Kiedy Andrzej Duda brał udział w rapowym #hot16challenge, by zebrać pieniądze na wsparcie załamującego się pod ciężarem pandemii systemu ochrony zdrowia, była to najśmieszniejsza rzecz na świecie. Raz, że prezydencki rap brzmiał jak przekaz z alternatywnej linii czasowej, na której słowa zdawały się mieć zupełnie inna znaczenie, a dwa, że mowa o głowie państwa – będącej do tego częścią obozu politycznego, która miała wówczas większość rządową.
Jest coś obscenicznego w tym, jak politycy rządzący krajem wspierają prywatną inicjatywę wspierającą NFZ, jednocześnie uchwalając budżet głodzący polskie szpitale do tego stopnia, że te odmawiają świadczeń już nawet nie pod koniec roku, ale coraz wcześniejszą jesienią.
Rower z Sikorskim, papieros z Sienkiewiczem i tęcza od Biejat
Dziś miejsce Andrzeja Dudy w roli filantropijnego pajaca zajmują politycy Koalicji Obywatelskiej i przyjaciele. Ministrowie, posłanki, senatorowie, eurodeputowane, włodarze miast. Kiedy swój wizerunek w ramach WOŚP ociepla prezydent zamykającego w ostatnich latach szpitalne oddziały Rybnika, nie jest to dużo mniej gorszące od premiera wystawiającego na licytację swoje słynne złote korki (przy czym słynne zrobiły się dopiero teraz – dlatego, że wystawił je na WOŚP).
Radosław Sikorski ze swoją tegoroczną przejażdżką rowerową czy Bartłomiej Sienkiewicz, który w zeszłym roku zaoferował charytatywne zajaranie z nim szluga na schodkach, niewidzący w tym wszystkim nieprzyzwoitości, to kolejny dowód na to, jak bardzo oderwani od życia zwykłego człowieka są polscy politycy.
Magdalena Biejat wystawiła na licytację tęczową flagę, którą podczas debaty prezydenckiej odebrała Rafałowi Trzaskowskiemu, gdy ten w swoim dryfie na prawo celem łowienia wyborców Konfederacji robił wszystko, by nie wyjść na polityka popierającego nieheteronormatywne mniejszości. Wszystko wskazuje, że to jedyne, na co mogą liczyć queerowe osoby w tej kadencji parlamentu, choćby ministra Kotula bez końca zaklinała rzeczywistość, że już za tydzień będzie równość małże… A nie, przepraszam, że już za tydzień będą związki partner… Wróć! Że już za tydzień będzie ustawa o statusie osoby najbliższej w związku i umowie o wspólnym pożyciu.
Jeszcze bardziej bezwstydnie jawi się europoseł KO Michał Szczerba, który w tym roku wystawił na aukcję możliwość wyjechania z nim do Budapesztu w celu obserwowania wyborów. Przypomnijmy, że w zeszłym roku Szczerba zaliczył spektakularny występ w programie Agnieszki Gozdyry – gdy usłyszał od prowadzącej, że oddział onkologiczny w Koninie ograniczył przyjęcia, odpowiedział, że gdzieś indziej na pewno są bardzo dobre szpitale i każdy, kto został z Konina odesłany, powinien natychmiast znaleźć sobie inną placówkę na terenie województwa.
Charity washing cudzym kosztem
Prawdziwe wyuzdanie pojawia się, gdy politycy koalicji rządzącej nie tylko wspierają prywatną zbiórkę mającą reperować publiczną ochronę zdrowia, ale kiedy do tego – będąc publicznymi urzędnikami – wystawiają na licytację swój czas pracy lub korzystanie z infrastruktury utrzymywanej z publicznych pieniędzy. Albo nienależące do siebie pamiątki. Sejm wystawił na WOŚP egzemplarze Konstytucji z 1997 roku, podpisane m.in. przez obecnych pracowników kancelarii. Jak tak dalej pójdzie, to za kilka lat będą wystawiać zbiory Muzeum Narodowego.
Jeśli chodzi o indywidualne wyczyny w zakresie charytatywności nie swoim kosztem, to warto przypomnieć, jak Rafał Trzaskowski postanowił przekazać na WOŚP głośnik z Sali Kongresowej. To trochę tak, jakbyście wynieśli komputer albo krzesło ze swojej pracy i w razie pytań przełożonych mówili, że nie mają serca, bo przecież chodzi o pomoc dzieciom. W tej kategorii do dziś nikt nie przebił prezydenta Warszawy, ale i w tym roku byli nieźli zawodnicy. Na przykład Cezary Tomczyk, Sekretarz Stanu w MON. Można było wylicytować wspólne strzelanie w jednostce wojskowej w Sieradzu. Co, nie spodziewaliście się wykorzystania Wojska Polskiego w politycznym charity washingu?
Wicemarszałkini Sejmu Dorota Niedziela wystawiła na WOŚP konsultację weterynaryjną w swoim gabinecie. Ale nie w gabinecie weterynaryjnym, tylko sejmowym. Swojego prywatnego czasu pożałował też Krzysztof Gawkowski – osoba, która wygrała aukcję, będzie mogła wpaść do niego do pracy i zwiedzić Kancelarię Prezesa Rady Ministrów. Jak na pisarza, którym jest, nie wykazał się fantazją. W przeciwieństwie do ministra energii Miłosza Motyki, który przekazał na WOŚP wizytę w reaktorze jądrowym Maria. Tym samym, który w zeszłym roku został wyłączony z braku funduszy na polską naukę i dopiero fala internetowego wzburzenia sprawiła, że wznowił działanie.
Czy państwo zapłaci publicznym szpitalom, by przestawały leczyć ludzi?
WOŚP w całej swojej historii zebrał łącznie mniej niż 3 miliardy złotych, co stanowi maleńką kropelkę w morzu zapotrzebowania systemu ochrony zdrowia. Więcej w tym dbania o dobre samopoczucie biorących udział w akcji niż realnej poprawy systemu – to mogłoby załatwić lepsze finansowanie i progresja podatkowa. Z raportu Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego wynika, że jeśli tempo wzrostu kosztów leczenia się utrzyma, to w budżecie NFZ na 2040 rok zabraknie 171 miliardów, a w 2060 roku – 434 miliardów.
W styczniu tego roku odbył się pierwszy w historii Leżajska poród na oddziale SOR. Wcześniej zamknięto tam oddział ginekologiczno-położniczy, tak samo jak w całych Bieszczadach. Teraz najbliższa placówka tego typu jest w oddalonym o kilkadziesiąt kilometrów Rzeszowie. Będzie więc dochodzić do kolejnych takich sytuacji – jeśli poród będzie zbyt skomplikowany, by pozwolić sobie na daleką podróż, karetka zawiezie rodzącą kobietę na leżajski SOR.
Taki stan rzeczy wynika z rozporządzenia Ministerstwa Zdrowia, umożliwiającego zastępowanie porodówek tego typu prowizorkami. Nowe prawo ma wejść w życie de facto dopiero z końcem stycznia i wtedy też mają znikać kolejne oddziały ginekologiczno-położnicze w kraju.
Mogliście spotkać się z argumentem, że porodówki trzeba zamykać, bo dzieci rodzi się coraz mniej. Sam dyrektor szpitala w Leżajsku wyliczył, że tamtejszy oddział ginekologiczno-położniczy od 2024 roku przynosi straty rzędu 7 mln zł rocznie. Jednak dostęp do ochrony zdrowia to nie powinna być kwestia przekładalności na przyrost naturalny. Gdyby tak było, powinniśmy zrezygnować z leczenia emerytów. To minimum cywilizacyjne, którego trzeba domagać się od polityków. Poza tym oddziały ginekologiczno-położnicze odpowiadają nie tylko za porody, ale też leczenie i profilaktykę w obszarach, które – niespodzianka – nie muszą mieć nic wspólnego z ciążą, poza tym, że obejmują narządy do niej niezbędne.
Wojsko Polskie również nie przynosi zysków i nie toczy żadnych bitew. Czy to znaczy, że powinniśmy je zlikwidować? A może jednak nie, bo to kwestia bezpieczeństwa? Porodówki to także kwestia bezpieczeństwa, choćby Polki rodziły jeszcze mniej Polaków i choćby mieli oni nie wyrastać na katolików.
Od zeszłego roku Ministerstwo Zdrowia pracuje nad projektem rozporządzenia zachęcającego polskie szpitale do restrukturyzacji. Jak podał niedawno portal Rynekzdrowia.pl, projekt zakłada finansowe gratyfikacje za… zamykanie oddziałów. Poszczególne szpitale mają przez dwa lata zachowywać część ryczałtu za zamknięty oddział. Jeśli rozporządzenie wejdzie w życie w niezmienionej formie, będzie to oznaczało, że polskie państwo płaci publicznym szpitalom, by przestawały leczyć ludzi. Przy okazji przypomnę, że dostęp do darmowej ochrony zdrowia jest prawem wynikającym wprost z polskiej Konstytucji.
Ograniczanie świadczeń, operacji i wyżywienia w szpitalach
W związku z budżetowym deficytem na NFZ, wynoszącym 23 mld zł, Ministerstwo Zdrowia przedstawiło Ministerstwu Finansów plan oszczędności. Cięcia mają wynosić 10,3 mld zł i opierać się między innymi na ograniczeniu świadczeń u lekarzy specjalistów, operacji leczenia zaćmy oraz tak podstawowych badań, jak tomografia czy rezonans magnetyczny. W planie są również limity na bezpłatne leki dla dzieci i seniorów. Prawie miliard (900 mln zł) oszczędności pochodzi z nieprzedłużenia programu „Dobry posiłek w szpitalu”. Marta Nowacka, szefowa Szpitala Miejskiego w Siemianowicach, tak komentowała sprawę dla portalu RynekZdrowia.pl: „Od momentu wprowadzenia pilotażu pacjenci przestali skarżyć się na żywienie. Dziś już widać, że na talerzu jest mniej”. Z kolei w grudniu nowa ministra zdrowia Jolanta Sobierańska-Grenda na antenie Polskiego Radia sugerowała, że w nieokreślonej przyszłości być może trzeba będzie rozważyć „współpłacenie” albo „dodatkowe ubezpieczenia”.
W styczniu przez internet przeszła fala słusznego wzburzenia wywołanego zarobkami lekarzy. Spektakularny przykład stanowi szpital w Kaliszu, gdzie specjaliści potrafili zarabiać po 200 tys. zł miesięcznie, a rekordzista dobił do ponad 250 tys. Najciekawsze, że był nim ginekolog. Nie uwierzycie, ale tamtejszy oddział ginekologiczno-położniczy również przynosi straty. Rocznie nasz krezus w kitlu zarabia 3 miliony zł – zaznaczam to dla porównania ze stratami takiego oddziału w Leżajsku. Potraktujmy to jako zagadkę dla uważnej czytelniczki.
Polska jest dwudziestą gospodarką świata, a na ochronę zdrowia przeznacza znacznie poniżej unijnej średniej. Jesteśmy krajem, który stać na publiczne leczenie i profilaktykę na o wiele wyższym poziomie – to wyłącznie kwestia woli politycznej. Musimy zacząć rozliczać polityków z jej braku. Częścią takiego rozliczenia powinno być ganienie ich za każdym razem, kiedy ocieplają swój wizerunek poprzez doroczny udział w akcji prywatnej fundacji wspierającej system, za którego głodzenie są odpowiedzialni. Przestańmy akceptować ten upiorny taniec na grobach ludzi, których nie stać na leczenie inne niż publiczne i którym stan publicznego lecznictwa skrócił życie.






























Komentarze
Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.