Trudno o bardziej wytarte słowo niż populizm – i o pojęcie z większą siłą perswazyjną, którym elity zwykle dyscyplinowały tych, którzy stoją niżej. Swego czasu już samo odwoływanie się do stratyfikacji społecznej miało mieć posmak „populizmu”. Ludzie są równi i tacy sami, dlaczego sztucznie dzielisz naszą wspólnotę? – dało się słyszeć.
Mając na uwadze antyempatyczną historię samego pojęcia, warto jednak go czasami mimo wszystko używać. Ba, nawet chwalić. Jeśli bowiem uznamy wedle potocznej definicji populizm za proponowanie uproszczonych rozwiązań problemów do tej pory ponoć nierozwiązywalnych, zauważymy, jak fundamentalną rolę pełni on w jakiejkolwiek zmianie w ostatnich latach.
Populizm działa
Można dyskutować, czy owe uproszczone naprawianie świata wynika z upadku autorytetów, zwykle skłonnych do dzielenia włosa na czworo i straszenia ogromnymi konsekwencjami. Czy może, paradoksalnie, z postępów nauki, która postawiła tak wysoką barierę wejścia (bez wyższej matematyki nie zrozumiesz globalnego ocieplenia), że radykalne upraszczanie stało się strategią obronną przed fragmentaryzacją wiedzy? A może emocje polaryzacyjne działają już tak mocno, że jedynie proste i jednocześnie radykalne recepty potrafią dostarczyć dopaminowego zastrzyku?
Tak czy inaczej, tłumaczenie świata uproszczonymi wizjami, które mają go naprawić, stało się dość powszechne. I co najważniejsze, część z nich działa – przynajmniej w tym sensie, że osiąga zamierzone skutki. Bez względu na to, czy nam (na przykład na lewicy) się to podoba (jak w przypadku 500+, traktowanego jako zamaskowany socjal napędzający popyt wewnętrzny), czy niekoniecznie (jak działania przy białoruskiej granicy, które powstrzymują napływ imigrantów).
Jak spełnia się niewyobrażalne
Dzięki populizmowi coś, co jeszcze niedawno wydawało się nie do ruszenia, dziś się rusza, a nawet jest przestawiane. Czy ktoś kilka lat temu serio rozważałby, że polski parlament niemal jednogłośnie (przy sprzeciwie zaledwie 12 posłów) i z poparciem prezydenta przegłosuje komunistyczne w założeniu ustalanie górnych cen paliwa? Że władza będzie ustalała maksymalne ceny rynkowe na stacjach, z pominięciem zysków akcjonariuszy? Przecież jeszcze kilka lat temu byłoby to porównywalne do Kołymy, Stalina i sam jeden Marks wie, do czego jeszcze.
Czy ktoś wierzył, że pijanym kierowcom można konfiskować auta za jazdę po pijanemu, a więc nie dawać mandatu, ale pozbawiać ich tych wszystkich BMW albo ich równowartości? Przecież jeszcze niedawno to był taki populizm i skok na własność prywatną, że tylko komuniści biliby brawo. A wsadzanie do więzienia za lekceważenie zakazu prowadzenia auta? Kiedyś nie do pomyślenia.
Czy ktoś wierzył w podatek bankowy albo wakacje kredytowe? Ba, czy ktoś wierzył (to już sądy, a nie legislacja), że umowy kredytów frankowych będą masowo umarzane i nagle mało kto będzie się przejmował tym, iż rzekomo banki do tego upadną? Czy ktoś wierzył, że władza ot tak zacznie rezygnować z aresztów wydobywczych, które tak bardzo ułatwiają jej pracę?
Nagle jednak okazuje się, że pojawia się ustawa i mimo weta prezydenta ma zaraz wejść nowy projekt, który te areszty wykluczy. Być może wreszcie będzie można także posiadać na własny użytek niewielkie ilości marihuany, bo i taki projekt ustawy pojawił się w Sejmie – i mam wrażenie, że ma szansę na uchwalenie.
Udało się z bankami, pora na deweloperów
Wszystkie powyższe sprawy przez lata były nie do ruszenia. Tymczasem ogromne napięcie polaryzacyjne i walka na żyletki między głównymi obozami, odbywająca się w atmosferze ludowej niechęci do elit, sprawia, iż partie przestały się brzydzić populistycznymi rozwiązaniami. Mamy do czynienia wręcz z festiwalem przymilania się do ludu i przechwalania się, który z liderów jest bardziej populistyczny w tych rozwiązaniach.
Teoretycznie mogłoby się to wydawać mocną siłą emancypacyjną. Tyle że ów rys populistyczny, czyli stosowanie uproszczonych rozwiązań, zwykle ma na celu dopieszczanie prawicowych wyborców. Nawet jeśli to rozwiązania ściśle lewicowe, jak w przypadku cen maksymalnych.
Dlatego można spokojnie hamować ceny benzyny, co miesięcznie kosztuje budżet ponad 1,5 mld zł, ale nie można utrzymywać porodówek, gdzie 45 zlikwidowanych kosztuje 360 mln rocznie. Dlatego można zabierać auta pijanym kierowcom, bo gniew prawicowych wyborców jest tu autentyczny, ale nie można (póki co) docisnąć landlordów podatkiem katastralnym. Dlatego można lamentować nad losem kiboli, którym odmawia się praw, ale już nie nad losem par LGBT albo uchodźców. Dlatego można pompować lokalne miliony w stadiony sportowe, ale już nie w budownictwo komunalne.
Rys populistyczny skierowany jest dziś w Polsce w kierunku bardzo określonej grupy zagniewanego, prawicowego ludu. A postulaty lewicowe zostają spełnione tylko wówczas, gdy pokrywają się z pragnieniami strony przeciwnej. Gdy jest odwrotnie, bez problemu zamyka się przejście na granicy z Niemcami, wypycha się ludzi na bagna i zawiesza prawo do azylu.
W pewnym sensie ma się wrażenie, że te 90 proc. polskich partii po prostu ogląda Kanał Zero i próbuje odgadnąć, co może się spodobać widzom tej stacji. Lewica co najwyżej pełni tu rolę statystów, względnie tych, którzy czasami przerzucą ów gniew na lewicowe, populistyczne tory. Nie ma się jednak co obrażać. Raczej – przy obecnej słabości lewicy – po prostu szukać z prawicowym ludem punktów stycznych, które na fali wiralowego oburzenia poruszą nam unieruchomionym kapitalistycznym imposybilizmem. W końcu skoro udało się bankami, to może uda się i z deweloperami.



![Piotr Wójcik "Trumponomika [o ekonomii Donalda Trumpa]"](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2022/12/plomienie_trumponomika-okladka-171x267.jpg)

![Utracony kompas [o europejskiej lewicy]](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2026/03/plomienie_utracony_kompas-171x267.jpg)




Komentarze
Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.