Marta Nawrocka może grać w piłkę i drażnić prawicę, ale prawdziwy feminizm zaczyna się tam, gdzie trzeba stanąć po stronie uchodźczyń.
Jeśli fakt, że Nawrocka odmawia bycia milczącą paprotką, sprawi, że prawica dostanie spazmów, a konserwatywne kobiety choć trochę przestaną przejmować się narzucanymi im rolami płciowymi, to świetnie. Ale świat nie jest tak kolorowy, a do rozwiązania feministycznych komitetów i upadku mizoginów-faszystów z prawa mamy bardziej niż daleko.
Kilka miesięcy temu badaniach czytelnictwa wyszło nam, że za dużo piszemy o feminizmie. W podobnym czasie internetowy komentariat grzmiał, że lewica ma za małe poparcie, bo skupia się na prawach kobiet, a nie mężczyzn. Wkurzyłam się, bo – po pierwsze – licytowanie się na krzywdy bez kontekstu, np. klasowego, nie ma sensu, a po drugie – mamy prawa dopiero od 100 lat i wciąż nie możemy samodzielnie połknąć tabletki dzień po, przerwać ciąży ani się wysterylizować, a po trzecie – ile jeszcze razy jeszcze mam udowadniać, że nie jestem wielbłądem, i że ani ja ani żadna inna feministka nie wymyśliłyśmy sobie krzywdzącego także samych facetów patriarchatu.
Ale gdy emocje opadły, zaczęłam się zastanawiać, czy przypadkiem faktycznie nie przesadzamy w tej Polsce. Śmiało nazwijmy to autogaslightingiem. Może kobietom nie żyje się tutaj aż tak źle?
Odpowiedź brzmi: zależy którym.
Dominacja feminizmu liberalnego, z którym mi nie po drodze i który eksponuje już uprzywilejowane kobiety, może sprawiać wrażenie, że opowiadające o równouprawnieniu akademiczki, polityczki, prezeski firm czy dziennikarki (choć te akurat, co wiem z autopsji, nie są szczególnie hojnie wynagradzane) z dużych miast dyskryminację widziały jedynie w podręcznikach do gender studies.
Januszewska: Tabletka dzień po – gwarancja wolności nie tylko dla bezdzietnej lambadziary
czytaj także
Ale gdy czytam, że w 2025 roku w programie 72. Kongresu Chirurgów Polskich zaplanowano takie debaty, jak: „Kobiety vs. Mężczyźni – kto w polskiej chirurgii jest bardziej pracowity, a kto bardziej uprzywilejowany?” oraz „Dyskusja damsko-męska: czy kobiety powinny być chirurgami – za i przeciw”, to myślę sobie, że nawet chirurżkom uparcie nazywającym się chirurgami nie jest specjalnie lekko w polskim patriarchacie.
Ba, nawet, gdy urodziłaś trójkę dzieci (w tym jedno bohatersko, bo w nastolęctwie i ponoć pomimo zachęt otoczenia do zrobienia aborcji), nosisz garsonki podobne do tych w szafie Melanii Trump, a twój stary jest ultra prawicowym prezydentem, może się okazać, że nadal nie wpisujesz się w czyjeś wyobrażenia o kobiecości i stałaś się – jak te wstrętne feministki – za bardzo woke. „Wysokie obcasy” donoszą, że Marta Nawrocka w przeciwieństwie do swojej zupełnie nijakiej poprzedniczki, Agaty Dudy, postawiła na wyrazistość, czym ściągnęła na siebie gromy krytycznych głosów ze strony popleczników męża.
To znaczy – w obu przypadkach – bez przesady. Pierwsza Dama wzorem większości kobiet na tym „stanowisku” (poza Agatą Dudą) angażuje się w ładnie wyglądające PR-owo akcje, jak ta, w której wzięła udział na Podkarpaciu i oburzyła konkretnie Tomasza Sommera, naczelnego ultraprawicowego „Najwyższego Czasu”.
W jakim skansenie umysłowym trzeba tkwić, żeby pomyśleć, że Nawrocka, biorąc udział w Podkarpackim Festiwalu Piłki Nożnej Kobiecej w Tarnobrzegu, realizuje lewacką i feministyczną ideologię? Chyba w takim, który zaraz może uznać włożenie spodni za zbrodnię przeciwko kobiecej naturze. Tymczasem Nawrocka nie tylko nie występuje w samych spódnicach, ale ma tatuaż, uprawia sport i twierdzi, że kocha zwierzęta. Łączycie kropki?
czytaj także
Bo Sommer to zrobił i żali się, że ze wszystkich dostępnych inicjatyw, Nawrocka na sam początek prezydentury męża wybrała tę, która jest jawną promocją bezdzietnych lambadziar wybierających pasje realizowane na boisku zamiast macierzyństwa w smak lewackim korporacjom (jeśli znacie takie, wyślijcie tam proszę moje CV) i organizacjom.
Mało tego, pierwsza dama promuje sport, którego nikt nie ogląda i nie sponsoruje, no chyba że – ponownie – lewicowi ideolodzy wyciągający na kobiecą piłkę „pieniądze z kieszeni podatników”, co jest tym bardziej interesujące, im lepiej zrozumiemy, kto jest organizatorem Festiwalu. Jak donosi krytyk Nawrockiej – to „Podkarpacki Związek Piłki Nożnej, którego prezesem jest Mieczysław Golba, były poseł, a od trzech kadencji senator RP – w 2023 roku wybrany, tak jak wcześniej, z listy Prawa i Sprawiedliwości”. Ale Sommer pewnie wolałby, żeby Polską rządziła znacznie skrajniejsza od partii Kaczyńskiego prawica.
W świecie, w którym żyje redaktor „Najwyższego czasu” nie zauważono, że z tymi zrzutkami podatników to trochę nadużycie. Do niedawna piłkarki nie miały nawet dostępu do boisk, na których grali piłkarze. Przykładowo „Legia Ladies na głównym stadionie tego – jednego z najbardziej znanych w Polsce – klubu zagrała swój pierwszy mecz dopiero 26 maja 2024 roku” – powiedziała mi Karolina Wasielewska, autorka książki Polka gola. O kobietach w futbolu.
Ale przecież nie śmiem podejrzewać, że Sommer ją albo cokolwiek poza swoimi wypocinami czytał. Inaczej wiedziałby, ile warte są jego argumenty na temat piłki, w którą dawno temu baby przecież całkiem nieźle i ku uciesze publiki grały, ale przyszli kolesie i powiedzieli „dość”. Jak to dokładnie było? Dowiecie się z tekstu Wojtka Żubra Bolińskiego.
Sommer łaskawie na szczęście jednak stwierdza, że „jak dziewczyny chcą, to niech sobie grają, ale na swój koszt, a majestat pary prezydenckiej niech wspiera siłę polskich rodzin”. I kontynuuje: „ręka kołysząca kołyskę ma większy wpływ na przyszłość świata niż te wszystkie »kariery«, »realizacje pasji« i »równouprawnienia«”. Jesteście tu jeszcze? Bo ja już wysiadam, gdy to czytam, ale wiem, że pan redaktor pewnie nie jest jedynym człowiekiem na prawicy, który tak myśli, ale w komentarzach na X zebrał główne cięgi, np. od Dominiki Korwin-Mikke. Inni internauci stwierdzili, że tekst Sommera brzmi jak propaganda szariatu.
czytaj także
Gdy więc czytam, że komentującą poglądy redaktora dziennikarkę „Wysokich obcasów” skłania z kolei do refleksji, że Marta Nawrocka jako aktywna (do niedawna także zawodowo) żona prezydenta stanowi dla prawicy problem, mam raczej ochotę znowu wytknąć feminizmowi liberalnemu nieodrobione lekcje z intersekcjonalizmu. Jeśli pierwsza dama faktycznie drażni mizoginów, a jej działalność sprawi, że dziewczynki będą na przekór wszystkim chciały grać w piłkę, zaś konserwatywne kobiety choć trochę odejdą od narzucanym ich ról płciowych, to świetnie.
Ale w swoim tekście o polityczkach Konfederacji przecież też jasno wykazywałam, że paranie się wszystkim, co stereotypowo uchodzi za męskie, przy jednoczesnym braku krytyki patriarchatu, nie pozwala rozwiązać nierówności, tylko rezerwuje równość płci dla określonej – zazwyczaj białej i bogatej – grupy kobiet.
„Większość z nich nie przypomina posłusznych mężom tradwives, tylko wyszczekane laski, girl bosses i pick-me girls (albo królewny żmije – tak lubi się nazywać kandydatka na posłankę Konfederacji z okręgu wrocławskiego). Pokazują się w sukienkach, ale mentalnie noszą spodnie. Chcą być dokładnie takie jak stereotypowi mężczyźni albo służyć facetom i zabiegać o ich względy, bo widzą w tym korzyści dla siebie. Jako uprzywilejowane kobiety mogą mieć za nic inne marginalizowane grupy” – pisałam w 2023 roku.
Marta Nawrocka może być więc fajną pierwszą damą, która kopie z piłkę z polskimi dziewczynkami, a jednocześnie nie kiwa palcem, gdy jej mąż odbiera pomoc dziewczynkom z Ukrainy, ich matkom, siostrom i babciom. Tak się bowiem często jakoś składa, że pod pozłotkiem równej babki, jak się dobrze poskrobie, można znaleźć faszyzm. Nawrocka nadaje mu ładną, ludzką i nowoczesną, wręcz quasi-feministyczną twarz, pozwalającą na chwilę zapomnieć, kto naprawdę zamieszkał w Belwederze.
Problemem prawicy stanie się nie wtedy, gdy pojedzie na zlot piłkarek czy nawet chirurżek, ale gdy zsolidaryzuje się z uchodźczyniami. Prawdziwy feminizm walczy z każdym rodzajem dyskryminacji i o tym będę pisać tak długo, jak starczy mi sił. Z tą samą wytrwałością broniąc prawa każdej kobiety, także Nawrockiej do niezależności, choć wiem, że z jej strony bynajmniej nie mogłabym liczyć na to samo.