Kraj

O sierotach, które są [polemika]

Aleppo, rok 2010

Odpowiedź na tekst Tomasza Nowickiego „O kalekich sierotach, których nigdy nie było”.

Tekst Tomasza Nowickiego O kalekich sierotach, których nigdy nie było wywołał we mnie ogromny smutek i głęboką niezgodę. Autor sprowadza akcję zmierzającą do przyjęcia dzieci uchodźczych przez Sopot do zabiegów politycznych PO. Przyjęcie przez Tomasza takiej perspektywy, odsunęło zupełnie w cień społeczny charakter całej akcji, kreując na jedynego aktora wszystkich działań polityków i ich interesy. W tym ujęciu samorząd przestaje być reprezentacją społeczności, a staje się jedynie przestrzenią politycznych gier. Uważam, że taki odbiór tej konkretnej sytuacji jest krzywdzący dla wszystkich stron i nie oddaje rzeczywistości.

O kalekich sierotach, których nigdy nie było

To mieszkańcy i mieszkanki wyszli z inicjatywą – petycja do Rady Miasta Sopot w tej kwestii powstała na fali ogólnopolskiej, oddolnej akcji „Polskie miasta przyjmują rodziny z Aleppo”. W ramach tej akcji mieszkanki i mieszkańcy różnych miast składali podpisy pod petycjami do swoich samorządów z żądaniem przyjęcia rodzin z Aleppo. Akcja objęła wiele miast w Polsce, zaangażowała się w nią masa osób i w wielu miastach zakończyła się sukcesem – rady miast przyjęły rezolucje i uchwały. Wiele osób i samorządów zaangażowało się przy okazji w inne działania – zbiórki finansowe na rzecz organizacji pozarządowych działających w obozach uchodźczych, wsparcie szpitali i służb medycznych działających tamże, czy wreszcie decyzję Sopotu o przyjęciu kilkorga dzieci na leczenie.

Sprawą sprowadzenia dzieci z Syrii, szczególnie osieroconych i chorych, zajmowała się od ponad roku nieformalna grupa osób, która działała poprzez Facebook jako grupa „Dzieci uchodźcze – adopcje i tworzenie dla nich rodzin zastępczych”. Odbyliśmy w jej ramach dziesiątki rozmów z przedstawicielami/kami organizacji pozarządowych, samorządów, specjalistami i specjalistkami z rożnych branż (pedagodzy/żki, psycholodzy/żki, traumatolodzy/żki, specjaliści/tki od islamu i kultury Syrii). W przygotowanej przez osoby z tej grupy petycji skierowanej do Rady Miasta Gdańska pojawił się wątek przyjęcia nie tylko rodzin, ale też osieroconych dzieci. Podpisało ją ponad 1000 mieszkanek i mieszkańców Gdańska. Kolejne miasta dokładały ten wątek do swoich petycji. W Sopocie działanie samorządu również inspirowane było petycją mieszkańców i mieszkanek.

Nie lubię w tekstach ironii. To narzędzie efektowne – bawi i przyciąga uwagę ludzi, daje wrażenie wyrazistości rysowanego obrazu, prostą informację, gdzie są dobrzy, a gdzie źli. Jednak najczęściej ironia zwodzi na manowce. To pewien paradoks, że tekst, który miał obnażyć wykorzystanie „sierotek” to takiego właśnie celu – narysowania prostej dychotomii – sam bawi się w tą samą grę. W efekcie powstał obraz, w którym po jednej stronie stoi autor ze swoją prawdą, a po drugiej ci, którzy, zdaniem autora, „stymulują się moralnie, przecierając sobie twarze obrazami kalekich dzieci”.

Sam język tekstu pełen jest stwierdzeń podobnych do powyższego – może efektownych, lecz bardzo ostro oceniających ludzi. Utrudnia skupienie się na tezach stawianych przez Tomasza Nowickiego. Taki język nie powinien być w ogóle stosowany w tekstach, które mają stanowić przyczynek do publicznej debaty, bo nie służy budowaniu zrozumienia i zaufania. Co gorsza, tak napastliwa retoryka jest odbierana jako atak i wyzwala jedynie postawę obronną i chęć odwetu. To nie jest przestrzeń do porwania ludzi swoją wizją czy choćby wypracowania konsensusu. Ten sam agresywny język powoduje, że autor wpada w pułapkę – jednocześnie piętnuje „polityczne pobudki”, „polityczne wykorzystanie” dobroczynności, a sam publikuje tekst, który przez wielu jest odbierany jako agresywna polityczna napaść, uderzająca w konkretną partię.

Gdy trzeba działać, to robi to naprawdę mało osób

To jednak nie jedyny paradoks tego tekstu. Autor wytykając innym nieuzasadnione stawianie siebie w pozycji „moralnego zwycięzcy”, chyba nie dostrzegł, że sam siebie ustawił w pozycji „moralnej wyższości”. Nie musi czekać na rozwój wypadków – on już wie, że „temperatura sporu niedługo opadnie i okaże się, że nic z tego nie wynikło”. Sugeruje, że zna również intencje i pobudki działania ludzi (oczywiście nieszlachetne). Mam głęboką nadzieję że to jedynie kwestia „rozpędzenia się” autora w wybranej formie narracji, że „poniósł go” styl. Bo w moim przekonaniu w tym właśnie miejscu przekroczona została granica, za którą nie ma już dialogu i porozumienia. Gdy oceniam działanie, nie neguję człowieka. Możemy się spierać czy czyjaś ocena sytuacji jest słuszna, czy nie, czy działanie jest efektywne, czy nie itp. Jednak, gdy kwestionuję dobre intencje i pobudki – kwestionuję osobę. Gdzie nie ma wiary w dobre intencje, tam łatwo rodzi się pogarda. A na nią nikt nie jest „impregnowany”, ona nikomu jeszcze nie pomogła stać się lepszym człowiekiem – ani temu kto pogardza, ani temu, kto jest pogardzanym.

Rozumiem wyrażoną w tekście tęsknotę za światem, w którym ludzie na co dzień postępowaliby „tak, jak powinni”. Do świata, w którym bylibyśmy równie skłonni pomóc mijanej na ulicy romskiej matce z dzieckiem na ręku, czy nielubianemu sąsiadowi, co „medialnym” sierotom z odległego Aleppo. I ja też oczywiście chciałabym takiego świata. Jednak takie pragnienia łatwo mogą zwieść człowieka na manowce. Ludzie bowiem – ci żywi, realni – nie zachowują się „jak powinni”, tylko tak, jak są w stanie w danym momencie się zachować.

Stawianie jako zarzutu „eksportowania naszej moralności na odległość 2500 km (tyle mniej więcej wynosi odległość miedzy Sopotem a Aleppo); tam, gdzie nikt nas nie widział, nie zna i nie ma pojęcia o naszych planach ani istnieniu” to ignorowanie faktu, że świat się zmienił. My mamy poczucie, że ich znamy. Zbyt wiele pracy międzynarodowe i polskie organizacje pozarządowe włożyły w dystrybucję informacji o konkretnych osobach i rodzinach z Syrii, by teraz powiedzieć nam – ich odbiorcom: „Nie znacie ich. A poza tym, to za daleko dla was – zapomnijcie o pomaganiu im!”. Zygmunt Bauman pisał: „Współzależność naszych losów jest już globalna, ale naszej wyobraźni moralnej daleko jeszcze do jej rozmachu. Rozciągnięcie naszego «uniwersum zobowiązań moralnych» na całość ludzkości pozostaje wyzwaniem. I zadaniem – tyleż pilnym, co trudnym do zrealizowania”. Z pewnością nieudolnie, nielogicznie, nie wystarczająco profesjonalnie, rodzi nam w zrywach się to „uniwersum zobowiązań moralnych”. I oczywiście czasem pojawi się myśl, by najpierw ludzie nauczyli się być solidarni na własnym podwórku, zanim zaczną próbować gdzie indziej… tylko że to są życzenia, które nie mają szansy się spełnić. Ludzie i ludzkość nie rozwijają się według planu.

Ciekawa jest również pobrzmiewającą w artykule potrzeba sprawiedliwości, wedle której poczucie „moralnego zwycięstwa” powinno przysługiwać jedynie za czyny motywowane całkowicie czystymi pobudkami. Jest w tym pragnieniu znowu coś po ludzku zrozumiałego, coś idealistycznego. Jednak w pobudkach naszego działania obok szlachetnego kruszcu znajdujemy zawsze rzeczy mniej szlachetne, czy wręcz brzydkie. Czy ma nas to powstrzymywać od działania? Czy jeśli jakieś szlachetne działanie jest również zgodne z naszym interesem, powinniśmy z niego zrezygnować, bo „intencja” stała się nie dość czysta?

Ale autor stawia jeszcze i inny warunek – poczucie „moralnego zwycięstwa” przysługiwałoby za czyny, które realnie rozwiązują problem społeczny, do którego się odnoszą. Działanie takie, jak deklaracja przyjęcia kilkorga dzieci, czy nawet faktyczne ich przyjęcie, autor uznaje jedynie za pusty gest. Nieistotny, bo jego oddziaływanie na sytuację Syryjczyków jest minimalne. Czy jednak rzeczywiście samo wykonanie gestu, opowiedzenie się po czyjejś stronie jest nieistotne? Gesty solidarności mają znaczenie.

Na poziomie celów pewnie zgodzilibyśmy się z Tomaszem. On chce, byśmy „naszymi działaniami delegitymizowali postawę rządu i rozbrajali narastający rasizm i islamofobię”, a ja chcę, by nasze społeczeństwo stawało się coraz bardziej solidarne, włączające i doceniające różnorodność. Różnimy się jednak bardzo w ocenie potencjalnych skutków omawianej akcji sprowadzenia dzieci z Aleppo na leczenie. Ja widzę w niej szansę na otwieranie się naszego społeczeństwa, wzrastanie we współodczuwaniu i braniu odpowiedzialności, wreszcie tworzenie ram prawnych dla pomocy, Tomasz – ryzyko „utrwalania typu postaw wzmacniających narrację rządu o zagrożeniu terrorystycznym, niepożądanych muzułmanach i uszczelnianiu granic”.

Jeśli chcemy wspólnie działać, włączać w te działania kolejne osoby i organizacje, proszę zakładajmy dobrą wolę innych ludzi, dbajmy o to, co i jak mówimy i piszemy, by nie ranić i nie prowokować siebie na wzajem. Z czułością traktujmy nasze błędy, ograniczenia i pamiętajmy, że wszyscy się uczymy, więc nieuchronnie będziemy doświadczać porażek, mylić się i upadać. Bądźmy dla siebie wyrozumiali.

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.

Niestety, Pan Tomasz miał 100% racji. Cała akcja z "sierotami a Aleppo" była prowokacja polityczną, tym bardziej obrzydliwą, że użyto do jej celów maleńkie ofiary wojny. Nie przypadkowo różne osoby związane od lat z akcjami humanitarnymi odcięły się od tej paskudnej ustawki (np. pani Janina Ochojska).

Tomasz ma rację. Deklarowana pop-solidarność w świetle kamer jest łatwa i porywająca. Zwyczajna solidarność, troska i pomoc syryjskim uchodźcom realizują się doskonale bez partyjnego zawłaszczenia. Takie konkretne, rozproszone działania solidarnościowe są podejmowane. I to jest pomoc, a nie akcja, o którą chodzi Tomaszowi. Solidarność naprawdę istnieje, tylko jest gdzie indziej.

Zygmunt Bauman o rozciąganiu uniwersum zobowiązań moralnych. Wiec pisze Pani, że nie lubi Pani ironi w tekstach?

Nie wystarczy wiedzieć - trzeba rozumieć.Wspieraj nas!