Kraj

Biedroń potrafi wzbudzać nadzieję

Konwencja Wiosny, 3 lutego 2019. Fot. Jakub Szafrański

I Robert Biedroń, i jego sztab rozumieją znaczenie emocji w polityce.

Na konwencji ruchu Biedronia naprawdę powiało wiosną – wątek budzenia się ze złego snu, odnowy i energii rozwijany był konsekwentnie w przemówieniu lidera, pojawiał się w motywach muzycznych i wizualizacjach, ale pełno go było przede wszystkim w emocjach 7 tysięcy ludzi, którzy szczelnie wypełnili warszawski Torwar.

 

Przedstawiony pogram to w zasadzie klasyk lewicowej agendy: równość i ekonomiczna, i wobec prawa, solidarność wobec słabszych oraz troska o państwo i przyrodę. Najczęściej wymieniane podczas konwencji elementy to prawa kobiet (w tym prawo do aborcji do 12. tygodnia, opieki okołoporodowej i równej płacy), świeckie państwo, ochrona środowiska naturalnego i zwierząt (w tym rezygnacja z węgla do 2035, ale też koniec cyrku ze zwierzętami i instytucja rzecznika praw przyrody), a także równość w dostępie do opieki zdrowotnej, transportu i godność pracy bez względu na płeć, stopień sprawności czy pochodzenie.

Wiosna w Polsce czy jesień średniowiecza na opozycji?

Mniejszy entuzjazm publiczności wywołały postulaty dotyczące edukacji, ułatwień dla przedsiębiorców czy zmian w nauce (a szkoda), pozytywnie – choć bez szału – przyjęto postulaty dotyczące minimalnej pensji i emerytury. W całym programie, tzw. Umowie Biedronia prawie każdy i każda znajdzie coś dla siebie, ale jak wiadomo z badań, grupa osób deklarujących się jako lewicowe w każdym z tych obszarów wcale nie jest w Polsce bardzo duża. Pojawia się zatem pytanie, które propozycje staną się flagowym okrętem Wiosny.

W momencie startu kampanii ważniejsze od programu wydaje się jednak co innego: Biedroń pokazał mianowicie, a w zasadzie potwierdził, umiejętność nawiązywania kontaktu z ludźmi, umacniając wizerunek charyzmatycznego, ale i empatycznego lidera. I on, i jego sztab rozumieją znaczenie emocji w polityce. W przeciwieństwie do dużej części liberalnego mainstreamu, któremu emocje kojarzą się głównie z prawicowym populizmem i którego przedstawiciele nie rozumieją, że to emocje są nośnikiem treści, Biedroń potrafi dawać nadzieję. A to właśnie nadziei tak bardzo dziś brakuje w polskim społeczeństwie – kolejne afery i rosnący poziom agresji skutecznie zniechęcają ludzi do zaangażowania się w jakikolwiek polityczny projekt.

Co ciekawe, Biedroń potrafi wzbudzać emocje, mimo że nie jest bynajmniej wspaniałym mówcą. Momentami się gubi, łamie mu się głos, nie zawsze najszczęśliwiej dobiera słowa, ale sprawia wrażenie, że mówi z serca i z zaangażowaniem. Nie ukrywam, że gdy opowiadał podczas konwencji o doświadczeniach matki zgwałconej dziewczynki, którą państwo skazuje na cierpienie, czy doświadczeniach starszej kobiety, której nie starcza do pierwszego z niskiej emerytury, zakręciła mi się w oku łza. I nie byłam jedyną osobą, która tak zareagowała. Oczywiście, tego typu relacje są przygotowywane przez sztab, bo pozwalają pokazać, że polityk słucha „zwykłych ludzi”. Biedroń potrafi jednak opowiedzieć te historie w sposób, który budzi zaufanie i empatię – nie dlatego, że nie znamy konwencji, ale dlatego, że są w tych opowieściach prawdziwe emocje, których Schetyna nie wydusi z siebie, choćby zjadł tysiąc kotletów.

Na niedocenieniu emocji wyłożyła się też partia Razem, którą łączy z Biedroniem wiele propozycji programowych. Władze partii uznały bowiem, że wystarczy po prostu mówić o programie, by przekonać potencjalnych wyborców – za ten fatalny błąd płacą do dziś.

Kiedy politycy zostali celebrytami, Biedroń staje się politykiem

Analogii między Razem i Biedroniem jest zresztą więcej – obie formacje rozbijają duopol PO-PiS (dziś KO-PiS), więc nie cieszą się wsparciem liberalnych mediów. Gdy stało się jasne, że Biedroń nie będzie ozdobą KO, temperatura relacji w mediach głównego nurtu wyraźnie się obniżyła. Skądinąd żaden polityk nie powinien mieć w mediach taryfy ulgowej, byłoby jednak dobrze, gdyby owa ulgowa taryfa przestała obowiązywać także w odniesieniu do liderów i liderek KO, których propozycje w rodzaju „zawiązania Koalicji Europejskiej” omawiane są niczym ciepłe polityczne bułeczki, mimo że są w istocie trzeciej świeżości chlebem z osiedlowego sklepu.

Oczywiście Biedronia dopiero czeka test pt. „skąd na to wszystko wziąć pieniądze?”. Bo opowieści o tym, że wystarczy, by urzędy nie wysyłały listów poleconych, są w dużej mierze mydleniem oczu. Nie ma wątpliwości, że aby funkcjonowało państwo solidarne (nie piszę opiekuńcze, żeby nie zapeszyć), konieczna jest podwyżka podatków. Biedroń się o tym nie zająknął, ale czy można odsuwać ten temat w nieskończoność? Jeśli chce się zasłużyć na miano polityka odważnego – nie.

Stracić cnotę z Biedroniem

Na dyskusję o konkretnych propozycjach przyjdzie jeszcze czas, ale już dziś widać, że część z nich została słabo przemyślana, mimo że grono ekspertów i ekspertek Wiosny jest bardzo ciekawe i zróżnicowane, co warto zauważyć i pochwalić. Jedna ze sztandarowych propozycji, czyli maksymalny czas oczekiwania na wizytę lekarza specjalisty do 30 dni, po których każdej osobie należeć się będzie wizyta w prywatnej służbie zdrowia opłacona z NFZ, grozi sytuacją, w której i tak szczupłe zasoby Funduszu przepłyną do sektora prywatnego. Pomysł, by problem niepłacenia alimentów załatwić w ten sposób, że alimenty będą ściągane jak podatki, czyli przez skarbówkę, niekoniecznie zwiększy ich ściągalność, bo dużym problemem jest w Polsce szara strefa i (nie)alimentacja zagraniczna. Powiązanie pensji minimalnej ze średnią zarobków jest dyskusyjne, gdyż wiadomo z badań, że o ile średnia ta, np. w sierpniu 2018, to 3409,79 zł netto, o tyle mediana (a więc zarobek najbliższy realnie przeciętnemu) wygląda zupełnie inaczej – to około 2500 złotych netto, czyli o niemal 900 złotych mniej.

Największą słabością Wiosny jest to, że opiera się w zasadzie na jednej osobie, czyli Robercie Biedroniu. Razem poległo, bo chcąc zmieniać sposób robienia polityki, nie było w stanie zbudować rozpoznawalności i popularności przynajmniej kilku osób, które mogłyby się stać liderami i liderkami. Tymczasem Wiosna bez Biedronia w zasadzie nie istnieje. Najbliższe miesiące – czas budowania list wyborczych, tworzenia i umacniania struktur lokalnych – będą więc ważnym testem. Biedroń ma przed sobą trudne zadanie, bo jeśli sięgnie po osoby z dorobkiem i rozpoznawalne, to będzie mu trudno pokazać się w roli nowego, świeżego gracza. Jeśli jednak nie będzie potrafił nawiązać współpracy ze środowiskami, które walczą od lat o te same sprawy, nie tylko narazi się na zarzut wsobności, ale też straci potencjał, jakim są osoby posiadające i wiedzę, i doświadczenie.

Spodziewam się, że Biedroń zostanie przez dużą część liberalnego centrum okrzyknięty populistą. Po części słusznie, jest on bowiem populistą lewicowym w tym rozumieniu, o którym pisze filozofka Chantal Mouffe, podkreślając, że populizm nie jest zaprzeczeniem demokracji ani zagrożeniem dla niej, lecz jej korektą, niezbędną w chwilach, gdy polityczne elity tracą z oczu wyborców. W przeciwieństwie do populizmu prawicowego, który jest antypluralistyczny i zakłada wyeliminowanie przeciwników politycznych ze wspólnoty, populizm lewicowy ma być radykalnie inkluzywny i dążyć do radykalizacji demokratycznej zasady politycznego pluralizmu oraz oddawania decyzyjności w ręce ludu.

Zdaniem Mouffe tylko lewicowy populizm może być odtrutką na jego wersję prawicową i – patrząc na nieudolność liberalnego centrum w Polsce czy choćby socjaldemokracji w Szwecji – nietrudno się z tym zgodzić. W tym być może tkwi największy potencjał Biedronia. Realnie rzecz biorąc, ma on do wzięcia maksymalnie 10, może 15 procent głosów, ale jego wpływ na politykę może być większy, jeśli uda mu się zmienić jej język i pole uprawiania. Jest oczywiste, że Wiosna, nawet jeśli wejdzie do parlamentu, nie będzie w stanie zrealizować większości swoich obietnic. Jeśli jednak uda się przesunąć pole politycznej walki i języka na lewo, stworzy szansę na więcej normalności w tym kraju.

Bio

Elżbieta Korolczuk

| Socjolożka
Socjolożka, kulturoznawczyni, działaczka na rzecz praw kobiet. Pracuje na Uniwersytecie w Göteborgu oraz Uniwersytecie Södertörn w Szwecji, a także wykłada na Gender Studies na Uniwersytecie Warszawskim. Razem z Renatą E. Hryciuk zredagowała książki „Pożegnanie z Matką Polką? Dyskursy, praktyki i reprezentacje macierzyństwa we współczesnej Polsce” (2012) oraz „Niebezpieczne związki. Macierzyństwo, ojcostwo polityka” (2015). W swoich badaniach analizuje, min. ruchy społeczne, nowe formy obywatelstwa oraz debaty dotyczące nowych technologii reprodukcyjnych (in vitro).

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.