Amerykańska operacja w Wenezueli doskonale spełnia kryteria tego, co Rosjanie nazywają „małą zwycięską wojną”. Ta utarta w języku rosyjskim fraza, której pierwszy raz użył Wiaczesław Plehwe na początku XX wieku, oznacza wojnę, która szybko i małym kosztem przynosi polityczne korzyści, odciągając uwagę od problemów wewnętrznych i wzmacniając władzę. Plehwe miał na myśli wojnę z Japonią, która, jak wiemy, nie była ani mała, ani zwycięska, miała też odsunąć widmo rewolucji, a ostatecznie walnie się do niej przyczyniła, przynosząc Rosji rewolucję 1905 roku.
Rosjanom tego typu wojna nigdy się nie udawała, z jednym wyjątkiem – zajęciem Krymu w 2014 roku. I tu nasuwają się pewne analogie do trumpowskiej operacji w Wenezueli. Co prawda amerykańska opinia publiczna jest w swojej reakcji na te wydarzenia podzielona, inaczej niż Rosjanie, którzy masowo poparli aneksję ukraińskiego półwyspu, co przy okazji wywindowało do rekordowego poziomu 86 procent poparcie dla Władimira Putina. W skrócie to zjawisko zostało nazwane „efektem krymskim”. W USA społeczeństwo nie zareagowało aż takim entuzjazmem, ale „efekt wenezuelski” doskonale widać u Donalda Trumpa, który przekonany o swojej wszechmocy wrócił do planów przejęcia Grenlandii i wygrażał się ostatnio jeszcze kilku państwom, w tym Kubie i Kolumbii.
Z-patrioci chwalą amerykańskich awanturników
Efekt krymski podobnie wpłynął na Putina, który zniechęcony nieudającymi się próbami przejęcia kontroli nad Ukrainą za pomocą propagandy, dezinformacji, agentury i politycznej korupcji, uznał, że powtórzy małą zwycięską wojnę, podbijając w ciągu trzech dni Kijów. Jednak od 22 lutego wszystko w tym planie szło nie tak, a faktycznym „efektem krymskim”, odroczonym w czasie, jest trwająca już cztery lata brutalna i krwawa wojna. Jej politycznym skutkiem nie jest – jak mógł zakładać Putin w przededniu agresji – wzmocnienie Rosji na arenie międzynarodowej i jego reżimu wewnętrznie, lecz radykalna transformacja kraju w stronę faszystowskiej dyktatury, izolowanej międzynarodowo, a przez to w szybkim tempie uzależniającej się od Chin.
Specjalna (i nielegalna) operacja amerykańskiej armii w Wenezueli może, podobnie jak w przypadku Rosji, skutkować niebezpiecznym poczuciem omnipotencji obecnej administracji w Waszyngtonie. A to z kolei może doprowadzić do kolejnych „specjalnych operacji”, wciągając Stany Zjednoczone w szereg wojen i konfliktów, które nie zrobią Ameryki znowu wielką. Wręcz przeciwnie – raczej przypieczętują status USA jako toksycznych awanturników.
A na razie rosyjscy apologeci wojny, czyli tzw. Z-patrioci nie mogą się nachwalić amerykańskiej operacji. „Na pewno nasza specoperacja była planowana w podobny sposób. Szybko, efektownie i skutecznie. Gierasimow raczej nie planował walczyć 4 lata” – pisze autor jednego z prowojennych rosyjskich kanałów w Telegramie. „Caracas w trzy godziny” – napisał z kolei Z-bloger Władisław Pozdniakow, w tym krótkim, ironicznym komentarzu zawierając całą frustrację środowiska, które już wie, że choćby Rosja walczyła kolejne cztery lata, to zajmie co najwyżej (równając je z ziemią) jeszcze kilka miast powiatowych, podbije jeszcze trochę spalonej ziemi, ale swoich celów politycznych nie zrealizuje. Więcej o reakcjach rosyjskich radykałów na amerykańską operację w Wenezueli można przeczytać w materiale WotTak.
Dawid Kyryło Budanow
Mała noworoczna rewolucja miała także miejsce w Ukrainie, gdzie Wołodymyr Zełenski w końcu podjął decyzję w sprawie szefa swojego biura. Jeszcze w grudniu zdymisjonował Andrija Jermaka, swoją prawą rękę, ale jednocześnie człowieka o wątpliwej reputacji. Jermak poniósł w ten sposób konsekwencje tzw. Mindyczgate, czyli afery korupcyjnej wokół ukraińskiej spółki Enerhoatom.
Zaraz po Nowym Roku Ukraińcy i Ukrainki poznali nazwisko nowego szefa biura prezydenta, czyli osoby odpowiedzialnej między innymi za negocjacje pokojowe. Został nim dotychczasowy szef ukraińskiego wywiadu wojskowego (HUR) Kyryło Budanow. Jego sylwetkę przybliża na łamach NEW Nedim Useinow. O Budanowie możecie także posłuchać, jeśli jeszcze tego nie zrobiłyście, w jednym z poprzednich odcinków Bloku wschodniego, gdzie przyglądaliśmy się jego postaci przez pryzmat uniwersalnej opowieści o underdogu, który niczym biblijny Dawid pokonuje silniejszego Goliata.
A skoro jesteśmy przy Budanowie, to szkoda byłoby nie wspomnieć o jednej z jego ostatnich operacji w roli szefa HUR, czyli inscenizacji zabójstwa Denisa Kapustina, dowódcy Rosyjskiego Korpusu Ochotniczego (od rosyjskich pierwszych liter nazywany RDK), która może się skończyć deportacją z Litwy Leonida Wołkowa, jednego czołowych z aktywistów założonej przez Aleksieja Nawalnego Fundacji Walki z Korupcją.
Zaczęło się od tego, że w ukraińskich i rosyjskich mediach pod koniec grudnia pojawiły się informacje, że na froncie zginął Kapustin – rosyjski radykalny nacjonalista, który walczył po stronie Ukrainy, dowodząc RDK – jednostką specjalnie powołaną dla rosyjskich ochotników. Kilka dni później Kapustin objawił się jednak cały i zdrowy, deklarując na wideo, że dalej będzie dowodzić Korpusem. Ukraiński HUR ujawnił, że śmierć Kapustina została zainscenizowana po tym, jak wywiad Ukrainy dowiedział się, że rosyjskie służby szukają wykonawcy zamachu na dowódcę RDK i są gotowe zapłacić za to dużą sumę. Ukraińcy wzięli więc od Rosjan pół miliona dolarów, zabili Kapustina na niby, a teraz się śmieją.
Kto pragnie własnego Caracas?
W międzyczasie rosyjski opozycjonista Leonid Wołkow napisał wiadomość byłej współpracownicy fundacji Anny Tiron, która obecnie pracuje dla RDK. Wołkow wyraził w korespondencji z Tiron zadowolenie, że „zdechł nacyk”, czyli Kapustin, określając to zdarzenie jako „denazyfikację” (wtedy nie było jeszcze wiadomo, że śmierć Kapustina to inscenizacja). Wołkow nazwał Rosyjski Korpus Ochotniczny „klaunami”, którzy realizują „brudne zadania podłego wiejskiego polittechnologa Budanowa”. Wyraził też nadzieję, że los Kapustina podzielą jego towarzysze, a Budanow, Podoliak i Jermak „i pozostali propagandowi złodzieje” trafią do więzienia.
Tiron publikację prywatnej korespondencji z Wołkowem motywuje tym, że z takim zestawem poglądów na temat ukraińskiego kierownictwa i rosyjskich ochotników zaangażowanych po stronie Ukrainy, opozycjonista z FBK nie jest perspektywicznym sojusznikiem w walce z rosyjskim reżimem. Wołkow tłumaczył się w wywiadzie dla litewskiego nadawcy LRT, że nazista jest nazistą i zwalczanie zła złem to nie jest dobry pomysł, ale litewskie służby tak czy siak mają sprawdzić, czy mieszkający w Wilnie rosyjski polityk przypadkiem nie narusza zasad pozwolenia na pobyt w kraju. A premierka Inga Ruginienė powiedziała, że nie jest przekonana, że dla Wołkowa jest miejsca na Litwie.
To nie pierwsza afera z Wołkowem w roli głównej. W 2023 roku wybuchł skandal, kiedy okazało się, że Wołkow podpisał się pod listem do Komisji Europejskiej z prośbą o zdjęcie sankcji z kilkorga putinowskich oligarchów. Wołkow został wtedy odsunięty od kierowniczej roli w Fundacji Walki z Korupcją, ale niedawno wrócił jako szef projektów politycznych.
Na koniec, wracając do Trumpa, Wenezueli, porwania Maduro i reakcji we wschodniej Europie, to jest jeden kraj, którego mieszkańcy chętnie zobaczyliby podobne sceny w swojej stolicy, czyli Mińsku. Ale na razie Trump się kumpluje z Łukaszenką, więc białoruskie nadzieje muszą poczekać.




















Komentarze
Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.