Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Przekaż Przekaż

Europa made in China

Pomimo uznawania Chin za systemowego rywala, Unia Europejska prowadzi wobec Pekinu niezwykle łagodną politykę handlową. Tymczasem Chiny zalewają Europę swoimi towarami, które odpowiadają za 43 proc. produktów oznaczonych jako niebezpieczne.

ObserwujObserwujesz
Przyciemniona flaga Unii Europejskiej, w środku między gwiazdami czerwona chińska maska przedstawiająca rogatego demona
WTF

1

Pieniądz nie śmierdzi, o czym doskonale wiedzą właściciele TV Republika. Gdy stacja skończyła już z intensywną emisją reklam Zondacrypto, kończących się głośnym wezwaniem „dołącz do republiki kryptowalutowej!”, zabrała się za równie uporczywe promowanie chińskich samochodów. Aktualnie puszcza je seriami, jedne za drugimi. Najpierw pojawiają się pojazdy Dongfeng, zachwalane, co ciekawe, dokładnie tym samym głosem, który wcześniej zachęcał do inwestycji w kryptowaluty – zresztą lektor ten występuje również w spotach przygotowywanych przez samą stację, co wskazuje na bliską współpracę TV Republiki z chińską marką. Następnie wskakuje reklama znacznie bardziej rozpoznawalnej marki BYD, która posiada salon w ścisłym centrum Warszawy, na ulicy Świętokrzyskiej.

Czytaj także Chiny już zastąpiły USA jako punkt odniesienia Galopujący Major

Jak widać polska filia ruchu MAGA, który Chińską Republikę Ludową uważa za bezwzględnie największe zagrożenie dla USA, równocześnie przyjaźni się ze szturmującymi Polskę i Europę producentami motoryzacji rodem z ChRL. W programach publicystycznych prowadzący i goście na wyścigi postulują jak najbliższą współpracę z Waszyngtonem, a Michał Rachoń nawet przyznał, że chciałby widzieć polskich żołnierzy biorących udział w wojnie w Iranie – jednak gdy następuje przerwa reklamowa, pauzują również poglądy ludzi związanych ze stacją. A przypomnijmy, że tenże Waszyngton wprowadził zaporowe, stuprocentowe cła na pojazdy elektryczne (EV) made in China. Najwyraźniej przy placu Bankowym 2 przyjęto, że póki Trump nie widzi, to pieniądze od Chińczyków można brać.

Łagodna Bruksela, asertywny Pekin

Ta hipokryzja w relacjach z Pekinem jest widoczna również w postawie Unii Europejskiej. W 2019 roku w swojej prognozie strategicznej UE uznała Chiny za „partnera, konkurenta i systemowego rywala”. W dokumencie z plenarnego posiedzenia Parlamentu Europejskiego w grudniu 2023 roku wskazano również, że „postawa Chin stała się bardziej asertywna, nie tylko pod względem bezpieczeństwa wewnętrznego i polityki gospodarczej, lecz także postawy na szczeblu międzynarodowym”. Mimo tych zapewnień, praktyka polityczna UE względem Państwa Środka jest zadziwiająco delikatna, żeby nie powiedzieć uległa. Gdy USA i Kanada wprowadziły stuprocentowe cła na EV z Chin, Bruksela z poślizgiem uruchomiła taryfy zależne od producenta, które rozciągają się od 17 do 33 proc. Czyli w porywach są trzykrotnie niższe, przy czym ta najwyższa stawka dotyczy głównie pojazdów marki SAIC. Najbardziej rozpoznawalny BYD obciążony jest cłem wysokości ledwie 17 proc.

Komisja Europejska wprowadziła tak delikatne zapory chociaż sama przyznała, że ekspansja chińskich samochodów jest napędzana niezgodnymi z zasadami WTO praktykami subwencjonowania eksportu. Producenci z ChRL mogą liczyć, że państwo zapewni im szereg subsydiów. To między innymi tanie grunty pod budowę fabryk, dostęp do metali ziem rzadkich i baterii litowo-jonowych poniżej cen rynkowych, ulgi podatkowe czy preferencyjne kredyty z państwowych banków. Dzięki temu chińscy producenci mogą oferować swoje pojazdy w cenach znacznie niższych od unijnej konkurencji, która dodatkowo jest obciążona regułami unijnymi, takimi jak chociażby system uprawnień do emisji CO2, czyli EU-ETS.

Powiedzieć, że handel między UE a Chinami jest niezrównoważony, to jak nic nie powiedzieć. Według danych unijnych, w 2024 roku obustronna wymiana towarów i usług osiągnęła wartość aż 845 mld euro. Chiny są trzecim największym partnerem UE w handlu towarami i usługami, za to UE jest największym partnerem handlowym Chin. Inaczej mówiąc, Stary Kontynent jest ważniejszy dla Chin, niż Chiny dla Europy – chociaż zależność zasadniczo jest wzajemna. Mimo to Bruksela dosyć biernie spogląda na rosnącą nierównowagę handlową. Tylko w latach 2014-2024 import z Chin do UE wzrósł o ponad 102 proc., natomiast eksport do Chin zaledwie o 47 proc. W samym 2024 roku napływ towarów z Państwa Środka został ograniczony w sposób śladowy – spadł o 0,3 proc. W tym samym roku eksport z UE do ChRL zmniejszył się aż o 4,6 proc.

Przyczajony smok

W samym handlu towarami Unia Europejska notuje deficyt w handlu z Chinami przekraczający 300 mld euro. To nawet więcej, niż wynosi analogiczny deficyt Stanów Zjednoczonych, które według danych Trading Economics zanotowały 319 mld dolarów na minusie – w przeliczeniu przez aktualny kurs rynkowy to równowartość ponad 270 mld euro. Tylko że dla Waszyngtonu to główny problem do rozwiązania, a dla Brukseli temat do pogłębionych rozmów. W handlu usługami UE jest na plusie o ponad 20 mld euro, ale na tle deficytu w wymianie towarami to kropla w morzu.

Czytaj także Metale ziem rzadkich – broń gospodarcza Chin i wyzwanie dla Europy Piotr Wójcik

W zeszłym roku dodatkowe zagrożenie przyniosła ofensywa taryfowa Donalda Trumpa. Wymierzone w Pekin nowe cła, które na moment doszły nawet do poziomu 145 proc., skłoniły chińskich producentów do przekierowania eksportu do innych rynków zbytu. Oczywistym wyborem był największy partner gospodarczy Państwa Środka, czyli Unia Europejska. Powstało więc ryzyko presji cenowej i wypychania unijnych producentów z kolejnych branż. Bruksela monitoruje większość spośród tych kluczowych, by móc zidentyfikować tak zwane zagrożone grupy produktowe (CN), czyli obszary z dużym ryzykiem wystąpienia dumpingu cenowego.

Jeszcze na początku 2025 roku zidentyfikowano 55 grup CN. Rok później było ich już 149. Wśród 15 analizowanych rodzajów działalności, Chiny występowały jako czynnik ryzyka w 14 – uchowało się jedynie dostarczanie wody wraz z gospodarką ściekami. W czterech kolejnych przedsiębiorstwa z Chin występowały poniżej średniej, ale w czterech kolejnych już powyżej. Mowa o wyrobach z gumy i tworzyw sztucznych, produkcji metali i wyrobów metalowych, produkcji komputerów i elektroniki oraz w instalacji i naprawie maszyn.

W aż sześciu kategoriach produkty z Chin należą do najwyższych 10 proc. pod względem częstotliwości występowania. Chodzi o tekstylia i odzież, wyroby z drewna i papieru (wraz z poligrafią), produkcję chemikaliów i wyrobów chemicznych, urządzeń elektrycznych, a także maszyn oraz motoryzacji i szerzej produkcji pojazdów. Żaden inny obszar gospodarczy nawet nie zbliża się pod tym względem do Chin. Produkty z państw grupy ASEAN (Azja Południowo-Wschodnia) w ledwie dwóch przypadkach znalazły się w górnych 10 proc. częstotliwości występowania, a po jednej kategorii zanotowały USA i Wielka Brytania. Odsądzane od czci i wiary państwa z grupy Mercosur w żadnej kategorii nie występują nawet powyżej średniej – w ośmiu poniżej (m.in. rolnictwo i przemysł spożywczy).

Trzy euro się należy

Wypychanie unijnej produkcji przez chińskich konkurentów doskonale widać na przykładzie motoryzacji. Przez długie lata Chiny były wielką fabryką komponentów do produkcji zachodnich pojazdów osobowych, ewentualnie ich montownią. W tym czasie uczyły się zachodniego know-how, czasem go nielegalnie podkradając, i szlifowały własne marki, które początkowo były skierowane na rynek krajowy. Oczywiście czołowi producenci byli równolegle mocno wspierani przez państwo – zarówno bezpośrednimi subsydiami, jak i ochroną chińskiego rynku. Gdy pojazdy made in China stały się na tyle dobre, by móc konkurować z droższymi samochodami z Europy, Korei Południowej, Japonii i USA, odważnie wdarły się na globalny rynek. Według danych EY, jeszcze w 2019 roku w branży automotive UE notowała 23 mld euro nadwyżki handlowej z ChRL. W 2025 roku zamiast nadwyżki Europa zanotowała deficyt wysokości 6 mld euro. W samym 2025 roku eksport samochodów i komponentów z UE do Chin spadł o 34 proc. – do 16 mld euro – natomiast analogiczny import z Chin wzrósł o 8 proc. – do 22 mld euro.

Chiny zalewają Europę również tanimi produktami sprzedawanymi przez ich czołowe sklepy internetowe. Niegdyś prym wiodło Aliexpress, obecnie na czoło wysunęło się Temu, sprzedające w niezwykle niskich cenach chociażby elektronikę. Mini komputer z procesorem AMD Ryzen 5 i aż 32 GB RAM DDR4 można tam zakupić za 1,4 tys. zł. Nic więc dziwnego, że chińskie sklepy podbiły unijny rynek. Szczególnie że poza podatkiem VAT nie trzeba doliczać do tego żadnego cła, gdyż elektronika objęta jest stawką 0 proc. Przesyłki o wartości do 150 euro w ogóle zwolnione są z taryf celnych. Dopiero od 1 lipca 2026 roku UE wprowadza stałą stawkę celną dla paczek nieprzekraczających wartości 150 euro o zawrotnej wysokości… 3 euro. Dla porównania, w USA import z Chin niskiej wartości, to jest do 800 dolarów, objęty jest cłem 54 proc. lub 100 dol. za produkt.

Import podwyższonego ryzyka

Sytuacja jest tym bardziej kuriozalna, że produkty z Chin wciąż regularnie nie spełniają podstawowych norm. Unijny system Safety Gate Rapid Alert kontroluje bezpieczeństwo towarów trafiających na wspólny europejski rynek. W 2025 roku zidentyfikowano 4671 produktów uznawanych za niebezpieczne. Jeszcze w 2022 roku było ich tylko 2117. Najczęściej mowa o kosmetykach (aż ponad jedna trzecia ostrzeżeń), zabawkach (16 proc.) oraz elektronice (11 proc.). Ponad połowa ryzyk to zagrożenia chemiczne, a korzystanie z 14 proc. oznaczonych produktów mogło grozić jakiegoś rodzaju kontuzją. Co w tym najważniejsze, aż 2006 alertów dotyczyło produktów z Chin. To nawet więcej, niż cały Europejski Obszar Gospodarczy razem wzięty (1648 ostrzeżeń). Chiny odpowiadają więc za 43 proc. niebezpiecznych towarów trafiających na unijny rynek.

Czytaj także Iran a sprawa polska. Antyamerykańska emocja zaszkodzi PiS? Jakub Majmurek

Mimo to Bruksela wciąż nie zamierza traktować chińskich eksporterów jako faktycznych konkurentów i rywali systemowych, beztrosko korzystając z taniego importu. Regularne cła na poszczególne kategorie produktów wynoszą zwykle kilka procent – lub 0 proc., jak w przypadku elektroniki. Przykładowo, taryfa na meble to 3 proc., a na zabawki i maszyny ok. 5 proc. Jedynie towary objęte procedurą antydumpingową są obłożone stawkami rzędu kilkudziesięciu procent, jednak mowa o bardzo specyficznych i wąskich kategoriach dóbr – na przykład grzejnikach aluminiowych czy ceramice stołowej. Jeszcze kilka lat takiej polityki i UE dorobi się własnego odpowiednika amerykańskiego Pasa Rdzy. Problem w tym, że Europa nie emituje globalnej waluty rezerwowej, jak USA, więc beztroski tani import z Chin na dłuższą metę jest drogą ku przepaści. Wtedy w odwodzie Europie pozostaną już tylko nie tak tanie kredyty w chińskich bankach.

Komentarze

Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
Komentarze w treści
Zobacz wszystkie