Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Przekaż Przekaż

OPiS Dei: co łączy Karola Nawrockiego i papieża Jana Pawła II?

Dopóki najważniejsi politycy posyłają swoje dzieci do szkół Opus Dei, państwo będzie bezradne wobec katolickiej ośmiornicy. Możemy tylko liczyć, że związki osób publicznych z religijną ekstremą nie będą osłaniane mgłą tajemnicy do końca świata i jeden dzień dłużej.

ObserwujObserwujesz
Karol Nawrocki, Jan Paweł II, Josemaría Escrivá i szpieg z Krainy Deszczowców na tle flagi Watykanu
Walka

Gdy rok temu Karol Nawrocki zaczął odwracać niefortunną kartę losu i odzyskiwać straty do lidera wyścigu o fotel prezydencki, wspominało się czasem o miłym dla kandydata PiS zbiegu okoliczności: pierwsza tura wyborów przypadała na 18 maja, a więc dokładnie na dzień urodzin Jana Pawła II. Późniejsze doniesienia medialne o znajomościach, fuchach i kawalerkach kandydata nieco uciszyły snucie analogii między dwoma wielkimi polskimi Karolami, choć może nieco niesłusznie.

Przypomina o tym książka Garetha Gore’a Opus Dei: Brudne pieniądze, handel ludźmi i skrajnie prawicowa organizacja kościelna, która w polskim przekładzie ukaże się w marcu.

Czytaj także Ordo Iuris wyjaśni ludziom Trumpa, jak doprowadzić Europę do upadku Łukasz Łachecki

Nieznany szerzej konserwatysta z odległych, północnych prowincji, dobrze czujący się w otoczeniu faszyzujących radykałów, ale w swojej niechęci dla współczesności zbyt radykalny nawet dla własnego otoczenia, ku zaskoczeniu wszystkich pokonuje faworytów walczących o tytuł głowy państwa, a będąc pozbawionym realnego zaplecza, przekazuje coraz więcej władzy tym, którzy uwierzyli w niego, gdy wszyscy inni wątpili – to opis, który pasuje zarówno do Wojtyły, jak i Nawrockiego.

W przypadku Wojtyły tymi, którzy uwierzyli, byli właśnie przedstawiciele Opus Dei – konserwatywnej organizacji katolickiej, której początki przypadają na okres rządów generała Franco w Hiszpanii – do której i Karol Nawrocki żywi wiele ciepłych uczuć.

Wszystkie drogi prowadzą do Rzymu

Powodem, dla których zbliżone sympatie prezydenta i papieża często umykają radarom opinii publicznej, jest charakter działalności bliskiego obu Karolom Opus Dei – czyli zakulisowe, niejawne wpływanie na politykę za pośrednictwem instytucji kulturalnych i mediów oraz stworzonej na własne potrzeby bankowej ośmiornicy, która pozwala na finansowanie działalności „prałatury osobistej”.

Metoda na tajemniczego don Pedro siłą rzeczy spowija organizację w teorie spiskowe o różnym stopniu prawdopodobieństwa. Faktem jest jednak, że wybór Wojtyły, od czasów Soboru Watykańskiego II utrzymującego dobre relacje z długoletnim prałatem Opus Dei Álvarem del Portillo, był dla organizacji niczym manna z nieba. Zresztą sam prałat pojawił się w Polsce trzy miesiące po pierwszej pielgrzymce papieża do ojczyzny, modląc się na Jasnej Górze o rychłe rozwiązanie swojej kwestii, które nastąpiło w 1982 roku.

Gdy po raz pierwszy pisałem o niejasnych relacjach między polskimi politykami z bardzo odmiennych partii a Opus Dei, Karol Nawrocki nie mógł znaleźć się na liście najbardziej znaczących nazwisk, które można łączyć z organizacją. Gdy weźmiemy pod uwagę fakt, że według ustaleń „Rzeczpospolitej” w biznesowej szkole Opus Dei tylko w 2017 roku uczyło się 60 kluczowych urzędników państwa polskiego, w tym 10 wiceministrów, nie dziwi, że Nawrocki, pracujący wówczas nad wydanym pod pseudonimem debiutem książkowym o „Nikosiu”, nie przykuwał uwagi mediów.

Co nie znaczy, że tych powiązań nie ma. Weźmy choćby zorganizowaną przez IPN w Muzeum Niepodległości wystawę Droga i dziedzictwo. Dzieje rodziny Moszoro, którą w rozmowie z „Gazetą Wyborczą” wypomniał Nawrockiemu Bartosz Machalica, od 2023 roku członek Kolegium IPN, a od niedawna (by dodać smaczku ostatnim napięciom na linii Nawrocki–Czarzasty) również szef gabinetu Marszałka Sejmu.

„Zaskakuje mnie aktywność pana prezesa na arenie międzynarodowej. W ubiegłym roku odwiedził Argentynę, rzecz jasna poleciał tam na tydzień za publiczne pieniądze w ramach oficjalnej delegacji. Gdy relacjonował tę wizytę podkreślał, że został tam przyjęty z honorami bliskimi głowie państwa. Efektem […] jest wystawa w Muzeum Niepodległości poświęcona rodzinie Moszoro, której jeden z członków jest wikariuszem regionalnym Prałatury Opus Dei w Polsce i miał kluczowe zasługi dla rozwoju struktur tej instytucji w Polsce” – mówił Machalica Arkadiuszowi Gruszczyńskiemu w lutym 2025 roku.

Czytaj także Państwo pod wezwaniem. Kto w Polsce może rozliczać członków Opus Dei? Łukasz Łachecki

Wzmiankowanym wikariuszem był cytowany także przeze mnie Stefan Moszoro-Dąbrowski, który wbrew wszelkim zasadom rządzącym Opus Dei miał przyznać Piotrowi Głuchowskiemu, kto należy, a kto nie należy do organizacji. Wyznań dyrektora regionalnego w związku z sekretnym modus operandi organizacji nie powinniśmy brać na wiarę, na szczęście wielu wtajemniczonych polskich polityków też lubi czasem chlapnąć językiem – w końcu inspirację do mojego artykułu dał Paweł Szrot z PiS, pytający Opus Dei w mediach społecznościowych, czy ich wewnętrzne przepisy regulują sytuację, w której niższy stopniem supernumerariusz (Roman Giertych) wsadza za kraty numerariusza (Marcina Romanowskiego).

Na inne powiązanie klanu Nawrockich z Opus Dei wskazał niestrudzony detektyw takich zaskakujących powiązań, Tomasz Piątek. Co prawda, gdy w rozmowie z Gońcem Piątek przypomina wypowiedź założyciela Opus Dei Josemarii Escrivy z lat 30. o tym, że „jeszcze przyjdzie nam błogosławić wojnę”, prawdopodobnie myli wojnę Hitlera z wojną domową w Hiszpanii, która miała przynieść Opus Dei wiele korzyści – jednak inne ustalenia popularnego dziennikarza przynoszą dużo ciekawych informacji.

Jak choćby tę, że prezydent Nawrocki wręczył synowi Danielowi książkę Escrivy Droga, czyli zestaw coachingowo-katolickich frazesów, którymi kierują się członkowie organizacji, a sam Escvriva był patronem młodego Nawrockiego na bierzmowaniu. Tego akurat trudno się wyprzeć – Escvriva początkowo nosił imiona Jose Maria i był też pionierem łączenia popularnych imion w jednego nowatorskiego Józefamarię. I choć każdy katolik może bierzmować się pod dowolnymi sztandarami, dlaczego właściwie spośród tysięcy wzbudzających kontrowersje znakomitości padło akurat na człowieka, który ma sporo za uszami, choćby jeśli chodzi o stosunek do pracujących dla organizacji kobiet?

Czytaj także Sprawa Romanowskiego: kto by tam wierzył w praworządność? Katarzyna Przyborska

Koniec ery „cool” w Prawie i Sprawiedliwości

Zostawmy jednak na boku Nawrockiego i jego niewyjaśnioną sympatię dla hiszpańskiego ojca Rydzyka, którego działalność budziła opór nawet wśród członków faszystowskiej Falangi, a przyjrzyjmy się trwającej w PiS walce o sukcesję po tracącym wpływy Jarosławie Kaczyńskim.

Tuż przed weekendem politycy PiS ku uciesze obserwatorów i przeciwników politycznych odpalili kolejny odcinek serialu o wewnętrznych sporach, który wcześniej recenzował na naszych łamach m.in. Piotr Wójcik. Tym razem Sebastian Kaleta zaatakował nestora PiS i krakowskiej bohemy Ryszarda Terleckiego, co pociągnęło za sobą konfrontacyjne wypowiedzi sympatyków obu frakcji – czyli ultrakatolickich „maślarzy” Czarnka i Jakiego oraz „harcerzy” Morawieckiego.

Brutalną kłótnię najzabawniej podsumował Joachim Brudziński, pisząc na X: „Mamy jasno postawione zadania przez PJK, objazd kraju ,rozmowy z Polakimi i ciężka praca, z tego będą nas rozliczać wyborcy a nie z tego która frakcja jest bardziej »cool«” (pisownia oryginalna). To bardzo mocny sygnał, że w PiS kończy się era bycia cool – chyba cała Polska ucieszyła się na myśl o tym, że dla pisowców chociaż na chwilę priorytetem nie będzie bycie tak fajnymi jak dotychczas.

Coraz więcej jednak wskazuje na to, że 2026 rok będzie w łonie partii okresem bezwzględnego pojedynku, który określi stan PiS przed wyborami jesienią 2027. Trudno przy tym ukrywać, że drogi znacznej części frakcji maślarzy – na czele z inicjującym zadymę Kaletą, poszukiwanym Romanowskim czy Patrykiem Jakim – z instytucjami Opus Dei przecinały się regularnie, można więc zakładać, że spór odbywa się na osi nie tylko altrightowej i technokratycznej, a antyeuropejskiej i walczącej ze „świńskimi filmami” linii partyjnej Czarnka i Suwerennej Polski oraz mniej dogmatycznej wizji ekipy Morawieckiego.

Czytaj także Fundusz Sprawiedliwości – zemsta marionetek? Katarzyna Przyborska

Za hajs z Funduszu Sprawiedliwości baluj

Trwa proces ks. Michała Olszewskiego, oskarżonego o kierowanie grupą przestępczą, pranie pieniędzy i nadużywanie uprawnień przy rozdysponowaniu 100 mln złotych, które jego Fundacja Profeto otrzymała od rządu Zjednoczonej Prawicy w ramach Funduszu Sprawiedliwości. Na szczęście Stanowskie, Sakiewicze, Karnowskie i inni obrońcy prawicowych interesów rzucili się do wzruszającej obrony księdza i trudnych warunków, z jakimi musiał się mierzyć po aresztowaniu – co potwierdził zresztą Rzecznik Praw Obywatelskich – dlatego niżej podpisany może zająć się mniej dramatycznymi aspektami sprawy.

A tych nie brakuje. Olszewski miał wszak zastąpić ojca Rydzyka w roli naganiacza politycznie zmobilizowanych owieczek, podczas gdy starzejący się oryginał staje w obliczu powolnego wymierania własnego elektoratu i prześladowań przez prokuraturę Waldemara Żurka za możliwe wały przy okazji budowania Muzeum Pamięć i Tożsamość im. Jana Pawła II. Zaledwie rok starszy od Karola Nawrockiego Olszewski wydawał się świetnym wyborem – handlował skarpetkami niczym firma NowRocky, miał własny podcast – nic więc dziwnego, że jego potencjalne wysypanie się na wspólników politycy Zjednoczonej Prawicy przeżywają jak przysłowiowa mrówka okres.

Nie należy oczywiście mieć żadnych złudzeń co do tego, że polska prokuratura w dającej się przewidzieć przyszłości pójdzie tropem nasuwających się pytań o to, jaki wpływ na związek Olszewskiego, przedstawiciela sercanów czarnych, z rozdającym pieniądze z Funduszu Sprawiedliwości Marcinem Romanowskim, wysoko postawionym funkcjonariuszem Opus Dei umieszczonym przez Zbigniewa Ziobrę w sercu machiny państwowej, miała realizacja interesów organizacji w Polsce. Czy opusdeiowiec Romanowski przelał 100 baniek sercaninowi Olszewskiemu, bo frakcje religijne żyją w większej komitywie niż walczący na noże politycy prawicy?

Czytaj także Prawo, sprawiedliwość i inni wielcy nieobecni Łukasz Łachecki

Pamiętajmy, że jedyna umowa o posłuszeństwie w ramach Opus Dei – środowiska o silnych, wewnętrznych więziach lojalnościowych – zawierana jest ustnie, a jej fundacje i stowarzyszenia formalnie należą do ludzi, których powiązań z organizacją ze świecą szukać w księgach wieczystych i innych dokumentach. Jej wpływ jest raczej efektem długotrwałej formacji, osobistych relacji i wspólnoty światopoglądowej niż możliwych do prześledzenia dowodów. Tego rodzaju oddziaływanie trudno zmierzyć, ale nie sposób go ignorować. Mimo to nie spodziewajmy się, że państwo weźmie na siebie ciężar rozwiązywania tego niezwykłego węzła gore’dyjskiego, skoro ma problem z wsadzeniem do więzienia Adama Andruszkiewicza, któremu zarzuca fałszowanie podpisów 12 lat temu.

Prześledzenie tych związków nie będzie też możliwe, dopóki najważniejsi politycy większości polskich partii posyłają do szkół Opus Dei swoje dzieci, a wszelkie pytania o przynależność do Dzieła zbywają oburzeniem, milczeniem bądź kluczeniem. Przyglądając się bezradności wobec katolickiej ośmiornicy, możemy tylko czekać na nadchodzącą premierę świetnej i skandalizującej książki Gore’a i liczyć, że związki osób publicznych z religijną ekstremą nie będą osłaniane mgłą tajemnicy do końca świata i jeden dzień dłużej.

Komentarze

Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
Komentarze w treści
Zobacz wszystkie