Tomasz Kurianowicz: Zanim przejdziemy do szczegółów twojego reportażu, powiedz, na jakim etapie jest dziś ta sprawa. Co wiemy o śmierci Nurula Amina Shaha Alama, a co wciąż pozostaje niejasne?
J. Dale Shoemaker: Wiemy więcej o tym, jak zginął, choć wciąż istnieją istotne luki. Z ustaleń lekarza sądowego wynika, że u Shaha Alama doszło do powstania wrzodu stresowego w górnej części jelita cienkiego, tuż poniżej żołądka. Wrzód uległ perforacji, a kwas żołądkowy przedostał się do jamy brzusznej, co doprowadziło do śmierci.Lekarz sądowy bezpośrednio powiązał ten stan z hipotermią i odwodnieniem. Shah Alam przez około pięć dni błąkał się po ulicach po tym, jak funkcjonariusz straży granicznej zostawił go przed zamkniętą kawiarnią.
Kluczowe jest to, że jako przyczynę śmierci wskazano zabójstwo. Nie oznacza to morderstwa w sensie karnym, lecz fakt, że działania – lub zaniechania – innych osób doprowadziły do jego śmierci. W raporcie z sekcji zwłok znajduje się bardzo mocne sformułowanie, że Shah Alam został „umieszczony w nieprzyjaznym środowisku, z którego nie można było rozsądnie oczekiwać, że sam się wydostanie”. To wprost wskazuje na funkcjonariusza, który go tam wysadził. Nie mamy jednak pełnego raportu. Prawo stanu Nowy Jork ogranicza jego upublicznienie, a urzędnicy twierdzą, że nie mogą ujawnić całości dokumentów. Prawnik rodziny, Terrence Connors, doradza bliskim zmarłego i analizuje możliwe kroki prawne, w tym pozew cywilny.
Shah Alam przyjechał do Stanów Zjednoczonych w 2024 roku jako uchodźca z prawem pobytu. Czy są jakiekolwiek dowody na to, że zanim został wysadzony przed kawiarnią, doznał przemocy ze strony funkcjonariuszy?
Nie. Nikt też nie twierdzi, że został pobity czy jakkolwiek fizycznie skrzywdzony przez funkcjonariuszy. W tej sprawie chodzi o zaniedbanie, a nie o bezpośrednią przemoc. Lekarz sądowy jasno wskazał, że decyzja o pozostawieniu go samego w środku zimy uruchomiła ciąg zdarzeń, który zakończył się jego śmiercią. To była seria konsekwencji wynikających z jednej decyzji.
Straż graniczna twierdzi, że Shah Alam sam poprosił, by wysadzono go właśnie w tym miejscu. Na ile wiarygodne jest to wyjaśnienie?
Prawnik rodziny zdecydowanie temu zaprzecza. Shah Alam znał angielski w bardzo ograniczonym stopniu i bliscy nie uważają za prawdopodobne, by poprosił o wysadzenie w tym konkretnym miejscu. Straż graniczna utrzymywała, że kawiarnia Tim Hortons znajdowała się w pobliżu dawnego miejsca zamieszkania rodziny. To jedyne uzasadnienie, jakie dotąd przedstawiono publicznie.
Ogłoszono wszczęcie kilku dochodzeń. Czy twoim zdaniem jest realna szansa na pociągnięcie kogokolwiek do odpowiedzialności? Czy obecnie w Stanach Zjednoczonych istnieje jeszcze zaufanie do instytucji?
Na razie nie wiadomo nawet, czy funkcjonariusze, który brali udział w tej akcji, nadal pełnią służbę, ani czy wszczęto wobec nich jakiekolwiek postępowanie dyscyplinarne.
Wiadomo, że prokurator okręgowy hrabstwa Erie analizuje ustalenia lekarza sądowego, by sprawdzić, czy istnieją podstawy do postawienia zarzutów karnych. Z doświadczenia jednak wiemy, że lokalni prokuratorzy rzadko decydują się na taki krok wobec agentów federalnych. Dochodzenie wszczęła też prokurator generalna stanu Nowy Jork. Spodziewam się, że będzie ono rzetelne, ale konstytucja w praktyce uniemożliwia stanom ściganie funkcjonariuszy federalnych. Nawet bardzo krytyczny raport może nie przełożyć się na realne konsekwencje prawne.
Natomiast jeśli chodzi o sytuację, w której rząd federalny miałby prowadzić dochodzenie przeciwko sobie – nie mam tu wielkich oczekiwań. W czasie rządów obecnej administracji widzieliśmy wiele przypadków przemocy i nadużyć ze strony agentów federalnych, których nie pociągnięto do odpowiedzialności albo podjęto jedynie symboliczne działania.
Wróćmy do początku. W jaki sposób dowiedziałeś się o sprawie Shaha Alama?
Tematami migracyjnymi zajmowałem się od mniej więcej roku – zacząłem niedługo po wygranej Donalda Trumpa w 2024 roku. Wcześniej pisałem głównie o polityce lokalnej i rozwoju gospodarczym: ulgach podatkowych, subsydiach, korupcji. Imigracja była dla mnie zupełnie nowym obszarem.Na początku tego roku opublikowałem tekst o innym imigrancie, który został zatrzymany – był to badacz pracujący na lokalnej uczelni. Jego adwokatka odezwała się do mnie i powiedziała, że ma kolejną sprawę, która wymaga nagłośnienia. W tamtym momencie Shah Alam był osobą zaginioną. Chodziło o pomoc w rozpowszechnieniu informacji o jego zaginięciu.
Kiedy zacząłem się temu bliżej przyglądać, szybko stało się jasne, że to nie jest zwykła sprawa o zaginięcie. Shah Alam został wcześniej zatrzymany w związku z drobnym incydentem, a następnie spędził niemal rok w areszcie, ponieważ jego adwokatka obawiała się, że po wyjściu może zostać przejęty przez ICE. Dokładnie tak się stało.
Pierwszy tekst opublikowaliśmy we wtorek rano, a w nocy Shah Alam zmarł – w tamtym momencie jeszcze o tym nie wiedzieliśmy. W środę potwierdziliśmy informację o jego śmierci i od tego momentu relacje na ten temat zaczęły się intensywnie rozwijać.
Wasza redakcja dotarła zarówno do nagrań z monitoringu, jak i do materiałów z kamer nasobnych policji. Jak to się udało?
Ogromną rolę odegrał tu mój kolega z redakcji, Adam Smith‑Perez. Pojechał na miejsca związane ze sprawą – ulicę, na której Shah Alam został zatrzymany, oraz kawiarnię Tim Hortons, przed którą go wysadzono – żeby zrobić zdjęcia i zebrać podstawowe informacje.Rozmawiał z pracownikami lokalu i przekonał kierownika, żeby następnego dnia pozwolił mu obejrzeć nagrania z monitoringu. Ja równolegle składałem wnioski o udostępnienie dokumentów i naciskałem na władze, by ujawniły nagrania z kamer nasobnych z momentu zatrzymania.Dopiero po połączeniu tych materiałów – wideo, dokumentów, rozmów z prawnikami – byliśmy w stanie odtworzyć spójną i wiarygodną chronologię wydarzeń. Bez tego obraz tej sprawy pozostałby bardzo fragmentaryczny.
Jak władze reagowały na wasze publikacje?
Buffalo ma nowego burmistrza, który objął urząd 1 stycznia. Za poprzedniej administracji uzyskanie jakichkolwiek informacji od policji czy ratusza było niezwykle trudne.Po zmianie władz wnioski o udostępnienie dokumentów zaczęto rozpatrywać szybciej, a urzędnicy byli nieco bardziej skłonni do rozmowy. Zupełnie inaczej wyglądało to w przypadku straży granicznej. Reakcje były powolne, odpowiedzi niejasne, a opór wyraźny. Samo uzyskanie pierwszego, wstępnego oświadczenia zajęło kilka dni.
Czy zajmując się dziś tego rodzaju tematami, czujesz się osobiście zagrożony jako dziennikarz?
Gdzieś w tle zawsze istnieje obawa, że relacjonowanie działań policji, straży granicznej czy agencji federalnych spotka się z wrogością. W moim przypadku nie przybrało to formy bezpośrednich gróźb ani oficjalnych nacisków ze strony instytucji, ale objawia się w bardziej nieformalny sposób.Wiem na przykład, że co najmniej jeden funkcjonariusz wypowiadał się o mnie w negatywny sposób na prywatnych kontach w mediach społecznościowych oraz na kanałach w serwisie YouTube, które otwarcie atakują dziennikarzy. Tego typu retoryka staje się coraz powszechniejsza.
Czy funkcjonariusze mają w ogóle prawo do publicznych ataków na dziennikarzy w mediach społecznościowych?
To skomplikowana kwestia i wiele zależy od przepisów danej instytucji oraz tego, czy osoba wypowiada się jako funkcjonariusz, czy prywatnie. Zasadniczo policjanci, podobnie jak inni pracownicy sektora publicznego w USA, mają pewne prawo do wolności słowa, jeśli występują jako osoby prywatne. Jednocześnie wiele jednostek posiada wewnętrzne regulacje, które mają zapobiegać zachowaniom podważającym zaufanie publiczne albo mogącym zastraszać przedstawicieli mediów. Dla mnie jednak kluczowe nie jest to, czy doszło do formalnego złamania konkretnej zasady. Istotny jest szerszy efekt: kiedy funkcjonariusze publicznie dyskredytują dziennikarzy, nawet na swoich prywatnych profilach, przyczynia się to do atmosfery, w której ci tracą legitymację, a dziennikarstwo przestaje być postrzegane jako element demokratycznego systemu kontroli władzy.
Czy teksty o losie migrantów w Stanach Zjednoczonych rzeczywiście przyciągają uwagę czytelników? Czy dla lokalnej redakcji non‑profit to raczej trudny temat do „sprzedania”?
W tym konkretnym przypadku reakcja była naprawdę bardzo silna. Pierwszy tekst o zaginięciu Shaha Alama, a później publikacje poświęcone jego śmierci, należały do najczęściej czytanych materiałów, jakie kiedykolwiek opublikowaliśmy. Pytanie, dlaczego ludzie chcieli to czytać. Nie była to sensacyjna relacja z nalotu ani dramatyczna wiadomość z ostatniej chwili, a historia lokalna, która pokazywała, jak działania różnych instytucji się zazębiają, a ich błędy uderzają w życie konkretnej osoby.
Dla europejskich czytelników Investigative Post wciąż może być mało znaną redakcją. Jak byś ją opisał?
Investigative Post to niewielka redakcja śledcza non‑profit z siedzibą w Buffalo. Skupiamy się na patrzeniu władzy na ręce – zarówno agencjom rządowym, jak i korporacjom czy instytucjom, które zwykle działają poza publiczną kontrolą.Nie próbujemy na bieżąco relacjonować wszystkiego, co się dzieje. Wybieramy kilka spraw, w których długofalowe, konsekwentne dziennikarstwo może coś realnie zmienić. Zajmujemy się imigracją, ale też ochroną środowiska, działaniami policji, mieszkalnictwem czy rozwojem gospodarczym. Jako że finansują nas głównie czytelnicy, odpowiadamy przede wszystkim przed nimi, a nie przed reklamodawcami czy właścicielami korporacyjnymi. To daje nam większą niezależność, ale też oznacza, że musimy stale udowadniać sens istnienia takiego dziennikarstwa.
Czy sprawa Shaha Alama w ogóle stałaby się publiczna, gdyby nie taka redakcja, jak wasza?
Nie jestem przekonany, że tak by się stało – raczej nie w takiej formie. Dopiero długotrwałe, konsekwentne działania: rozmowy z prawnikami, wnioski o udostępnienie dokumentów, naciski na instytucje, które zwlekały z odpowiedziami, pozwoliły odsłonić szerszy obraz. Wiele redakcji nie ma dziś zasobów ani czasu, by przez tygodnie czy miesiące podążać za jedną historią.
Czy ta sprawa mówi nam coś szczególnego o Stanach Zjednoczonych za rządów Donalda Trumpa, czy raczej odsłania głębszy, systemowy problem?
Dysfunkcje w amerykańskim systemie imigracyjnym istniały na długo przed Trumpem, ale za jego rządów agencje federalne działają w sposób wyjątkowo defensywny i coraz rzadziej muszą obawiać się odpowiedzialności, gdy coś idzie nie tak. Widać to w oporze wobec ujawniania informacji, w unikaniu odpowiedzi, a czasem nawet odmowie potwierdzenia podstawowych faktów. Nie da się więc sprowadzić tej sprawy wyłącznie do jednej osoby w Białym Domu, ale obecny klimat polityczny wpływa na to, jak tego typu tragedie są obsługiwane – i czy ktokolwiek spodziewa się konsekwencji.
Co masz na myśli, mówiąc o „klimacie politycznym”?
Jeśli spojrzeć na same dane, również za rządów Obamy dochodziło do licznych nalotów imigracyjnych i deportacji. To, co zmieniło się za Trumpa, to nie sam fakt egzekwowania prawa, lecz sposób, w jaki to egzekwowanie jest komunikowane i celebrowane. Trump uczynił twardą politykę migracyjną jednym z filarów swojej tożsamości politycznej. Pojawił się większy nacisk na agresywne działania i publiczne spektakle władzy: naloty, zatrzymania, demonstracyjne użycie siły. Kiedy skupiamy się wyłącznie na liczbach, łatwo przeoczyć ten kontekst. Egzekwowanie prawa było częścią systemu od dawna, ale sygnały płynące z najwyższych szczebli – dotyczące powściągliwości, odpowiedzialności i granic władzy – uległy wyraźnej zmianie. To wpływa na zachowanie funkcjonariuszy w terenie i na reakcję instytucji, gdy dochodzi do tragedii.
Czy praca nad historią Shaha Alama zmieniła sposób, w jaki postrzegasz swoją rolę jako dziennikarza?
Raczej utwierdziła mnie w przekonaniu, które miałem już wcześniej. W takich sprawach rzadko chodzi o odkrycie jednego wielkiego sekretu. Częściej mamy do czynienia z ciągiem decyzji podejmowanych przez różne instytucje, które razem prowadzą do tragicznego rezultatu. Naszym zadaniem jako dziennikarzy jest to udokumentować: połączyć fakty, nadać im sens i sprawić, by nie zniknęły z publicznej debaty. Jeśli tego nie zrobimy, takie historie bardzo szybko zostają zapomniane – a wraz z nimi zniknie odpowiedzialność.
**
Dr Tomasz Kurianowicz – studiował literaturoznawstwo i muzykologię w Berlinie, gdzie w 2011 roku ukończył studia. W 2020 roku uzyskał stopień doktora literaturoznawstwa na Columbia University w Nowym Jorku. Do 2018 roku pracował jako redaktor działu kultury w ZEIT ONLINE. Od lipca 2020 roku był kierownikiem działu „Społeczeństwo i debata” w dziale kulturalnym Berliner Zeitung oraz zastępcą redaktora naczelnego działu kultury. W marcu 2021 roku objął stanowisko redaktora naczelnego wydania weekendowego Berliner Zeitung, a w lipcu 2022 roku został redaktorem naczelnym Berliner Zeitung, funkcję tę pełnił do października 2025 roku. Obecnie pracuje jako niezależny autor i dziennikarz w Berlinie.



![Piotr Wójcik "Trumponomika [o ekonomii Donalda Trumpa]"](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2022/12/plomienie_trumponomika-okladka-171x267.jpg)

![Utracony kompas [o europejskiej lewicy]](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2026/03/plomienie_utracony_kompas-171x267.jpg)




Komentarze
Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.