Całe pokolenie wyrosło w internecie, który bierze się z powietrza, od operatorów sieci komórkowych, z bezprzewodowych sieci wifi. Już tylko dinozaury pamiętają, jak to drzewiej bywało, pokoleniowe słowo-klucz – „neostrada”. Zaprawdę powiadam wam, że kiedyś trzeba było mieć telefon stacjonarny, żeby mieć internet, który podróżował po miedzianych kablach.
Trzeba było rozwoju sztucznej inteligencji, z jej żarłocznością mocy obliczeniowych, żeby przypomnieć, że ten cały wirtualny świat to nie jest jakiś byt oniryczny, rodem z ballad i romansów, a bardzo konkretna fizyczna infrastruktura, serwery i plątanina kabli, kupa złomu innymi słowy, którą trzeba gdzieś pod jakiś dach wcisnąć.
Skala centrów danych, które powstają na potrzeby AI, budzi słuszne obawy i opór społeczności, które mają z nimi sąsiadować. Ale i ten stary dobry internet, jak będziemy go już za chwilę wspominać, to też nie była żadna chmura danych, która wisiała gdzieś nad nami, rozpięta jak pajęczyna pomiędzy satelitami Starlink.
Ukraina atakuje, Rosjanie tracą zasięg
Właśnie przekonują się o tym Rosjanie, po tym, jak ukraińskie drony – te akurat spadły z nieba – poważnie uszkodziły dwa centra danych Yandexu, a jedno, zdaje się, po prostu zniszczyły. Yandex to rosyjski internetowy gigant, którego przeglądarka skutecznie rzuciła wyzwanie Googlowi na terenie postsowieckim. Dzisiaj firma jest największym w Rosji i paru sąsiednich krajach dostawcą usług cyfrowych, w tym poczty, dysków do przechowywania danych, aplikacji i płatności. Na infrastrukturze firmy działa wiele firm, w tym banki.
Ukraińskie drony w ciągu kilku minionych dni uderzyły w centra danych Yandexu trzykrotnie. Pierwszy atak na centrum w Sasowie w obwodzie riazańskim miał miejsce w nocy 7 na 8 października, drugi na infrastrukturę w Kałudze 9 października, a trzeci, w nocy z 10 na 11 października, wymierzony był w centrum danych we Włodzimierzu.
Po tym trzecim ataku przestało działać wiele serwisów i stron internetowych, m.in. aplikacje do zamawiania taksówek (yandexowy odpowiednik Ubera, który padł nie tylko w Rosji, ale też w Armenii, Białorusi, Serbii i Kazachstanie), aplikacje obsługujące zamówienia internetowe w knajpach i restauracjach, a także płatności. Padła także strona internetowa lotniska w Petersburgu. Szefostwo firmy zdecydowało o ograniczeniu możliwości ściągania przez użytkowników plików z wirtualnego dysku, by nie obciążać dodatkowo infrastruktury. Użytkownicy skarżą się także na domowego asystenta Alisa, niektórzy mają problem z usługami smart home działającymi w oparciu o usługi Yandexu.
Akcje Yandexu od piątku tracą na moskiewskiej giełdzie, a na łamach Kommersanta eksperci z branży przewidują, że odbudowanie infrastruktury zajmie firmy co najmniej pół roku i to jest raczej optymistyczny scenariusz, zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę los centrów danych Amazona na Bliskim Wschodzie po irańskim ataku. Na pewno próba odbudowy nie będzie procesem ani łatwym, ani tanim, bo na drodze stoją sankcje, których obchodzenie jest co prawda możliwe, ale słono kosztuje, a ceny materiałów, z których budowane są serwery i tak poszybowały w ostatnim czasie za sprawą rozwoju AI.
Czarny tydzień dla „suwerennego internetu”
Co prawda spłonęły komputery (w tym dwa superkomputery w Sasowie) i serwery w Rosji, ale podobno internet na zachodzie zrobił się spokojniejszy. Szereg źródeł podaje, że ukraińskie drony wykosiły z sieci lwią dolę rosyjskiej botosfery. Złośliwi komentatorzy, którzy nie doceniają wkładu Trumpa dla pokoju na świecie, zastanawiają się już, nie bez schadenfreude, jakie będzie mieć to skutki dla wyborów połówkowych w USA. Badaczka rosyjskich operacji wpływu Anna Mierzyńska prosi jednak o ostrożność w formułowaniu tych hurraoptymistycznych wniosków i poleca przeczytać wyjaśnienia Niebezpiecznika. Bot botowi nierówny, a rosyjska propaganda i dezinformacja wciąż jest bardzo aktywna w sieci.
Cały wic tej historii polega jednak na czym innym. Otóż Rosja od przeszło dekady oddaje się budowie „suwerennego internetu”. Czyli sieci takiej, w której państwo ma pełną kontrolę zarówno nad twardą infrastrukturą, jak i nad treściami.
W 2015 roku Putin podpisał ustawę, która zmusza działające w Rosji firmy internetowe do przechowywania danych rosyjskich użytkowników wyłącznie na terytorium kraju. O ile zagraniczni cyfrowi giganci uwikłali się z Roskomnadzorem (rosyjskim urzędem ds. kontroli i cenzury internetu) w długoletnie spory na tym tle, to rosyjskie firmy co do zasady się podporządkowały i lojalnie budowały centra danych w Rosji. Ponadto ustawy represyjne wprowadzane pod antyterrorystyczną egidą zmuszają operatorów sieci do przechowywania wszystkich danych użytkowników przez pół roku, a metadanych przez 3 lata. Oparte na paranoi i potrzebie kontroli podejście Kremla do internetu skutecznie zahamowało rozwój zagranicznego outsourcingu przechowywania danych, nawet tych, które służą do zamawiania pizzy.
Yandex miał co prawda jedno centrum danych w Finlandii, ale w 2022 roku zostało ono odcięte od prądu, co władze fińskiej spółki energetycznej tłumaczą sankcjami, a z czasem w ramach rozwodu byłego dyrektora Arkadija Wołoża z firmą, którą zakładał, centrum danych pod Helsinkami przeszło do Yandex N.V (zarejestrowanej w Holandii spółki matki, która oddzieliła się ostatecznie od rosyjskiego biznesu Yandexu w 2024 roku), przemianowanej w Nebius Group. Rosyjskie firmy korzystają też z centrów danych za granicą, np. Kazachstanie, ale tylko do przechowywania danych użytkowników spoza Rosji.
Ukraina wywozi internet w walizkach
W 2022 roku ukraińskie władze szybko zdały sobie sprawę, jakim zagrożeniem dla państwa są ataki na centra danych. Co ciekawe, ukraiński parlament przyjął ustawę, która pozwalała przenosić dane ukraińskich użytkowników za granicę w lutym 2022 roku, na tydzień przed rosyjską pełnoskalowa agresją. Na początku marca państwowe rejestry i bazy danych zostały były przenoszone do chmur cyfrowych gigantów, część wywożona z kraju w „walizkach”, czyli na urządzeniach Snowball od Amazona.
– Techniczne wykonanie miało miejsce dosłownie w pierwszych dniach i tygodniach [pełnoskalowej wojny – red.]. Zespół ministerstwa cyfryzacji razem z międzynarodowymi partnerami, takimi jak Amazon Web Services, Microsoft i Google wdrażał rozwiązania pozwalające na pilną migrację baz danych państwowych rejestrów do chmury. Jeden z dostawców dostarczył sprzęt do przenoszenia danych w trybie offline przez Dublin i Polskę już na początku marca 2022 roku. Równolegle część danych została fizycznie umieszczona w Polsce, a także prowadzono negocjacje z Estonią i Francją. Szybkość działania była kwestią przetrwania usług państwowych – mówi zastępca ukraińskiego ministra cyfryzacji ds. cyberbezpieczeństwa Witalij Bałaszow, cytowany przez stronę ITC.ua.
Ukraina działała więc sprawnie, współpracowała z zagranicznymi partnerami i globalnymi gigantami usług cyfrowych, by zdywersyfikować sposoby przechowywania danych, ale przede wszystkim – by wywieźć je, czy to fizycznie, czy wirtualnie, poza terytorium kraju.
Suwerenność oparta na… zależności
Rosyjska filozofia, opierająca się na kontroli, a przede wszystkim braku zaufania do zagranicznych – w pierwszej kolejności amerykańskich – firm z branży IT sprawiła, że znajdujące się na rosyjskim terytorium centra danych stały się niezwykle łakomym, jeśli można tak się wyrazić, celem ukraińskich ataków. Przy czym od agresji w 2022 roku w Rosji nikt sobie problemem przechowywania danych specjalnie nie zaprzątał głowy, bo to, że ukraińska armia będzie w ogóle atakować terytorium Federacji Rosyjskiej, a do tego rakietami dalekiego zasięgu, przekraczało granice wyobraźni. Yandex ma w Rosji sześć centrów danych. Gdyby Ukraińcy skutecznie trafili każde, to ocierający się o monopol gigant straciłby całą infrastrukturę.
Inna sprawa, że gdyby nawet wtedy albo dzisiaj Rosja chciała coś z tym zrobić i pozwoliła swoim firmom zastosować ukraińską strategię, to pojawia się podstawowy problem: gdzie? W Rosji nieśmiało przebąkuje się o konieczności budowy centrów danych na terenie tzw. zaprzyjaźnionych państw, na wzór platformy sprzedażowej Wildberries, która po serii ukraińskich nalotów na swoje magazyny zamierza więcej inwestować w Białorusi i Azji Centralnej. Łatwiej jednak wywieźć za granicę futra (spalone futra w jednym z magazynów Wildberries stały się symbolem dramatu sprzedawców) niż dane milionów ludzi, które mogą być wykorzystane na wiele sposobów, w tym niecnych.
Tak czy siak, państwa, które już zarabiają na rosyjskiej wojnie jako huby transportowe i zaplecze infrastrukturalne, już zacierają ręce. W kazachstańskich mediach można trafić na tekst, którego autor spodziewa się, że rosyjskie firmy IT dołączą do projektu wielkiego centrum danych w Jekybastuzie. Ale już sam tytuł tego artykułu pokazuje, o jakim partnerstwie mowa: „Upadek Runetu. Rosja może stać się zależna od Kazachstanu”. Zależność słabo rymuje się z suwerennością, na której tak zależy Kremlowi. Deklaracje kazachstańskich władz na temat projektu Data Embassy, polegającego na zachowaniu suwerenności prawnej w przypadku przechowywaniu danych innych państw, mogą okazać się za mało przekonujące.
Na komplikacje polityczne nakładają się także te techniczne. Budowa centrum danych zajmuje lata, a wojna jest już. Na razie Yandex dogaduje się z innymi dużymi rosyjskimi firmami cyfrowymi, by przejęły od nich część danych na swoje serwery. Na myśl nasuwają się jeszcze Chiny, ale tu chyba nie trzeba nic wyjaśniać. Rosja zbyt wiele inspiracji czerpała z chińskich metod zarządzania siecią, by dawać złodziejowi klucze do sejfu.

Materiał powstał dzięki wsparciu Centrum Mieroszewskiego.










Komentarze
Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!