Wojna z Iranem, która rozpoczęła się w sobotę 28 lutego, bywa porównywana do ataku administracji George’a W. Busha na Irak w 2003 roku. Są jednak dwie istotne różnice. Po pierwsze, przynajmniej na razie wojna z Iranem ogranicza się do ataków z powietrza; Trump wyraźnie nie chce wysłać wojsk do Iranu – choć nie wyklucza takiej możliwości – ani zobowiązać się do jego długotrwałej okupacji.
Po drugie, Bush uzyskał zgodę na użycie siły wobec Iraku od Kongresu, czego wymaga amerykańska konstytucja – Trump tymczasem prowadzi swoje działania w Iranie z całkowitym pominięciem tego ciała. Nie można wykluczyć, że wśród różnych powodów, jakie skłoniły prezydenta do ataku, była też chęć zademonstrowania Ameryce, że może to zrobić, nie pytając nikogo o zdanie.
Operacja w Iranie wpisuje się bowiem w model monarchicznej, „imperialnej” prezydentury Trumpa, wykorzystującej wszystkie prawne i polityczne narzędzia do skupienia jak największej władzy w rękach prezydenta i zmarginalizowania wszelkich instytucji pełniących wobec niej funkcje ograniczające i kontrolne – od Kongresu po media i instytucje społeczeństwa obywatelskiego.
Gdy prezydent nie troszczy się nawet o „urabianie zgody”
Dlaczego zgoda Kongresu jest właściwie w ogóle ważna w przypadku wojny? Po pierwsze, z przyczyn prawnych, po drugie – politycznych. Można mieć bowiem wątpliwości czy to, co Trump robi właśnie w Iranie, jest w ogóle zgodne z amerykańskim prawem.
Amerykańska konstytucja wyraźnie stanowi, że prawo do wypowiadania wojny należy do Kongresu. Z drugiej strony prezydent, jako najwyższy dowódca sił zbrojnych, ma prawo ich użyć także poza granicami kraju, by odpierać bezpośrednie zagrożenia, gdy wynika to z międzynarodowych traktatów albo gdy wojskowe operacje toczą się poniżej progu pełnej wojny.
Administracja Trumpa próbuje przedstawić swoje działania w Iranie jako „specjalną operację wojskową” odpowiadającą na zagrożenie ze strony reżimu ajatollahów. Część komentatorów i prawników nie kupuje tych argumentów i mówi: ludzie, nie ma co się oszukiwać, to co widzimy w Iranie, to przecież po prostu wojna, a Trump wplątał w nią Stany, łamiąc najświętsze amerykańskie prawo. Argumenty, że Trump de facto samowolnie wypowiedział wojnę, łamiąc w ten sposób konstytucję, podnoszą nie tylko przedstawiciele amerykańskiej lewicy, ale też libertariański Cato Institute.
Równie ważny co kontekst prawny jest ten polityczny. Prosząc Kongres o zgodę na użycie siły za granicą, administracja musiałaby przedstawić spójne argumenty na rzecz konieczności takiego ruchu. Wszystkie one zostałyby przedyskutowane nie tylko na forum Kongresu, ale też innych instytucji, w ramach których kształtuje się opinia publiczna. Decyzja podjęta po takiej dyskusji miałaby o wiele mocniejszą legitymację niż jednostronna decyzja prezydenta.
Oczywiście, można cały ten proces zbyć, stwierdzając, że to wszystko tylko „urabianie zgody”. Jakich zastrzeżeń nie można by jednak mieć do takiego procesu, to sytuacja, gdy prezydent uznaje, że nie musi nawet wysilać się, by „urabiać zgodę” opinii publicznej dla swoich działań grożących długotrwałą wojną, której skutki mogą być odczuwalne daleko poza granicami regionu, jest znacznie bardziej niebezpieczna. Zwłaszcza gdy mamy do czynienia z tak nieobliczalnym prezydentem jak Trump.
W próżni odpowiedzialności
Trump nie jest oczywiście pierwszym amerykańskim prezydentem, który używa amerykańskiej siły poza granicami Stanów, interpretując przepisy w wygodny dla siebie sposób. Truman nie pytał Kongresu o zgodę na wysłanie wojsk do Korei, uzasadniając to tym, że amerykańska armia wykonywała tam po prostu postanowienia Rady Bezpieczeństwa ONZ. Także Clinton wysłał wojska do Bośni jako cześć sił pokojowych ONZ, nie pytając Kongresu o zgodę. Gdy Barack Obama bez autoryzacji Kongresu zaangażował się w bombardowania Libii, jego administracja twierdziła wtedy, że zaangażowanie USA w konflikt nie wyczerpuje jeszcze znamion wojny, gdyż nie stwarza zagrożenia życia dla amerykańskich żołnierzy, zatem prezydent może mógł podjąć decyzję samodzielnie.
Jak w połowie zeszłego roku na łamach „Foreign Affairs” pisała amerykańska politolożka Elizabeth N. Saunders: Trump ze swoją koncepcją imperialnej prezydentury nie wziął się znikąd. Obecny prezydent nie byłby się w stanie zachowywać na arenie międzynarodowej w sposób, w jaki się zachowuje, gdyby koncentracja władzy w rękach prezydenta postępująca przez ostatnie ćwierć wieku po atakach z 11 września 2001. Zdaniem Saunders proces ten wytworzył „próżnię odpowiedzialności” (accountability vacuum), dzięki której urząd prezydenta funkcjonuje poza jakąkolwiek realną polityczną i prawną kontrolą, zwłaszcza w obszarze bezpieczeństwa i polityki zagranicznej.
Zagrożenie, jakie ta próżnia stwarza, tak naprawdę nie zmaterializowało się do końca w pierwszej kadencji Trumpa. W latach 2017–21 Trump tak naprawdę uczył się dopiero prezydentury i był otoczony osobami, które potrafiły mu powiedzieć „nie” i hamować jego najbardziej destrukcyjne impulsy.
W drugiej te bariery zniknęły, Trump poza jakąkolwiek kontrolą Kongresu zaczął demolować amerykańskie sojusze i wysadzać w powietrze reputację i soft power Stanów. W drugim roku prezydentury ten proces tylko się zaostrzył. Mamy dopiero marzec, a Trump bez pytania Kongresu o zdanie zaatakował już dwa państwa – Wenezuelę i Iran – oraz wywołał bezprecedensowy kryzys w relacjach z europejską flanką NATO, domagając się od Danii przekazania Stanom Grenlandii.
Towarzyszyły temu działania w polityce wewnętrznej mające maksymalnie skoncentrować władzę prezydenta w każdym możliwym obszarze. Nie tylko kosztem Kongresu, ale też niezależnej służby cywilnej; prezydent wyraźnie próbuje też narzucić swoją wolę władzom stanowym – np. terroryzując Minnesotę przy pomocy ICE – mediom, uniwersytetom i innym instytucjom społeczeństwa obywatelskiego.
Na Iranie może się nie skończyć
Temu wszystkiemu towarzyszy daleko posunięta bierność Kongresu. Demokraci, straumatyzowani po klęsce z listopada 2024 roku, przez długi czas nie potrafili zdecydować, jaką właściwie zamierzają być opozycją. Republikanie w Kongresie poza kilka wyjątkami niemal całkowicie abdykowali ze swoich kontrolnych funkcji wobec administracji, przekonani, że jeśli wystąpią przeciw Trumpowi, aktyw MAGA pożre ich w najbliższych prawyborach.
Na postawie War Power Resolution z 1973 roku Kongres może teoretycznie przegłosować zakończenie działań wojennych w Iranie albo wyznaczyć prezydentowi ich limit czasowy. Jeszcze przed rozpoczęciem wojny o przegłosowanie rezolucji wykluczającej użycie siły wobec Iranu zabiegali deputowani do Izby Reprezentantów Ro Khanna i Thomas Massie. Głosowanie w tej sprawie ma się odbyć w tym tygodniu i nic nie wskazuje, by rezolucja zdobyła konieczną większość. Nie tylko republikanie stoją w większości za prezydentem, ale też wielu demokratów ma wątpliwości, czy w sytuacji, gdy toczą się walki, a Iran zabija Amerykanów, Kongres faktycznie powinien ograniczać prezydentowi możliwości adekwatnego reagowania.
Problem w tym, że jeśli Kongres nie zaciągnie hamulca, to Stany może czekać wciągnięcie w długotrwały konflikt, destabilizujący jeszcze bardziej strategiczny jakby nie było region.
Jeśli z kolei Trump będzie w stanie szybko zakończyć wojnę w sposób pozwalający mu ogłosić sukces, to jeszcze bardziej zmarginalizuje to Kongres i wzmocni imperialny charakter tej prezydentury – zarówno w wymiarze wewnętrznym, jak i zewnętrznym. W obu wymiarach może to mieć fatalne skutki. Nie sposób nawet wykluczyć kolejnej wojny – coraz więcej sygnałów wskazuje przecież, że administracja myśli też o siłowej zmianie reżimu na Kubie.










Komentarze
Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.