Unia Europejska

Czy Orbán rzeczywiście jest gotów zrezygnować z pieniędzy z Funduszu Odbudowy?

Fot. Annika Haas/flickr.com

Węgry codziennie odnotowują 4−5 tysięcy nowych zakażeń. Co na to Viktor Orbán? Uderza w osoby LGBT. Ten manewr już wielokrotnie i skutecznie odwracał uwagę opinii publicznej od innych działań rządu, ugruntowujących autorytarne rządy. Korespondencja z Budapesztu.

Późnym wieczorem 10 listopada wielu Węgrów oczekiwało publikacji oficjalnego biuletynu rządowego Magyar Közlöny, gdzie miały zostać podane szczegóły ograniczeń wchodzących w życie w ciągu kilku godzin, już 11 listopada. W tamtym momencie już od tygodnia codziennie przybywało 4–5 tysięcy nowych przypadków. Nie ma się co dziwić, że osoby prywatne, pracownicy restauracji i wiele innych z niepokojem czekali na szczegóły planowanych zamknięć lokali, godziny policyjnej i zasad dotyczących noszenia masek.

Rząd miał jednak inne priorytety: zamiast opublikować nowe zasady, zajął się wprowadzaniem kilku kontrowersyjnych propozycji ustawodawczych mających na celu realizację programu ideologicznego i zwiększenie już i tak wyraźnie autorytarnej kontroli nad krajem. Kilka dni później okazało się również, że dla zachowania praktycznie nieograniczonej swobody w zarządzaniu sprawami Węgier Orbán gotów jest położyć na szali odbudowę gospodarczą całej Unii. 16 listopada ogłosił, że jeśli Unia uzależni wypłacanie funduszy od przestrzegania praworządności, Węgry zawetują cały unijny budżet i Fundusz Odbudowy, warte łącznie 1,8 biliona euro.

Legalizacja homofobii, transfobii i korupcji

W konstytucję już wcześniej wpisano heteronormatywną definicję rodziny, jednak z niejasnych powodów rząd właśnie teraz, w samym środku szalejącej pandemii poczuł potrzebę dalszego wyjaśnienia swojego stanowiska wobec rodzin. Ministra Judit Varga przedłożyła ustawę, która zezwalać będzie na adopcję wyłącznie małżeństwom. Taki krok sprawi, że heteroseksualne osoby żyjące w pojedynkę oraz homoseksualne pary żyjące w zarejestrowanych związkach partnerskich nie będą mogły adoptować dzieci, choć – jawnie demonstrując uznaniowość stosowania wprowadzonego prawa – przepisy dają ministrowi ds. rodziny prawo odstępstwa od tej zasady w indywidualnych przypadkach…

Już wcześniej rząd wyeliminował możliwość prawnej zmiany płci dla osób transpłciowych w oficjalnych dokumentach. Kolejna poprawka do konstytucji stwierdza, że „Węgry chronią prawo dzieci do tożsamości płciowej, z którą się urodziły, i zapewniają im wychowanie zgodnie z naszą narodową tożsamością i kulturą chrześcijańską”.

Tak, jesteśmy homofobami. Prawa człowieka nie są na Węgrzech wartością tradycyjną

Zgłoszone poprawki wprowadzają zapisy uprawniające państwo do „ochrony” dzieci przed „cielesną” lub „psychiczną” interwencją kwestionującą ich „biologiczną płeć”, tzn. na modłę Putina dają wolną drogę przepisom skierowanym „przeciwko propagandzie LGBT”.

Obie zmiany to otwarty atak na osoby ze społeczności LGBT żyjące w tym kraju oraz dalszy ciąg ograniczeń już wcześniej nałożonych na tęczowe rodziny i osoby transpłciowe.

Obok przepisów dyskryminujących osoby LGBT rząd chciałby także wprowadzić do konstytucji poprawkę zawężającą definicję funduszy publicznych, wyłączając z nich długą listę finansowanych z publicznych środków fundacji kontrolowanych przez aparatczyków z partii Fidesz. W przeszłości władze starały się ukryć przed dziennikarzami i instytucjami monitorującymi praktyki wydawania środków przez te organizacje, ale sądy konsekwentnie to udaremniały. To się jednak niedługo zmieni.

Owe finansowane z budżetu państwa fundacje zostaną wpisane w specustawy – ich pozycja i sprzyjające partii Fidesz władze będą chronione nawet w razie zmiany rządu. A mowa tu o fundacjach, które sprawują kontrolę nad kluczowymi instytucjami, takimi jak np. największa w kraju szkoła handlowa, Uniwersytet Korwina w Budapeszcie, budapesztański Uniwersytet Teatru i Kinematografii (SZFE) i inne mniejsze uczelnie. Studenci i wykładowcy SZFE przez ponad dwa miesiące prowadzili strajk okupacyjny, sprzeciwiając się przekazaniu tej niegdyś publicznej instytucji w ręce związanej z partią Fidesz fundacji. Kres temu strajkowi położyły ograniczenia związane z pandemią, wprowadzone 9 listopada.

Okupują uniwersytet, bo wiedzą, że w kraju Orbána nie będzie kompromisu

Jakby tego było mało, przy okazji została wprowadzona kolejna poprawka do zapisów prawa wyborczego, która ma utrudnić partiom opozycyjnym przygotowanie się do nadchodzących w 2022 roku wyborów parlamentarnych.

Dopiero po przedstawieniu tych propozycji, późnym wieczorem rząd opublikował krajowy biuletyn ze szczegółami nowych ograniczeń związanych z pandemią. Władze wprowadziły obowiązującą przez miesiąc godzinę policyjną, trwającą codziennie od 20 do 5 rano, wraz z całkowitym zakazem zgromadzeń publicznych. Restauracje mogą oferować jedynie potrawy z dowozem do domu, muzea, teatry i siłownie zostały zamknięte, a szkoły średnie i uczelnie wyższe pracują wyłącznie zdalnie.

Wojna kulturowa w środku pandemii

Zarówno partie opozycyjne, jak i niezależni komentatorzy jednogłośnie zinterpretowali ten nagły zawał ustawodawczy jako oznakę karygodnej niekompetencji rządu. Orbán i jego Rada Ministrów długo twierdzili, że gospodarka jest dla nich najważniejsza i że rozprzestrzenianie się wirusa można powstrzymać poprzez zamknięcie granic i nałożenie na ludzi obowiązku noszenia maseczek. Widząc, że w całym regionie liczba zakażeń wzrasta, Orbán zasłaniał się kolejnymi narodowymi konsultacjami, twierdząc, że większość ludzi nie chce zamknięcia, a w ogóle to węgierska ochrona zdrowia jest „uzbrojona po zęby” i gotowa do walki z pandemią.

COVID-19 na Węgrzech: Orbán był dyktatorem, zanim to było modne

Do czasu ogłoszenia ograniczeń codziennie odnotowywano 4−5 tysięcy nowych zakażeń, liczba chorych sięgnęła 86 tysięcy, a zmarłych 2,5 tysiąca. W międzyczasie publiczna telewizja, tuba partii Fidesz, donosiła, że Węgry mają jedną z najlepszych w UE linii obrony przed pandemią. 10 listopada, w jawny sposób zaprzeczając swojemu wcześniejszemu stwierdzeniu o „uzbrojonej po zęby” ochronie zdrowia, w wywiadzie udzielonym jednemu z kanałów publicznej telewizji premier przyznał, że ryzyko załamania opieki zdrowotnej pod ciężarem pandemii wynosi 50 proc. i dlatego właśnie rząd zmuszony jest wprowadzić nowe ograniczenia.

Według wielu komentatorów, gdyby premier wcześniej wprowadził przepisy zwiększające społeczny dystans, rozprzestrzenianie się wirusa można byłoby ograniczyć, tak jak udało się to wiosną. Jeden z liberalnych analityków, Viktor Zsiday stwierdził nawet, że Orbán celowo utrzymuje otwartą gospodarkę, aby zapobiec zapaści, która mogłaby zaszkodzić jego popularności przed wyborami w 2022 r. Pomimo że nie spełniło się przewidywanie Zsidaya, który sądził, że nie będzie żadnych ograniczeń, wydaje się jasne, że Orbán koncentruje się głównie nie na pandemii, ale na szansach reelekcji.

Ágnes Heller o Orbánie: To nie populista, tylko tyran

Duża część konserwatywnych, symbolicznych uregulowań prawnych w oczywisty sposób ma na celu zwiększenie szumu w sferze publicznej, tak aby odwrócić uwagę od decyzji odpowiadających za wzrost zachorowań. Konserwatywna polityka tożsamościowa, narracja o chronieniu tradycyjnej węgierskiej rodziny przed zgubnymi wpływami z zewnątrz i z wewnątrz kraju w przeszłości okazała się skuteczna. Do tej pory sprawdzała się w kontekście stosunkowo stabilnego na całym świecie środowiska gospodarczego i podzielonej opozycji, nękanej przewlekłymi wewnętrznymi sporami. Obecna sytuacja jest jednak pod wieloma względami inna, a badania opinii publicznej w przyszłym miesiącu pokażą, czy ten tradycyjny przepis na odwracanie uwagi od innych działań pozostaje skuteczny.

Szanse na to, że nastąpi odwrót od nienawistnej polityki tożsamościowej forsowanej przez Orbána, są bardzo niewielkie. Ostatnie dziesięć lat pokazało, że nie dobre sprawowanie rządów, ale propaganda są jego mocną stroną. Teraz widać, że nawet w tak trudnych czasach nie możemy spodziewać się z jego strony niczego poza podwojeniem wysiłków w tej właśnie dziedzinie.

Nic nie pokazuje tego bardziej dobitnie niż zapowiedziane weto wieloletniego budżetu Unii. Gospodarka Węgier czerpałaby z niego – szczególnie z Funduszu Odbudowy – olbrzymie korzyści. Premier obawia się jednak, że jeśli Bruksela zamrozi wypłaty środków w związku z rażącymi naruszeniami praworządności, może to poważnie osłabić Fidesz w najbliższych wyborach już za dwa lata.

PiS do Unii: Chcecie praworządności? To my strzelimy Polsce w łeb

Wielu komentatorów odczytało zapowiedź weta jako blef, który ma tylko wymusić na Unii dodatkowe ustępstwa. To wciąż niewykluczone. Są jednak sygnały, że rezygnacja z przypadającej na Węgry części Funduszu jest ceną, jaką Orbán faktycznie jest skłonny zapłacić za zablokowanie „zasady praworządności”: 20 listopada oznajmił, że węgierska gospodarka jest na tyle silna, że kraj mógłby samodzielnie zaciągać kredyty za granicą – i że w związku z tym zamierza pożyczyć 2,5 miliarda euro.

To cena, jaką zapłacą przyszłe pokolenia Węgrów za własne pognębienie.

*
Przełożyła Katarzyna Byłów.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Szilárd István Pap
Szilárd István Pap
Korespondent Krytyki Politycznej w Budapeszcie
Szilárd István Pap jest politologiem, komentatorem i dziennikarzem portalu Merce.hu. Korespondent Krytyki Politycznej w Budapeszcie.
Zamknij

Zapisz się na newsletter Krytyki Politycznej
i bądź na bieżąco