Świat

Wielgosz: Ta interwencja tylko podsyci wojnę

Nie ma militarnego rozwiązania konfliktu w Syrii. Może być tylko polityczne, któremu interwencja wojskowa na pewno nie służy.

Jakub Majmurek: O co właściwie chodzi w syryjskim konflikcie? O co walczą rebelianci?

Przemysław Wielgosz: Rewolucja w Syrii wpisuje się w wielką falę arabskiej wiosny roku 2011. Jej początkiem były masowe demonstracje w ludowych dzielnicach Damaszku, których uczestnicy inspirowali się obrazami wystąpień na ulicach miast Tunezji i Egiptu. W gruncie rzeczy podobne było także tło społeczne syryjskiej rewolucji. Protestowano przede wszystkim przeciw ekonomicznym nierównościom, bezrobociu i biedzie, które pogłębiały się w Syrii wraz z wprowadzaniem neoliberalnych programów przez reżim Asadów – ojca Hafiza, zmarłego w 2000 roku, i jego syna Baszara – w myśl dobrych rad Międzynarodowego Funduszu Walutowego.

Manifestantom chodziło oczywiście także o demokratyzację, bo w Syrii, tak jak w innych krajach regionu, polityczną formą neoliberalizmu jest dyktatura. Pokojowe demonstracje spotkały się wówczas z bardzo brutalną odpowiedzią władz. Krwawe represje doprowadziły do zmiany charakteru ruchu protestu – logika politycznego upodmiotowienia zaczęła ustępować przed logiką militaryzacji. Trwało to dość długo, ale mniej więcej w lipcu 2012 roku wojna zjadła rewolucję.
Nie znaczy to, że rewolucja się skończyła, ale dziś już nie ma mowy o masowych demonstracjach – zamiast mas na ulicach mamy bojowników na barykadach.

Wraz z tą przemianą zmianie i zróżnicowaniu uległy też cele rebeliantów. Kwestie społeczne i demokracja zeszły na dalszy plan, a pierwsze skrzypce grają organizacje zbrojne. Wolna Armia Syryjska chce obalenia prezydenta Baszara Asada i jego kliki. Niektóre ugrupowania wchodzące w skład emigracyjnej Syryjskiej Koalicji Narodowej nie odrzucają negocjacji z reżimem i zawarcia jakiejś formy kompromisu. Partyzanci kurdyjscy mówią o autonomii, jeśli nie o secesji północnych regionów Syrii zamieszkałych przez Kurdów. Wreszcie dżihadystyczny Front Nusra i siły mu bliskie chciałby de facto zniszczenia państwa syryjskiego i zastąpienia go Islamskim Emiratem Iraku i Lewantu oczyszczonym z nie-sunnitów i nie-Arabów.   

Jak wygląda międzynarodowe poparcie dla rebeliantów i Asada?

Syria stała się z czasem polem bitwy, na którym regionalne i globalne ośrodki władzy toczą wojnę zastępczą o swoje partykularne interesy. Czynią to rękami Syryjczyków i za cenę syryjskiej krwi, która stała się bardzo tania. Zanim jeszcze rewolucja syryjska przerodziła się w wojnę domową, po stronie protestujących wystąpiła Turcja. Po wybuchu wojny domowej to w regionach nadgranicznych Turcji schronienie znalazły setki tysięcy uchodźców, tu także powstały bazy powstańców, przez Turcję biegną ich główne szlaki zaopatrzeniowe. Obok Turcji głównym sponsorem Wolnej Armii Syryjskiej jest dziś Katar, który przeznaczył na pomoc dla niej ponad miliard dolarów. Z kolei Arabia Saudyjska i Zjednoczone Emiraty Arabskie przez terytorium Jordanii wspierają dżihadystów, głównie ochotników zagranicznych. Od wielu miesięcy, choć nie tak jawnie, także Stany Zjednoczone i Francja pomagają powstańcom, dostarczając sprzęt i najpewniej informacje wywiadowcze.

Wszyscy zaangażowani po stronie powstania chcieliby w ten sposób osłabić wpływy Iranu, dla którego Syria jest jedynym sojusznikiem w świecie arabskim. Waszyngton patrzy na Syrię jak na punkt na mapie strategicznie ważnego regionu, który przeszkadza w jego kontroli. Amerykanie i Izraelczycy chętnie odcięliby też libański Hezbollah, który dwukrotnie pokonał armię izraelską, od niezbędnej mu pomocy Syrii i Iranu. Państwa Zatoki od dawna boją się islamskiej demokracji w irańskim wydaniu. Dlatego każde uderzenie w Iran oraz jego sojuszników – szyickich jak Hezbollah czy świeckich jak Asad – cieszy tamtejszych monarchów. Jednocześnie władcy znad Zatoki z ochotą wysyłają na wojnę do Syrii bojowników salafickich, którzy mogliby zagrozić rządom w Rijadzie, Abu Zabi czy w Doha.

Po drugiej stronie frontu mamy Iran, który wspiera swego strategicznego sojusznika w regionie, libański Hezbollah walczący o przetrwanie i chyba świadomy tragizmu wyborów, których dokonuje, wreszcie Rosję zarabiającą na sprzedaży broni reżimowi w Damaszku i troszczącą się o swoje interesy strategiczne i gospodarcze – Syria to ważny partner handlowy i rynek inwestycyjny dla Moskwy wart 20 miliardów dolarów. Po stronie Asada występują także szyickie grupy zbrojne z Iraku, w którym między innymi pod wpływem wydarzeń w Syrii odżywa konflikt wyznaniowy: iraccy dżihadyści z okolic Al-Kaidy chcieliby wspólnego frontu z dżihadystami walczącymi w Syrii, a zatem ich przeciwnicy z dawnej Armii Mahdiego łączą siły z rządem w Damaszku.

Warto jednak podkreślić, że ci zewnętrzni gracze nie są w stanie kontrolować sytuacji w terenie. Wciąż wymyka się ona ich strategicznym rachubom.

Dlatego zarówno Turcja, jak i USA, Katar, Rosja czy Iran muszą ciągle modyfikować swoje plany i stanowiska. Tak jest właśnie z ostatnim atakiem gazowym, który może zapoczątkować nowy rozdział tej wojny, niezależnie od tego, kto go przeprowadził.

Dlaczego do tej pory Stany i państwa europejskie wykluczały interwencję?

Oczywiście cały dyskurs o „czerwonych liniach”, których nie wolno przekroczyć, to czysta retoryka i nic więcej. Amerykanie używali białego fosforu podczas oblężenia irackiej Faludży w 2004 r., zabijając setki cywilów. Potem na przełomie 2008 i 2009 r. na masową skalę użył tej zakazanej broni Izrael podczas ataków na Strefę Gazy. Nikomu w Waszyngtonie nie przyszło wtedy na myśl, że przekroczono czerwoną linię. O amerykańskiej współpracy z Saddamem Husajnem podczas wojny iracko-irańskiej w latach 80., gdy Waszyngton dostarczał Irakijczykom współrzędnych i sprzętu do ataków gazowych, nawet nie ma co wspominać. To, że przez długi czas USA i ich sojusznicy nie mieszali się w konflikt syryjski, wynika z chłodnego rachunku i analizy doświadczeń przegranych wojen w Afganistanie i Iraku. Ani Amerykanów, ani NATO nie stać na kolejną porażkę, która jest o tyle bardziej prawdopodobna, że Zachód ma dziś poważne problemy ekonomiczne. 

Przedstawiciele zachodnich rządów mówią, że chcą ukarać, ale nie osłabić reżim Asada. Co to w praktyce może znaczyć?

Dlatego niemal od razu wykluczono akcję lądową – mówi się o ukaraniu syryjskiego dyktatora bez osłabiania go. Ale to kolejny przykład obłudnej retoryki. Nikt nie wie, jak można ukarać, nie osłabiając ukaranego, zachodnie rządy też tego nie wiedzą. Skoro tak, to należy założyć, że ewentualne bombardowania będą raczej akcją wizerunkową mającą przekonać ludzi w regionie, a może jeszcze bardziej w Stanach czy Europie, o tym, że „Zachód panuje nad sytuacją”. 

A czy obalenie Asada, nawet przy interwencji zachodniej, w ogóle jest możliwe?

Jeszcze w roku 2012 wydawało się, że dni reżimu Asada są policzone. Dziś tak to nie wygląda. Po pierwsze powstańcom nie udało się pokonać sił rządowych i nic nie wskazuje, aby to było możliwe. Impet powstania wyraźnie przygasł, a sytuację pogarszają nasilające się walki między poszczególnymi frakcjami rebeliantów – Wolna Armia Syryjska walczy z Frontem Nusra, który walczy także z Kurdami. Po drugie od kilku miesięcy reżim przeszedł do kontrofensywy, odzyskując strategiczne miasta Kusajr, Homs, wkraczając do Hamy i Aleppo, a zatem do samego serca powstania.

Wygląda też na to, że wbrew pierwotnym przewidywaniom reżim syryjski wciąż cieszy się sporym poparciem społecznym.

Prawdopodobnie rośnie ono wprost proporcjonalnie do tego, jak po stronie powstania rosną wpływy dżihadystów, których brutalne metody i skrajnie autorytarne, obskuranckie wizje większość Syryjczyków odrzuca. W tej sytuacji wielu obserwatorów wskazuje na możliwość zwycięstwa militarnego Asada. Nawet gdyby do niego nie doszło, to perspektywa wygranej rebeliantów zdaje się dziś coraz bardziej oddalać. Możliwy jest pat, przedłużająca się wojna pozycyjna, która upodobniłaby konflikt syryjski do wojny w Libanie w latach 70. i 80. minionego stulecia. Tyle że byłby to Liban zwielokrotniony, ze znacznie poważniejszymi konsekwencjami dla regionu i świata.

Paradoksalnie to dowodzi, że nie ma militarnego rozwiązania konfliktu w Syrii. Może ono być tylko polityczne, a to oznacza, że myślenie i działanie w kategoriach zewnętrznej interwencji wojskowej z pewnością mu nie służy.

Jakie warunki musiałby spełnić Asad, by utrzymać się teraz przy władzy?

O tym, czy Asad utrzyma władzę, zdecyduje sytuacja na frontach wojny. Na krótką metę jest ona dla niego korzystna, ale dłuższa perspektywa z pewnością nie pozwala mu spać spokojnie. Obecnie większość opozycji albo dąży do bezwarunkowego usunięcia dyktatora i jego ekipy, albo czyni ustąpienie Asada warunkiem wszelkiego kompromisu z reżimem. Ku takiemu stanowisku skłania się także ONZ i duża część społeczności międzynarodowej. W takich warunkach nawet ewentualne zwycięstwo militarne reżimu nie zapewniłoby mu stabilności. Pamiętajmy, że społeczne, polityczne i ekonomiczne przyczyny rewolucji syryjskiej pozostają w mocy.

Jakkolwiek by było, wojna pozostanie tylko etapem tej rewolucji. Stłamszone przez nią procesy społeczne z czasem odżyją. Biorąc pod uwagę wszystkie te czynniki, można powiedzieć, że usunięcie Asada jest tylko kwestią czasu. Jeszcze w 2011 roku można było sobie wyobrazić scenariusz, w którym prezydent zachowałby władzę, dzieląc się nią z opozycją. Nie skorzystał z tej szansy i obecnie jego ustąpienie wydaje się warunkiem koniecznym jakiegokolwiek kompromisu. Zbyt wiele krwi i cierpienia obciąża Asada.

Grupa deputowanych francuskiej prawicy wystosowała apel do prezydenta Hollande’a,  wzywający do rozwiązania sytuacji syryjskiej za pomocą jakiegoś kompromisu z reżimem Asada. Jakie jest właściwie poparcie dla interwencji w Europie i Stanach?

Paryż od początku prezentował bardzo bojowe stanowisko, choć w kontekście kolonialnej obecności Francji w Syrii (Francuzi już bombardowali Damaszek w 1925 roku) jego wiarygodność w roli bezinteresownego obrońcy wolności nie jest wielka. Na scenie politycznej od jakiegoś czasu widzimy odrodzenie tendencji imperialistycznych – Francja interweniowała ostatnio w Mali, a przedtem w Sierra Leone, Czadzie i Libii – ale w społeczeństwie silne są nastroje antywojenne. W Wielkiej Brytanii pomysłowi interwencji przeciwstawił się parlament, społeczeństwo także jej nie chce. Podobnie w Stanach nie ma ona dużego poparcia – przede wszystkim ze względu na pamięć o kosztach wciąż przecież niezakończonych wojen w Afganistanie i Iraku. Nawet polska klasa polityczna, tak zawsze chętna do przyłączenia się do jakiejś kolonialnej wojenki, tym razem zachowuje dystans.

A jeśli dojdzie do tej interwencji, to jakie będą jej skutki dla obecnej władzy w Syrii, a jakie dla rebeliantów i międzynarodowej sytuacji w regionie?

Paradoksalnie reżim syryjski może na niej nawet skorzystać. Asadowie od dziesięcioleci poszukują legitymizacji dla swych rządów w dyskursie antyimperialistycznym. Wiarygodność tego dyskursu jest bliska zeru, zważywszy na współpracę Damaszku z USA w programie tajnych więzień CIA. Dziś już tylko niektórzy oderwani od rzeczywistości lewicowcy w Europie wierzą w antyimperializm reżimu syryjskiego. Interwencja byłaby jednak jakimś argumentem na jego słuszność. Najpewniej bombardowania przyczynią się do zwiększenia zaangażowania Iranu, Rosji i bojowników irackich po stronie Damaszku. Skoro Waszyngton może otwarcie interweniować bez autoryzacji Rady Bezpieczeństwa ONZ, to dlaczego nie Teheran?

Wojna z pewnością rozgorzeje z nową siłą i szybciej rozleje się po regionie.

Już dziś syryjski konflikt zaognia sytuację w sąsiednim Libanie – czteromilionowy kraj ma na swoim terytorium może nawet milion uchodźców syryjskich. Otwarty konflikt między Hezbollahem a organizacjami syryjskimi oraz wspierającymi je siłami w Libanie wisi na włosku. Podobnie wygląda to w Iraku, gdzie od początku tego roku zginęło najwięcej ludzi od wycofania sił okupacyjnych. Natomiast ewentualny odwet Asada skierowany przeciw Izraelowi to raczej blef Damaszku, chętnie zresztą podkręcany przez władze izraelskie.

Jeżeli Zachód naprawdę chce pomóc Syryjczykom, niech otworzy granice dla uchodźców z tego kraju. W krajach ościennych Syrii jest ich niemal 2 miliony zmuszonych żyć w strasznych warunkach. Dziś dziesiątki z nich giną na Morzu Śródziemnym, usiłując sforsować blokady Fronteksu i dostać się na terytorium Unii. To także są ofiary wojny i obciążają one nasze konto.  

A gdyby władzę w Damaszku udało się jednak zdobyć rebeliantom?

Po stronie powstania mamy różne wizje i programy polityczne. A ponieważ dominuje logika militarna i nasilają się konflikty wewnętrzne, wszystkie one są mgliste i ogólnikowe. Z rozkładu sił zewnętrznych zaangażowanych w konflikt można jednak wnioskować, kto byłby zadowolony ze zwycięstwa powstania, a kto by na tym stracił. Monarchie znad Zatoki zadałyby cios Iranowi, pod znakiem zapytania stanęłaby pozycja Hezbollahu w Libanie, co mogłoby zdestabilizować ten kraj. Możliwe, że destabilizacja dosięgłaby też Iraku. Zyskaliby Kurdowie, których status w Syrii mógłby być co najmniej taki, jak Kurdów irackich (za rządów Asadów nie mieli nawet praw obywatelskich). Skorzystałaby Turcja, która od jakiegoś czasu dokonała strategicznego zwrotu w kwestii kurdyjskiej i marzy o tym, by patronować jej pokojowemu rozwiązaniu. Ze zwycięstwa powstania niekoniecznie byłby zadowolony Izrael – ceną za osłabienie Hezbollahu może być bowiem niestabilność na okupowanych przez Tel Awiw Wzgórzach Golan (a stabilizację w tym regionie reżim syryjski dotychczas gwarantował) i zagrożenie ze strony ugrupowań dżihadystycznych. Z łatwością można sobie także wyobrazić, jak sponsorowani dziś przez Saudów zagraniczni dżihadyści znajdują nowy teren dla swych działań na Półwyspie Arabskim i próbują obalić reżim saudyjski. Tak się przecież stało po pokonaniu Armii Radzieckiej w Afganistanie.

Oczywiście taka analiza nie uwzględnia autonomicznej ewolucji sytuacji w samej Syrii. Pieniądze znad Zatoki mogą korumpować scenę polityczną powojennej Syrii, ale wystarczy spojrzeć na sytuację w Egipcie, gdzie rządy prezydenta Mursiego były mocno wspierane przez Katar, żeby zdać sobie sprawę, że ma to swoje zasadnicze ograniczenia.

Przede wszystkim jednak nie należy wyciągać wniosku, że rewolucja się skończyła, a kwestie polityczne już się nie liczą. Jest wręcz przeciwnie. Miliony Syryjczyków, którzy wychodzili na ulice w roku 2011, nie porzuciły swych aspiracji. Jeżeli świat może coś zrobić dla Syrii, to właśnie wspierać te aspiracje. W przeciwnym razie – organizując bombardowania, które tylko podsycają wojnę – przyczyni się do zwycięstwa sił antydemokratycznych: reżimu Asada, Frontu Nusra czy Al-Kaidy.

Niestety wsparcie dla syryjskiej rewolucji nie daje korzyści wizerunkowych ani geopolitycznych, dlatego nie ma co liczyć na rządy państw zachodnich. Tym większa jest rola organizacji społecznych, szczególnie lewicowych. Warunkiem skuteczności takiej pomocy jest jednak uznanie, że o jej kształcie, charakterze i kierunkach mają decydować sami Syryjczycy. To nieprawda, że po tamtej stronie nie ma partnerów. Są, tylko trzeba się trochę wysilić, aby dostrzec, że oprócz organizacji zbrojnych na terenach opanowanych przez powstańców powstają oddolne inicjatywy lokalne, organizacje społecznościowe, sieci wsparcia i zarysy przyszłego samorządu. Z mapy oddolnego oporu społecznego opracowywanej przez Amnesty International wynika, że są one liczniejsze niż cała opozycja zbrojna. Redaktorka polskiej edycji „Le Monde Diplomatique” Ewa Jasiewicz, która w maju była na terenach powstańczych w rejonie Ma’arrat Al Numan, przyglądała się pracy lokalnych grup Numaan Basmet Amal, Jasmine Baladi Studio i Karama Bus. Wiele z tych inicjatyw zmaga się zarówno z reżimem, jak i z autorytarnym militaryzmem grup zbrojnych. Dosłownie są między młotem a kowadłem.

Mimo wojny, zniszczeń, wyludnienia, braku wody, elektryczności i żywności zarysowuje się tkanka demokratycznej samoorganizacji społeczeństwa. Jej priorytetem jest zaspokojenie podstawowych potrzeb ludności, a warunkiem powodzenia – aktywizacja członków poszczególnych społeczności. Oni nie potrzebują klasycznej pomocy humanitarnej, ale połączenia jej z politycznym wsparciem dla odradzającego się procesu demokratyzacji. Zachodnia lewica powinna wreszcie usłyszeć głos syryjskiej rewolucji, który dziś jest zagłuszany przez wojenny jazgot mocarstw i graczy zewnętrznych, ale wcale nie zamarł. W przeciwnym razie popularna teza, że w tym konflikcie nic nie da się zrobić, będzie samospełniającą się przepowiednią.

Przemysław Wielgosz – redaktor naczelny polskiej edycji „Le Monde Diplomatique”

 

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Jakub Majmurek
Jakub Majmurek
Publicysta, krytyk filmowy
Filmoznawca, eseista, publicysta. Aktywny jako krytyk filmowy, pisuje także o literaturze i sztukach wizualnych. Absolwent krakowskiego filmoznawstwa, Instytutu Studiów Politycznych i Międzynarodowych UJ, studiował też w Szkole Nauk Społecznych przy IFiS PAN w Warszawie. Publikuje m.in. w „Tygodniku Powszechnym”, „Gazecie Wyborczej”, Oko.press, „Aspen Review”. Współautor i redaktor wielu książek filmowych, ostatnio (wspólnie z Łukaszem Rondudą) „Kino-sztuka. Zwrot kinematograficzny w polskiej sztuce współczesnej”.
Zamknij