Kraj

Atak na trzeci sektor – jak się bronić?

Fakty nie mają żadnego znaczenia w autoreferencyjnym świecie ponurych emocji, a właśnie kreacją takich światów zajmuje się telewizja publiczna.

Od ponad tygodnia „narodową” stronę mediosfery rozgrzewają sensacyjne informacje o „bajońskich sumach przelewanych na konta fundacji wspierających opozycję”. Te skandaliczne manipulacje to doskonały przykład, w jaki sposób plotka i insynuacja mogą być narzędziem walki politycznej. Wyrażając solidarność z zaatakowanymi organizacjami i dając głośny wyraz braku zgody na nierzetelne praktyki dziennikarskie, warto zastanowić się jednocześnie, w jakiej kondycji jest dziś społeczeństwo obywatelskie uosabiane przez organizacje pozarządowe, skoro tak łatwo je zaatakować.

Spirala manipulacji

Sprawę rozpoczęła seria twittów użytkownika AntyLeft_, która podbiła polski prawicowy internet 23 października. Twitty zawierały zestawienia powszechnie dostępnych w Biuletynie Informacji Publicznej danych o wynikach konkursów na realizację zadań publicznych w Warszawie z powszechnie dostępnymi danymi rejestracyjnymi kilku fundacji i stowarzyszeń. AntyLeft_ „ujawniał” kolejnych „swoich”, którym Hanna Gronkiewicz-Waltz „hojnie rozdawała pieniądze”. Swoją wyliczankę zakończył postem, który podkreślał, że „wszystko działo się w majestacie prawa”, a „cwaniakom można zarzucić jedynie niegospodarność”.

AntyLeftowi zaczyna sekundować Kamil Zaradkiewicz – prawnik, były dyrektor zespołu orzecznictwa i studiów Trybunału Konstytucyjnego, zwolniony z tej funkcji w kwietniu tego roku po tym, jak część sędziów TK utraciła do niego zaufanie. Zaradkiewicz „odkrywa” m.in., że „pieniądze z warszawskiego Ratusza kieruje do fundacji Komorowskiej zięć Andrzeja Rzeplińskiego” oraz że Fundacja Rozwoju Demokracji Lokalnej „wydaje na wynagrodzenia połowę swojego budżetu“. „Fundacja Komorowskiej” to Stocznia, której Zofia Komorowska jest wiceprezeską; szefem Rady Fundatorów FRDL jest Jerzy Stępień, były prezes TK.

W ciągu kilku godzin niemal całą tablicę AntyLefta_ i Zaradkiewicza kopiuje do swoich artykułów portal niezalezna.pl, od tego drugiego przepisując nawet tytuł: Już wiadomo, skąd krzyk wokół projektu ustawy o sędziach TK . Ciąg powszechnie dostępnych publicznych danych staje się źródłem wiedzy o rzekomo ukrytych mechanizmach władzy.

Ciąg powszechnie dostępnych publicznych danych staje się źródłem wiedzy o rzekomo ukrytych mechanizmach władzy.

Następnego dnia sprawa staje się naprawdę głośna dzięki Telewizji Polskiej, która zajęła się nim z typowym dla jej programów publicystyczno-informacyjnych, propagandowym zacięciem. Pierwszy materiał pojawił się w Panoramie 24 października. Zawierał on – zaczerpnięte z twitterowych wpisów informacje o „przelewach” na konta FRDL oraz Fundacji Stocznia. Sami dziennikarze zauważyli, że „trudno jest przyczepić się do dotowania fundacji”, nie przeszkadzało to im jednak posiać ziarna podejrzliwości – trzeci sektor to zamknięty układ, w którym zięciowie polityków wspierają córki polityków.

Równocześnie do boju ruszają Wiadomości TVP, które w ciągu kolejnych dni wyemitowały pięć materiałów o „ujawnionych powiązaniach”. Zaczęły od Jerzego Stępnia (Dotacje dla fundacji b. prezesa TK i Jerzy Stępień wyjaśnia), następnie przyjrzały się Zofii Komorowskiej, później prezesowi Stoczni Jakubowi Wygnańskiemu, Katarzynie Sadło z Fundacji Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego i Róży Rzeplińskiej ze Stowarzyszenia 61. Każdy kolejny atak wzbogacał pajęczynową infografikę, która pokazywała, jak to mamy do czynienia z „ wieloma fundacjami i tymi samymi ludźmi”. 31 października TVP nadało jak na razie ostatnie materiały (ale za to trzy, trwające łącznie ponad 12 minut), skupiając się na szkoleniach, które dla dziennikarzy TVP przeprowadziło przed debatą prezydencką m.in. Stowarzyszenie 61 tworzące serwis MamPrawoWiedziec.pl.

Wszystkie materiały TVP oparte są na sprawdzonych retorycznych chwytach. Zamiast dotacji i wynagrodzeń za wykonywanie zadań publicznych mamy „przelewy z kasy ratusza”. Zamiast naturalnej w świecie pozarządowym współpracy i federalizacji dostajemy „niejasne powiązania”. Osoby związane z Fundacją Batorego to „ludzie George’a Sorosa, amerykańskiego miliardera wspierającego lewicową opozycję”. Zagwarantowana konstytucyjnie wolność zrzeszania się jest podstawą oskarżeń o budowanie kliki.

Materiały zaczynają się od snutych z offu opowieści o „III Rzeczpospolitej, w której niektórzy żyli dobrze”, oraz „milionach z publicznych pieniędzy”. Dotacje dla wybranych przez TVP organizacji – przypomnę: przyznanych w drodze transparentnego konkursu, rozliczonych i opisanych w dostępnych publicznie sprawozdaniach – stawiane są w jednym rzędzie obok reprywatyzacyjnej afery w Warszawie.

Samo powoływanie się na internautę też jest częścią spektaklu – jestem przekonany, że dziennikarze robią to nie dlatego, że są zbyt nieudolni, by samemu dotrzeć do publicznych, otwartych informacji. Takie zachowanie to wykreowanie alarmisty. Alarmista pojawia się przecież tylko tam, gdzie jest afera. Nawet jeśli afery nie ma.

Organizacje się bronią

To niespotykane zainteresowanie mediów publicznych organizacjami pozarządowymi zaowocowało kilkoma oświadczeniami atakowanych organizacji. Fundacja Rozwoju Demokracji Lokalnej przypomniał a, że istnieje od 27 lat i w tym czasie przeszkoliła 1,5 miliona osób. W ubiegłym roku w szkoleniach FRDL uczestniczyli przedstawiciele 76,5 % wszystkich jednostek samorządu terytorialnego w Polsce (co oznacza, że „przelewy na konto fundacji byłego sędziego TK” musiały iść również z gmin i powiatów rządzonych przez PiS). Zaznaczono, że Jerzy Stępień zasiada w Radzie Fundatorów od samego początku istnienia Fundacji i nie pobiera z tego tytułu wynagrodzenia.

Ogólnopolska Federacja Organizacji Pozarządowych zauważyła, że samorząd nie może przekazać organizacjom pieniędzy bez powierzenia im zadania publicznego, a „upowszechnianie stereotypów i mitów na temat organizacji pozarządowych działa na szkodę organizacji i obywateli, których zniechęca się w ten sposób do angażowania w działania społeczne i prowadzić będzie do dalszego dramatycznego obniżania społecznej aktywności”.

Z kolei Stocznia napisała, że zdobywa miejskie dotacje rzadziej niż przeciętna aplikująca organizacja, a wśród jej władz i pracowników poza dziećmi polityków „opozycji” znajduje się żona wicepremiera Piotra Glińskiego oraz zięć i córka prominentnych działaczy PiS. Organizacje zwołały nawet spotkanie, na którym na żywo zaprezentowały swoją odpowiedź na zarzuty mediów.

Właśnie to spotkanie ujawniło, że jakiekolwiek odpowiedzi, oświadczenia i powoływanie się na fakty – choć niezbędne do ujawnienia manipulacji TVP – nie mają niestety żadnego znaczenia dla „narodowych” mediów, które zwietrzyły ofiarę.

Na spotkanie przybyły dwie ekipy telewizji publicznej, nagrywając kilka ujęć, które następnie odpowiednio zmontowane pokazywały w swoich materiałach. Zobaczyliśmy Henryka Wujca cieszącego się, że znajduje się na ławie oskarżonych w zacnym gronie, oraz Jakuba Wygnańskiego, który przyznaje, że w trzecim sektorze współpracują ze sobą wciąż ci sami ludzie – wypowiedzi wyrwane z kontekstu i całkowicie wbrew intencjom ich autorów służące potwierdzeniu forsowanej przez telewizję tezy o starym, zamkniętym układzie.

Fakty nie mają żadnego znaczenia w autoreferencyjnym świecie ponurych emocji, a właśnie kreacją takich światów zajmuje się telewizja publiczna. W tym świecie pełna transparentność jest raczej problemem niż atutem. To, że wszystkie zaatakowane organizacje – Stocznia, FRDL, FRSO, FISE i Boris – publikują na swoich stronach sprawozdania finansowe i obszerne sprawozdania merytoryczne, nie chroni przed insynuacjami. Ich fundacje są złe, bo są ich. Nasze, nawet jeśli grają nieczysto, są dobre, bo są nasze.

Ich fundacje są złe, bo są ich. Nasze, nawet jeśli grają nieczysto, są dobre, bo są nasze.

Zmasowany atak czy strzały znikąd?

Naturalnie w tej sytuacji muszą pojawić się pytania o intencje, jakie stoją za tym nagłym wzmożeniem propagandowym na linii społeczeństwa obywatelskiego. Związane z atakowanymi organizacjami osoby, z którymi rozmawiałem, mają kilka teorii na ten temat. Sam na poważnie biorę pod uwagędużą ich część, choć moim zdaniem żadnanie daje stuprocentowego wytłumaczenia, z czym mamy do czynienia.

Nie da się uniknąć porównań do scenariusza węgierskiego, gdzie „rewolucja” Orbana zaczęła się od demontażu niezależności mediów, przeszła przez sądy (w tym konstytucyjny) i inne instytucje publiczne, by wreszcie skupić się na organizacjach pozarządowych. Jak dla Dziennika Opinii pisał Attila Mong, Orban nazwał publicznie organizacje otrzymujące dotacje z funduszu norweskiego „opłaconymi agentami politycznymi, realizującymi interesy obcych państw”, a strategie, które rząd stosuje przeciwko organizacjom pozarządowym, to połączenie biurokratycznych metod i brutalnych interwencji policji, ale również wywieranie presji i zastraszanie działaczy i działaczek.

Czy w naszym modelu dochodzenia do Budapesztu osiągnęliśmy już ten etap?

W porównaniu do Węgier ataki na organizacje są wciąż znacznie słabsze. Zagraniczne finansowanie nie może być też tak łatwo jak na Węgrzech przyczółkiem reżimowej ofensywy, bo – jeśli nie liczyć środków unijnych – dotyczy tylko bardzo małego wycinka trzeciego sektora (inna sprawa, że jest to akurat wycinek wrażliwy z punktu widzenia obecnej władzy – zajmujący się choćby kontrolą władzy, partycypacją obywatelską czy prawami mniejszości). Wiele wskazuje też na to, że początkowo rzeczywistym celem enuncjacji AntyLefta byłaHanna Gronkiewicz-Waltz, a potem – w miarę rozwijania się „sieci powiązań” – sędziowie Trybunału Konstytucyjnego. Organizacje pozarządowe dostały prawdopodobnie przy okazji (i dopiero, gdy okazały się niekoniecznie dobrze na ten atak przygotowane, stały się celem samym w sobie).

Wreszcie model węgierski jest w Polsce o tyle trudny do przeprowadzenia, że władza nie może pozwolić sobie na frontalne zaatakowanie trzeciego sektora, który w coraz większym stopniu składa się z organizacji przyjaznych PiS (i pobierających publiczne granty). Organizacje te – jak trafnie podsumowały to Elżbieta Korolczuk i Agnieszka Graff – „składają się po prostu na globalne, tyle że nieliberalne społeczeństwo obywatelskie”. Stąd dość szybko w opisywanym cyklu publikacji zaczęły pojawiać się głosy mówiące o pozytywnej roli fundacji i stowarzyszeń i ich znaczeniu dla dobrze funkcjonującego społeczeństwa.

Jednak nawet jeśli nie mamy tu najprawdopodobniej do czynienia z realizacją scenariusza węgierskiego, tematu nie da się zamknąć tezą o przypadkowym ostrzale. Pozostając przy militarnych porównaniach: niewykluczone, że cała sprawa służy również jako ogień osłonowy. Niezalezna.pl, która nagłośniła AntyLefta, to portal powiązany z Fundacją Niezależne Media. O fundacji, której fundatorem jest Tomasz Sakiewicz, stało się głośno dzięki artykułowi oko.press ujawniającemu, że organizacja została bardzo wysoko oceniona w konkursie Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska. Niezależne Media, które ochronę środowiska do celów statutowych wpisały tuż przed wzięciem udziału w konkursie, wnioskowały o 6 milionów złotych na prowadzenie portalu o Puszczy Białowieskiej, czyli połowę puli dostępnej w ramach konkursu. Narracja o „finansowanych przez ratusz fundacjach dzieci polityków opozycji” spadła więc Niezaleznej.pl z nieba, przy okazji przysłaniając też konkurs Ministerstwa Nauki „Pomniki polskiej myśli filozoficznej”, w którym okrągłe milionowe granty dostali senator PiS Jan Krzysztof Żaryn oraz prof. Bogdan Szlachta zasłużony w wojnie PiS z Trybunałem Konstytucyjnym. Mimo że sytuacje opisywane przez oko.press są naprawdę nietransparentne (nieznane są listy rankingowe w konkursie MN, fundacja Sakiewicza nie tylko nie ujawnia swoich sprawozdań, ale nawet nie prowadzi strony internetowej, z której można by dowiedzieć się czegoś więcej o jej działalności), dziwnym trafem nie zainteresowały telewizji publicznej.

Możliwe jest też, że wykreowanie pseudoafery z kilkoma organizacjami i rzekomym zamkniętym układem służyć miało przesłonięciu jeszcze innych spraw, jak choćby podpisania przez Unię Europejską i Kanadę umowy CETA, co PiS – wbrew woli swoich wyborców – zaakceptował bez walki. Świętowanie podpisania umowy przez partię rządzącą nagle zjednoczoną w radości z Donaldem Tuskiem musiałoby w publicznych mediach wyglądać dość niezgrabnie, dlatego relacja z tego wydarzenia w niedzielnych wiadomościach ustąpiła miejsca opowieści o szkoleniach prowadzonych przez stowarzyszenie o rocznym budżecie 700 tysięcy złotych. Nie wydaje mi się jednak, by ta teoria była bardzo prawdopodobna, TVP pokazała już bowiem w ostatnich miesiącach wielokrotnie, że nie potrzebuje uruchamiania wielkiej reporterskiej machiny do zasłonięcia niewygodnych relacji – wystarczy jej relacja z jakichś religijnych czy partyjnych imprez.

Można też spojrzeć na całą sprawę jako na strzały ostrzegawcze. Taką interpretację proponuje Sieć Obywatelska Watchdog Polska, która w swoim apelu pisze: „Organizacje mają zostać poniżone, a wszyscy urzędnicy i osoby korzystające z ich pomocy mają czuć, że »coś jest na rzeczy«”. Czy jednak potężna partia rządząca musi do wysyłania takich sygnałów używać mediów publicznych?

Możliwe wreszcie, że cały ten skandaliczny atak służy po prostu do wzmocnienia narracji o wciąż trwającym „układzie III RP” tylko pozornie uosabianym przez wymieniane w materiałach osoby, w istocie zaś – jak łatwo wyczytać między wierszami telewizyjnych propagandystów – dużo bardziej ponurym i tajemniczym. Większość odbiorców wiadomości najprawdopodobniej nie zapamięta nazw organizacji ani nazwisk z nimi skojarzonych. Nie będzie wiedziała, kim jest Soros (zagraniczne nazwisko), nie zada sobie pytania, czy 300 zł za szkolenie to dużo czy mało. Zapamięta natomiast animacje pokazujące przepływanie pieniędzy z Ratusza do jakichś osób powiązanych ze sobą coraz gęściej przecinającymi się strzałkami.

Nie chodzi o wyjaśnienie sytuacji, chodzi o jej zaciemnienie. O rozsnucie kolejnego płaszcza podejrzliwości i niechęci.

Jak pisał Mong w cytowanym tekście, „reformy wprowadzane przez Orbána idealnie zgadzają się z pragnieniami większości Węgrów i Węgierek , rozczarowanych demokracją i kapitalizmem”. Cóż skuteczniej pogłębia rozczarowanie niż obraz sieci „znanych” ludzi, którzy jedzą za publiczne pieniądze otrzymywane za nic?

Działać i organizować się

Walka o to, by wytłumaczyć, że pieniądze wcale nie są za nic, przeciwnie – wydane są na rzeczy potrzebne i dobre dla wszystkich, to jedna ze strategii oporu, jaką zdają się przyjmować zaatakowane przez TVP organizacje. „Róbmy swoje” – wzywają działacze, a przychylny im portal oko.press publikuje materiał, w którym opisuje pożyteczne publicznie działania poszczególnych stowarzyszeń i fundacji.

Pytanie, czy to szlachetne wezwanie do kontynuowania pracy mimo trudności rzeczywiście wystarczy, jeśli atak TVP jest naprawdę elementem rozwijanej strategii, a nie przypadkową strzelaniną. Pytanie, czy „program z lat 2004-2010, który miał na celu wsparcie samorządów lokalnych w przestrzeganiu sześciu zasad dobrego rządzenia”, podziała na wyobraźnię obywatela czy obywatelki na tyle mocno, że odrzucą oni narrację publicznych propagandystów. Aparaty do dializy są zdecydowanie bardziej sugestywne, równie namacalne jak coroczne rozliczenia, a jednak nie przeszkadza to w atakowaniu (mniej więcej z tych samych pozycji) fundacji Jerzego Owsiaka. Jak więc w takiej sytuacji ma skutecznie bronić się stowarzyszenie, które zajmuje się „wspieraniem rozwoju lokalnego”, czy fundacja „działająca na rzecz systemowych zmian na rynku pracy”? Poważnym problemem jest nie tylko brak zainteresowania określonych mediów rzetelnym przedstawianiem rzeczywistości, ale również brak popytu na te rzetelne relacje. Dlatego media potrzebują zmyślonej figury alarmisty, by z nudnych i publicznie dostępnych danych wykrzesać nieco niezdrowych emocji.

Czy to oznacza, że polskie społeczeństwo nie potrzebuje rozwoju lokalnego, przejrzystości w życiu publicznym i systemowych zmian na rynku pracy – oraz innych rzeczy, o które troszczą się zaatakowane organizacje? Nie tylko potrzebuje, ale wręcz dość powszechnie korzysta z aktywności fundacji i stowarzyszeń, w dużej mierze finansowanych ze środków publicznych. Nawet portal wpolityce, wcześniej również wystrzeliwujący próbne race w kierunku wybranych organizacji, piórem Łukasza Warzechy zauważa, że są zadania, których państwo nie wypełniłoby równie efektywnie co organizacje pozarządowe. Wie o tym dobrze partia rządząca, dlatego nie korzysta z nadarzającej się okazji do rozwinięcia skrzydeł narracji o szkodliwej NGO-izacji. NGO-sy jeszcze mogą się przydać. Zarówno bliskim i znajomym, jak i tym, którzy dostęp do usług publicznych w kurczącym się państwie otrzymują jedynie dzięki trzeciemu sektorowi.

Jednocześnie jednak partia rządząca za pomocą posłusznych i zaprzyjaźnionych mediów może produkować nieufność wobec „społeczeństwa obywatelskiego”.

Między innymi dlatego, że 70 tysięcy aktywnych stowarzyszeń i 17 tysięcy fundacji nie jest żadnym wymiernym wskaźnikiem społeczeństwa zaangażowanych społecznie i aktywnych politycznie obywateli i obywatelek.

Wskaźnikiem takiego społeczeństwa byłaby na przykład liczba członków organizacji (a ona z roku na rok się zmniejsza: nie przybywa stowarzyszeń opartych na osobistym zaangażowaniu członków, dużo chętniej zaś zakładane są fundacje, które nie są organizacjami członkowskimi i nierzadko służą jedynie do realizacji pasji swoich „właścicieli”.

Wskaźnikiem takiego społeczeństwa byłaby również skala federalizacji organizacji (wbrew enuncjacjom TVP łączenie się organizacji w większe struktury realizujące wspólne cele to pozytywna siła, a nie patologia trzeciego sektora).

Wskaźnikiem takiego społeczeństwa byłaby wreszcie skala uzwiązkowienia trzeciego sektora (i – swoją drogą – całej gospodarki). Czy możemy sobie bowiem wyobrazić, że telewizja publiczna przypuszcza atak na organizacje, jeśli jej propagandyści wiedzą, że w obronie stanie nie tylko grupa najbardziej zaangażowanych działaczy, ale związek zawodowy liczący 120 tysięcy pracowników i pracownic (tyle mniej więcej etatów tworzy cały polski sektor organizacji)?

Mam nadzieję, że fala pozbawionego dziennikarskiej rzetelności ataku powoli opada. Nie wierzę jednak w to, że nie zbliża się kolejny – być może mocniejszy, być może nieco bardziej węgierski (czy nawet rosyjski – jak już teraz interpretuje to Ewa Siedlecka) Nie jesteśmy na to – jako organizacje pozarządowe – przygotowani. Czas zacząć osiągać poważne wskaźniki – tym razem nie dla rozliczenia grantów, a dla wspólnej przyszłości.

Ten tekst nie powstałby, gdyby nie dziesiątki osób, z którymi współpracowałem i współpracuję w ramach różnych – formalnych i nieformalnych – organizacji społecznych, za co chciałem im wszystkim bardzo podziękować. Wymienienie ich nazwisk jest jednak nie tylko niemożliwe ze względu na ich znaczną liczbę, ale również, w obecnej sytuacji, wcale niekoniecznie przez nich oczekiwane.

W ciągu ostatniego roku otrzymywałem wynagrodzenie za różnego rodzaju działania i w ramach środków z różnych publicznych i niepublicznych źródeł z budżetów organizacji zaatakowanych w ostatnich dniach – Fundacji Inicjatyw Społeczno-Ekonomicznych, Stowarzyszenia 61 oraz Fundacji Stocznia. Suma tych wynagrodzeń w mijającym roku wynosi ok. 5 tysięcy złotych.

Czytaj także:
Jan-Werner Müller, Nie ma podręcznika zwalczania populizmu w weekend

Strzelecki-Zywe-konflikty

 

**Dziennik Opinii nr 309/2016 (1509)

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.
Nie wystarczy wiedzieć - trzeba rozumieć.Wspieraj nas!