Steven Spielberg nie wspomina pracy nad Listą Schindlera jako okresu wyjątkowo radosnego. Amerykański reżyser, kręcąc między innymi w Krakowie i Oświęcimiu, „dostał w twarz” od całego swojego życia, przypominając sobie historie dziadków na temat Zagłady i nieustannie płacząc. Rzeczami, które pomogły mu dokończyć film i nie zwariować, miały okazać się telefony do Robina Williamsa oraz taśmy VHS z odcinkami emitowanego wówczas po raz pierwszy serialu Seinfeld.
Twórcy tego serialu, który dwuzdaniowe anegdoty i spostrzeżenia rozwijał dzięki pracy najzdolniejszych autorów Ameryki w dwudziestominutowe, gęste od detali arcydzieła komedii, skwapliwie wykorzystali nadarzającą się okazję i w jednym z kolejnych sezonów wpletli do odcinka opowieść o parze, która przez niemożność uprawiania seksu w wyjątkowo okupowanych przez rodziców mieszkaniach zmuszona jest do poszukiwania odrobiny prywatności na sali kinowej. A to, że przy okazji pada właśnie na Listę Schindlera, nie może przypaść do gustu rodzinie nowojorskich Żydów.
Uznawany za najlepszy sitcom wszech czasów Seinfeld roi się od takich autotematycznych żartów. Cały czwarty sezon kręci się wokół pracy dwóch z czwórki głównych bohaterów nad serialem – co otwiera twórcom możliwość opowiedzenia o własnych początkach, przebijaniu się przez struktury amerykańskiej telewizji na przełomie lat 80. i 90. i długie zabieganie o uwagę i uznanie publiczności.
Ale gdy w polskiej telewizji szczęśliwym zbiegiem okoliczności Totartowcy mogli robić Lalamido, a nawet w Rosji otwierano się na dziwactwa opisane przez Daniela Muzyczuka w Zmierzchu magów, sitcom dla NBC był czymś zgoła odmiennym – choć również ocierającym się, przynajmniej na początku, o (nowojorski) underground.
Z Manhattan Plaza do Rockefeller Center
Wśród byłych mieszkańców ukończonego w 1977 roku kompleksu socjalnego Manhattan Plaza, w 70 proc. przeznaczonego dla osób wykonujących zawody artystyczne o niskich dochodach, znajdziemy nazwiska, które później weszły do światowej ekstraklasy – od filmu, teatru i jazzu po literaturę. Al Pacino, Charles Mingus, Timothée Chalamet, Alicia Keys, Tennessee Williams, Mickey Rourke – podobnych darmozjadów, utrzymywanych za pieniądze podatnika w sercu kapitalistyczno-trumpowskiego Nowego Jorku, jest na tyle dużo, że mogliby wywrócić świat protestujących przed aktualnymi pomysłami na ułatwienie życia polskim artystom do góry nogami.
Na początku lat 80. mieszkał tu też Larry David, późniejszy twórca Seinfelda i Pohamuj entuzjazm. Oba seriale trudno uznać za kino zaangażowane społecznie, choć warto zauważyć, że w porównaniu z późniejszymi naśladowcami, takimi jak Przyjaciele, kwestia mieszkań, które nie spadają z nieba, zajmuje w nich sporo czasu antenowego. Ale inspiracje z Manhattan Plaza, które David przeniesie na ekran we współpracy z Jerrym Seinfeldem i obiecującymi scenarzystami, nie ograniczają się do walki o przetrwanie w Nowym Jorku, który nie zdążył jeszcze rozwinąć się znacząco w stosunku do tego pokazanego w Taksówkarzu Martina Scorsese.
Świat Seinfelda zaludniają postaci, które David, „komik komików”, przyjaźniący się z o kilka lat młodszymi standuperami – takimi jak Jerry Seinfeld – spotkał na swojej drodze, żyjąc pod jednym dachem z nowojorskimi oryginałami i walcząc o choćby marginalne posady w „pokojach scenarzystów” przy late night shows. Wielu z nich posłuży za kanwę charakterologicznego patchworku, w którym osobiste doświadczenia Davida (jak związek z Monicą Benes, córką wybitnego i na wiele lat zapomnianego pisarza Richarda Yatesa) zostaną przefiltrowane przez rekrutowany nieustannie na nowo, z sezonu na sezon, zespół scenarzystów, złożony z nieudanych dziennikarzy, początkujących felietonistów i odrzucanych w innych miejscach komiczek.
Żadnych przytulanek i wyciągania wniosków
Między innymi za sprawą żartu z czwartego sezonu do serialu przylgnęła łatka „serialu o niczym”, której ci szczerze nienawidzą. Choć jako hasło (anty)reklamowe ta kategoria jest dość nieprecyzyjna, to oddaje metodę pomysłodawców, która powstała w koreańskim barze podczas jednej z typowych, meandrujących, wielowątkowych i czasem pozbawionych większego sensu rozmów Davida i Seinfelda – pracoholika spędzającego cały rok na szlifowaniu programu w nowojorskich klubach komediowych. Bohaterowie serialu gadają zatem o randkach, związkach, seksie i wszystkich tych rzeczach, które na końcu sprawiają, że większość ludzi do siebie nie pasuje, ba – nie powinna nawet spędzać ze sobą wolnego czasu.
Budując całość wokół postaci Seinfelda-komika, będącego alter ego samego Jerry’ego Seinfelda, twórcy serialu podrzucili pomysł na „obserwacyjny humor” dziesiątkom naśladowców, w tym tak istotnych, jak Louis C.K (Louie). Wśród scenariuszowych pryncypiów bodaj najważniejszym okazała się zasada „no hugging, no learning” (żadnego przytulania, żadnego uczenia się [na błędach]) – bohaterowie mimo licznych romansów nie kończą w stabilnych związkach, żyjąc długo i szczęśliwie.
Nawet Jerry i Elaine, para głównych bohaterów, mimo relacji w przeszłości wracają do siebie tylko w jednym odcinku, wrzuconym zresztą w środek sezonu, po którym wątek nigdy nie jest kontynuowany. Co różni Seinfelda od późniejszych family friendly kontynuatorów, takich jak Przyjaciele czy Jak poznałem waszą matkę. Ale poza brakiem szczęśliwego finału – za to z takim, który dożywotnio podzielił widzów na zwolenników i przeciwników moralizatorskiej pseudopuenty – dostaniemy w serialu pełny przekrój najbardziej palących współczesnych tematów: seksu w wielkim mieście, kupowania nowych ciuchów i płyt, wychodzenia na miasto z przyjaciółmi i oglądania filmów.
Od czasu, gdy po raz pierwszy obejrzałem wszystkie 180 odcinków, wracałem do serialu kilkukrotnie i regularnie, doczytując świetną książkę Seinfeldia (z podtytułem Jak serial o niczym zmienił wszystko) Jennifer Keishin Armstrong, wywiady z twórcami czy nawet bardziej akademickie eseje. Za każdym razem miałem wrażenie, że z zagęszczenia kilku osobnych mikrofabuł przypadających na każdy odcinek wyciągam coś nowego: żart słowny, sytuacyjny albo „powracający”. Nie wspominając już o sytuacjach dnia codziennego, które można skomentować frazą „jest o tym odcinek Seinfelda”, takich jak hierarchia dni tygodnia na randkę, rozmowy podczas czekania na stolik w restauracji, przyłapanie na masturbacji przez rodzica czy lęk o własne finanse związany z przypuszczeniem, że nasz księgowy jest nałogowym kokainistą.
Jestem po prostu idiotą z Brooklynu
Prace nad ostatnim sezonem Pohamuj entuzjazm, drugiego wielkiego i zasługującego na osobny artykuł serialu Larry’ego Davida, musiały być prowadzone w dosyć elegijnej atmosferze – Richard Lewis, przyjaciel Davida regularnie powracający w serialu, zmarł niedługo po jego premierze. Wcześniej odchodzili też inni aktorzy, jak wcielający się w rolę Marty’ego Funkhousera Bob Einstein. Jako zabezpieczony finansowo, dobiegający osiemdziesiątki „late bloomer”, w XXI wieku to David narzucał stacji HBO swoje warunki – inaczej niż w przypadku autotematycznej opowieści o trudnej współpracy z NBC znanej z Seinfelda.
Ten anarchistyczny, zblazowany punkt wyjścia sprawił, że przez ćwierć wieku od emisji pierwszego odcinka doczekaliśmy się 12 sezonów serialu, a najdłuższa przerwa między nimi trwała aż 6 lat. Pohamuj entuzjazm w dużej mierze opiera się na improwizacjach, będących nadbudową do napisanej przez Davida osi fabularnej. O ile w Seinfeldzie odpowiednik Davida, George Costanza, jest„tylko” kluczowym elementem w misternie skonstruowanej układance i częścią „chemii” zachodzącej między odtwórcami głównych ról, wśród których jest Julia Louis Dreyfus, najbardziej utytułowana aktorka komediowa wszech czasów, o tyle w drugim z seriali społeczna niezręczność Davida gra pierwsze skrzypce – ale trudno o bardziej odległy od oryginału „spin off”.
W twórczości Davida – czyli w obu serialach – znajdziemy wiele nawiązań do literatury czy uwielbianych przez tego autora broadwayowskich musicali. Literaturoznawczyni Roberta Rosenberg pisała o nich w kategoriach „mrocznego Talmudu” albo „Kafki w prime time”. Przez oba seriale przewijają się nawiązania do czasem zapomnianych wydarzeń albo artystów, jak choćby wzmianka o odkurzonym niedawno także w Polsce Johnie Cheeverze (Czarne wydało niedawno jego zbiór opowiadań Wizja świata) czy wspomnianym już Richardzie Yatesie.
To jednak nie znaczy, że Seinfeld i Pohamuj entuzjazm najbardziej spodobają się przemądrzałym, liberalnym światopoglądowo studentom kierunków humanistycznych. Przeciwnie, mimo politycznych deklaracji – krytyki Billa Mahera za kolację z Trumpem i porównanie amerykańskiego prezydenta do Hitlera czy fizycznego podobieństwa do Berniego Sandersa, wykorzystanego w kilku skeczach – a także wykształcenia historycznego i gigantycznej wiedzy na temat komedii z drugiej połowy XX wieku, gdy na jednym ze spotkań po ostatnim odcinku Pohamuj entuzjazm prowadzący odczytał analizę seriali Davida przygotowaną przez sztuczną inteligencję, ten odpowiedział: „Nic z tego nie rozumiem. Nie jestem intelektualistą, tylko idiotą z Brooklynu”. Pytany zaś o to, dlaczego jego seriale po takim czasie stale goszczą na antenie, odpowiedział najcelniej: „Bo są śmieszne”.
Seriale, które musicie zobaczyć przed śmiercią
Od kiedy zacząłem bywać w internecie, na forach społecznościowych, na platformach i w rozmowach powraca prośba o polecenie jakiegoś dobrego serialu komediowego. Czasami aż przykro patrzeć, jak osoby poszukujące komfortowej, poprawiającej samopoczucie rozrywki odbijają się od odwiecznych dylematów: The Office amerykańskie, brytyjskie czy polskie? Czy Figurantka „zaraz się rozkręci”? Jaką wiedzą o świecie powinienem dysponować, by dobrze bawić się na Sillicon Valley? A może lepiej wrócić do Miodowych lat i Świata według Kiepskich?
Seinfeld jest najlepszą odpowiedzią na te wszystkie pytania. Niezależnie od zapowiedzianego programu specjalnego z okazji 250. urodzin Stanów Zjednoczonych, przygotowanego we współpracy z firmą producencką Baracka i Michelle Obamów, młodszy o niespełna rok od Donalda Trumpa Larry David nie stworzy już więcej dzieł tak bogatych w wątki, spełnionych, zarazem wchodzących w dialog z telewizyjną historią, jak i wyznaczających nowe kierunki, rozciągnięte w czasie emisji na cały okres po końcu historii. Obawiam się jednak, że najlepszą okazją dla mediów, by ponownie docenić ich wielkość, będą nekrologii „idioty z Brooklynu”. Nie przegapcie możliwości, by wdzięczność za nie poczuć odpowiednio wcześniej.










Komentarze
Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.