za niezłego fantastę. Ja też rowy zasypuję, przyznaję się do tego, jak ktoś będzie chciał mnie za to karać, trudno. Coś się ruszyło, nie wiadomo tylko, czy nie jest już za późno.

Czytaj także Lasy Państwowe robią nas na łyso Katarzyna Przyborska

Poruszasz w książce sprawę żałoby po przyrodzie, ale żeby opisać te uczucia, odwołujesz się do zupełnie niezachodniego sposobu widzenia świata i niezachodniego sposobu opisywania go. Za autorką Pieśni Ziemi, profesorką botaniki Robin Wall Kimmerer i członkinią plemienia Potawatomi, piszesz, że nazywanie żywych istot „tym” ułatwia traktowanie ich jak zasób do eksploatacji. Nadajesz więc imiona łące, drzewom, krajobrazom, pozwalasz sobie je kochać, czuć. To jest radykalne, bo wystawiasz się na cierpienie. Ten deprecjonujący żywe istoty język, którego używamy, minimalizuje przecież psychiczne szkody dokonywanej przemocy, zmniejsza ból, pozwala się oszukać. Nie zabijamy, tylko „pozyskujemy”, mięso jest „produkowane”, a las jest czymś pośrednim między twórczymi Lasami Państwowymi a deskami.

To jest ciekawe, że Kościół od stuleci posługuje się apokalipsą i to jest ok, ale kiedy o apokalipsie mówią naukowcy albo aktywiści, to jest katastrofizm i przesada. Dla cywilizacji Ameryki Północnej (i nie tylko) koniec świata i apokalipsa już nastąpiła. Dlatego sięgam do nich, by posłuchać, jak to zrobić, żeby żyć dalej. Ta książka jest też manifestem duchowym.

Powrotem do świata zaczarowanego? W którym antropomorfizacja jest nie dziecinadą czy błędem, ale nadaniem człowiekowi rangi bytu równego innym, nie wyższego? Czytając, przypomniałam sobie zaraz dwie bardzo ważne dla mnie książki: Oralność i piśmienność Waltera Onga i Radical Hope Jonathana Leara. Ong pisze na przykład o tym, że czasowniki pozwalają uchwycić procesy, a Lear o tym, jak żyć, kiedy „odeszły bizony” a wraz z nimi sens wszelkich, niegdyś spójnych i uzasadnionych działań, rytuałów, zachowań, całej kultury. To doprowadziło mnie do myśli, że sposób, w jaki opowiadamy sobie świat, zarazem go kształtuje. Zanim wynaleziono pismo, opowieści były płynne, dostosowywały się do słuchaczy i okoliczności. Teraz, gdy podmieniamy rzeczowniki na czasowniki albo – jak ty – nadajemy imion drzewom, lasom czy łąkom, stwarzamy świat dla przyszłości. I to robi twoja książka.

Tak, ludy rdzenne odradzają się głównie w opowieściach, mitologiach. I ja też taką opowieść chciałem poprowadzić. Jestem teraz w trakcie lektury książki Czy rzeka żyje? Roberta McFarlane’a. Czytam i sam się do siebie uśmiecham, że mamy tyle współdzielonych intuicji. Bardzo mnie to cieszy, bo jestem fanem jego literatury. A pisaliśmy równolegle. Moja książka trafiła do redakcji, zanim ukazała się książka McFarlane’a. Jest też inna książka, która się ukazała niedawno, nie zdążyłem jej zacytować w Małej historii znikania. To Do rzeczy i do ciekania Wita Szostaka. I tu też nasze intuicje się spotkały.

Jakie intuicje współdzielicie?

Choćby te, że zastanawiamy się, kim jest rzeka: czy to tylko woda w ruchu? Czy też coś, ktoś więcej? Gdzie rzeka się kończy, a gdzie zaczyna? Czy widoczne dla ludzkich oczu źródło to jej prawdziwy początek? Sporo czasu też poświęcamy fleksji wodnego (i nie tylko) świata – okazuje się, że rzekę powinniśmy myśleć jako czasownik, a nie rzeczownik. Wszak żyje! I to są też te kawałki, które dzielimy i z Szostakiem i MacFarlainem i Kimmerer. Oczywiście Szostak porusza się w dialektyce filozoficznej, ale wynika z niej jasno, że intuicje całego ruchu na rzecz praw Przyrody oraz ekologii głębokiej są mocno osadzone w myśleniu filozoficznym.

*

Po godzinnym marszu wzdłuż rzeki dotarliśmy wreszcie do wody. Po odsłoniętych wejściach do bobrzych nor widać, jak poziom wody opadł, ale przynajmniej woda jest, płynie. Obok mokradło. Zielone, tajemnicze, chlupoczące, grząskie, zupełnie inna kraina. Tam idziemy złożyć skrzek ropuchy szarej. Za dwa tygodnie powinny wykluć się kijanki. Drogie jaja ropuchy szarej, mam nadzieję, że tu coś dobrego się z wami wydarzy!

Nazwałeś to miejsce Bagnem za Wydmami. Skąd się tu wzięły wydmy?

Utworzyły się w czasie ostatniej epoki lodowcowej. Lodowiec był kilkanaście kilometrów stąd, w stronę Płocka. Ściana lodu wznosiła się pewnie na kilometr w górę, prawdopodobnie była stąd widoczna. Lodowiec zablokował wodę płynącą w stronę Bałtyku, więc zaczęła płynąć na południe, część przelała się na zachód, część na wschód. A część stanęła tutaj w postaci jeziora peryglacjalnego, które tworzy się właśnie u czoła lodowca.

Wiatry, tak jak w tej chwili, wiały z zachodu, przesypywały piasek. Bo to nie było tak, że w czasie epoki lodowcowej cały czas leżał śnieg – była to raczej lodowa pustynia. Wiatr zatrzymywał się na granicy podmokłych terenów. Dlatego tutaj, wzdłuż doliny Małej, mamy wydmy. Kiedy lodowiec zaczął się cofać, a temperatura rosnąć, na podmokłych terenach – tak jak w dolinie Małej – powstały torfowiska.

Pamiętasz jeszcze, czym się zajmowałeś, zanim zająłeś się rzeką?

Rzeka ciągnęła mnie od dawna, od dawna też fotografuję. W 2019 roku zrobiłem projekt No Beauty in Plastic. Już go nie promuję ani się nim nie posługuję, bo zmieniła mi się poetyka, sposób patrzenia, ale to był mój pierwszy aktywistyczny gest. Z przyrodą zawsze byłem związany trochę pośrednio i podświadomie. Dzięki babci, której imieniu dedykuję tę książkę. I trochę też dzięki tacie, który mówi o sobie, że zawsze chciał mieszkać w lesie, ale nigdy tego nie zrobił.

Przed pandemią bardzo dużo pracowałem. Byłem strasznym pracoholikiem. Pracowałem w korporacjach, bardzo dużo podróżowałem, latałem. I w zasadzie prawie w ogóle nie znałem własnej okolicy. Kiedy pandemia zamknęła nas w domach, moja ciekawość musiała znaleźć ujście.

Czytaj także Mencwel: Pokłóćmy się wreszcie o wodę Paulina Januszewska

Przerwać tamę zamknięcia.

I skanalizowała się nad Małą. Byłem wtedy już w Szkole Ekopoetyki, moja wrażliwość była odsłonięta jak taka warstwa torfu, na ulicach dział się strajk kobiet. Mała została przeorana. Zostałem jej rzecznikiem. Przyroda przemawia, ale nie zawsze ją słyszymy, rozumiemy, dlatego potrzebny jest głos ludzki, który będzie bronił jej interesu. Przyroda nie nadąża za ludzką temporalnością. Las, rzeka nie obronią się przed koparkami albo pilarzami. Działanie Przyrody ma więcej wspólnego z oporem bez przemocy. W książce przypominam filozofa Arniego Nessa, twórcę głębokiej ekologii, ucznia Gandhiego, który pisał o głębokiej relacji człowieka z przyrodą.

Wyrzeczenie się przemocy nie jest jednak u niego postawą bierną, ale dynamicznym poszukiwaniem równowagi, tak jak to się dzieje w przyrodzie. Rzeka wyżłobi nowe koryto, las odrodzi się po wichurze. Przeciw temu działa jednak ludzka potrzeba kontroli, o czym piszesz, i jakaś nasza kulturowa nadaktywność. Przekroczyliśmy próg 1,5 stopnia i dalej podgrzewamy klimat, ile się da, nie tylko nie rezygnując z paliw kopalnych, ale prowadząc wojny, które ładują w atmosferę dodatkowe miliony ton CO2. Czy w ogóle coś jeszcze możemy zrobić, żeby katastrofę osłabić?

Tak naprawdę nie potrzebujemy wcale wymyślać specjalnych technologii. Potrzebujemy raczej dużo więcej uważnego oglądu rzeczywistości. 65 proc. wody w Polsce zużywa przemysł. W czasie pandemii to zużycie spadło chyba o około 15 proc. i już nie wróciło na stary poziom. Gospodarka się nie załamała, fabryki nie upadły, polska gospodarka wciąż się rozwija. W pandemii załamały się łańcuchy dostaw i co? I nic. Nawet gdyby zamknąć cały przemysł odzieżowy na dwa lata, nadal mielibyśmy w czym chodzić. Konsumujemy za dużo, wcale tego nie potrzebując.

Tak działa kapitalizm: kreuje zachcianki, podsuwa kredyty. Popyt nie jest wcale racjonalną potrzebą.

To jest historia o kręceniu nadwyżką, presji na posiadanie nowych rzeczy. Jest taki esej Pochwała półcienia Jun’ichirō Tanizakiego, w którym opisuje on swoją relację ze zjawiskami i rzeczami, które są z nim długo, a on wcale nie pragnie zastępować ich nowymi. Echa tego myślenia odnajduję u Byung Chul Hana. Nie musimy cały czas zmieniać samochodów, telefonów, mieszkań, partnerek, partnerów. Potrafię wyobrazić sobie ten świat. Chociaż nie wiem, jak sprawić, by ludzie chcieli mniej. A da się. Ja mógłbym mieć teraz kryzys wieku średniego.

Czytaj także Wysypisko na końcu świata. Tu trafi twój sweter, kurtka i nigdy nienoszona sukienka Magdalena Bartczak

I kupować sobie bardzo szybki, bardzo czerwony samochód.

No właśnie, a ja od sześciu lat chodzę codziennie po tych samych miejscach i odnajduję wszystko, czego potrzebuję.

Zobacz jednak, jak dokarmiasz zwoje zmysły. Odczuwasz wiatr, wilgoć, suszę, wysiłek, przedzierasz się przez las, przez krzaki, moczysz buty w rzece, patrzysz z uwagą, rozróżniasz zapachy i dźwięki. Całe bogactwo wrażeń, których na ogół się pozbawiamy. To, co proponuje nam konsekwentnie cywilizacja, to mniej wysiłku, wygodne siedzenia, klimatyzacja. Przy takiej deprywacji zmysłów, żeby coś poczuć, rzeczywiście trzeba pruć co najmniej 200 km na godzinę. A jednocześnie kultura ma jakby ADHD. Dużo intensywnie, używki plus. Odnoszę wrażenie, że to gdzieś się łączy.

Czytamto dokładnie tak samo. Ja na przykład bardzo często chodzę boso. Najpierw było mi zimno i bałem się, że się skaleczę. Jak widzisz koparkę, która wykopuje kilka pięter ludzkiej działalności śmieciowej, to wiesz, że jak zdejmujesz buty, narażasz się na to, że wdepniesz w rozwalony telewizor. Zastanawiam się czasem, co sobie muszą myśleć o nas dziki, kiedy wykopują ten cały śmietnik. Ale wyniosłem stąd setki kilogramów śmieci i teraz się czuję trochę bezpieczniej. Moje lekkie ADHD powoduje, że chciałbym tu być w iluś miejscach na raz, stawiam fotopułapki, ale też uczę się, że to bycie wszędzie też można sobie dawkować. Bycie w przyrodzie daje mi taki rodzaj pobudzenia, jaki właśnie mogą mieć ludzie na haju. Ja nie potrzebuję do tego żadnej chemii tego typu. Mam już w Przyrodzie.

Czas na rytualne chodzenie boso po szyszkach?

Nie jest tak, że chcę uprawiać jakiś rodzaj, religii i nawoływać, byśmy teraz wszyscy przytulali się do drzew. Ale jestem pewien, że jakbyśmy się przytulali dużo więcej do drzew, czytali więcej poezji, słuchali wiatru i smakowali mgłę, to ten świat byłby na 100 procent lepszy.

Czytaj także Czy po mroźnej zimie nadejdzie susza? Daniel Petryczkiewicz

Wracamy. Oglądamy jeszcze jedną tamę, przy której woda się rozlewa. Płot w poprzek rzeki, za którym jest luksusowe osiedle. Rzeka już z niego nie wypływa. Przechodzimy przez miejsce, gdzie w czerwcu pojawiają się świetliki. Rozmawiamy o tym, czego się boimy. Mnie lękiem napawa sucha ściółka, Daniel też boi się pożaru, no i myśliwych. Wschodnią stroną Wielkiej Łąki dochodzimy do lasu i wzdłuż pustego koryta wracamy do zarastającego zbiornika Dzieciak.

*

Przywołujesz w książce szeregi ludzi, pokazujesz, że nie jesteś sam. Rzeczników i rzeczniczek przyrody jest sporo, chyba więcej niż 10, 20 lat temu. Może jednak, pomimo wysiłków cywilizacji, jesteśmy jej częścią i odpowiadamy na wezwanie?

Coś w tym jest. Może doszliśmy do takiego punktu w niszczeniu planety, że zaczyna się reakcja zwrotna. Widać poszukiwania duchowości, ekologicznych myślicieli, filozofów. Ten trend oczywiście też łatwo skomercjalizować, ale ruch jest. A jest taki ogrom spraw, że każdy z nas jest potrzebny. Potrzebujemy bioróżnorodności, bo każdy ma jakieś supermoce, a wszyscy jesteśmy ze sobą połączone i połączeni. Trzeba nie tylko istnieć, ale przede wszystkim – współistnieć.

**
Daniel Petryczkiewicz – absolwent pierwszego rocznika Szkoły Ekopoetyki Julii Fiedorczuk i Filipa Springera przy Instytucie Reportażu w Warszawie. Laureat nagrody publiczności za projekt społeczny roku 2019 w plebiscycie portalu Ulica Ekologiczna. Inicjator spotkania twórczo-aktywistyczno-poetyckiego „Święto Wody” w Konstancinie-Jeziornej. Publikuje teksty i fotoreportaże o tematyce ekologicznej. Ambasador rzeki Małej i jej Doliny, które odkrył na nowo i o które walczy od ponad 6 lat.

Dziennikarka, antropolożka kultury, absolwentka The Graduate School for Social Research IFiS PAN; mama. Była redaktorką w Ośrodku KARTA i w „Newsweeku Historia”. Współredaktorka książki „Salon. Niezależni w »świetlicy« Anny Erdman i Tadeusza Walendowskiego 1976-79”. Autorka książki „Żaba”, wydanej przez Krytykę Polityczną.

Tagi:
Wydanie: 20260422

Komentarze

Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.

Zaloguj się, aby skomentować
1 Komentarz
Komentarze w treści
Zobacz wszystkie
1
0
Komentujące wszystkich krajów łączcie się!x