Świat

Turcja: Zaszachowani. Prodemokratyczni Turcy w rozkroku

Nie poprą ani wojska, ani islamistów. Oddali ulice fanatycznym zwolennikom Erdogana.

Wieczór. Most bosforski blokują czołgi, nad Ankarą przelatują helikoptery. Słychać strzały. 1960, 1971, 1980, 1997. 2016. Zaczyna się piąty zamach stanu w historii nowoczesnej Turcji.

Studentka Seval biegnie do bankomatu. Czeka w kolejce za sąsiadami. Ludzie pędzą do sklepów, kupują wodę i jedzenie. Wojna, idzie wojna – mówią. Jej imienniczka, aktywistka organizacji LGBT, kilka godzin wcześniej wróciła z wakacji. Gdy wszystko się zaczyna, śpi. Budzi ją ryk przelatujących nad Stambułem myśliwców. Irmak zerka z niepokojem na ulice w centrum największego miasta w Turcji z okna swojego studia. Strzały, bomby, odrzutowce. „To najdziwniejsza noc w moim życiu” – mówi.

Trzy lata wcześniej cała trójka wspierała protesty w stambulskim parku Gezi. Tysiące Turków, którym bliskie są idee równouprawnienia płci czy wolności słowa, udały się tam, by zaprotestować przeciwko polityce prezydenta Turcji, Recepa Tayyipa Erdogana. Teraz wielu uczestników tych manifestacji pozostało w domach.

„Boję się”, „Jestem przerażona”, „Czułem strach” – mówią po wydarzeniach nocy z piątku na sobotę, gdy armia chciała przejąć siłą władzę w kraju.

Sułtan

Erdogan rządzi Turcją od trzynastu lat. Jego Partia Sprawiedliwości i Rozwoju (AKP) określana jest mianem „umiarkowanie islamistycznej”, „konserwatywno-islamistycznej” czy – na nasze, europejskie realia – „chadeckiej”. I tak też początkowo postrzegał ją i obecnego prezydenta Turcji Zachód. Jako szansę na stabilizację, pogodzenie religijnego konserwatyzmu części Turków z bardziej postępowo-lewicową częścią społeczeństwa. „Możliwe, że to właśnie Erdogan jest idealną osobą, by pogodzić świecką i religijną twarz Turcji” – pisał w 2003 roku „The New York Times Magazine”.

Ten obraz AKP nie zmienił się z dnia na dzień. Co więcej, reformy podejmowane przez Ankarę kazały patrzeć z optymizmem w przyszłość. Turcja wciąż deklarowała chęć przystąpienia do Unii Europejskiej (proces negocjacyjny ws. przystąpienia do wspólnoty oficjalnie rozpoczął się pod koniec lat 80.). Erdogan zapoczątkował proces pokojowy z Kurdami, z którymi wojskowe władze toczyły wcześniej regularną wojnę. To za jego czasów zainicjowano normalizację stosunków z Armenią, która z Turcją toczy spór w sprawie ludobójstwa Ormian. Niektórzy przebąkiwali o zbyt islamistycznej twarzy AKP, jej problemach z respektowaniem świętych zasad świeckości Kemala Atatürka (ojca założyciela Türkiye Cumhuriyeti, Republiki Tureckiej), ale opinia światowa nie podważała tego, że jest to partia respektująca zasady demokratycznego państwa prawa.

Moment zwrotny w polityce Erdogana nastąpił w 2010 roku, gdy przeprowadzono referendum w sprawie zmiany konstytucji, która dotychczas przyznawała armii bardzo szerokie uprawnienia. Zreformowana ustawa zasadnicza miała m.in. zwiększyć cywilną kontrolę nad armią, strażniczką świeckości i demokracji, stronniczką kemalistów. Zmiany w konstytucji z zadowoleniem przyjęła Unia Europejska, bo do jej standardów najważniejszy akt prawny był dostosowany. Wprowadzał on bowiem – oprócz większej kontroli nad wojskiem – m.in. ochronę praw kobiet czy instytucję rzecznika praw obywatelskich.

Reformę wsparli także niektórzy liberalni Turcy, którzy nie byli związani (i nie chcieli być) ani z siłami religijnymi, ani z armią. Wyznawali jednak wartości liberalno-demokratyczne. A te były zawarte właśnie w konstytucji Recepa Tayyipa Erdogana.

„To po referendum konstytucyjnym Erdogan nabrał wiatru w żagle i poczuł, że może wszystko” – mówi redaktor naczelny „Cumhuriyeta”, Can Dundar. Stopniowemu pozbawianiu wpływów armii towarzyszyły m.in. coraz większa korupcja na najwyższych szczeblach władzy czy ograniczanie wolności słowa. Islamistyczna narracja AKP stawała się z czasem coraz bardziej słyszalna.

Neoliberalna wersja tureckiego turbokapitalizmu, której patronował Erdogan, niszczyła dziedzictwo narodowe i w miejsce zabytków czy parków wznosiła wielopasmowe drogi i wieżowce.

Dzieci kwiaty. Wersja turecka

Zaczyna się niewinnie. Władze Stambułu ogłaszają, że w miejscu parku Gezi powstanie centrum handlowe. Nie podoba się to garstce osób, które przychodzą tam, by zablokować wycinkę drzew. Parę dni później w całej Turcji protestuje już kilka milionów ludzi. Wreszcie mogą wyrazić swoje niezadowolenie z rządów Erdogana. Wycinka drzew w mieście ich pozbawionym przelewa czarę goryczy. Następuje erupcja społecznego niezadowolenia. Jest maj 2013 roku.

Kilkanaście osób ponosi śmierć, tysiące zostają ranne. Protestujący wygrywają, ale tylko połowicznie. Centrum handlowe nie powstaje, Erdogan pozostaje u władzy. „To go jeszcze tylko bardziej rozwścieczyło” – mówią protestujący wówczas w Gezi. Potem są skandale korupcyjne. Pod koniec roku zostaje ujawniona machina korupcyjna, która dotyka najbliższego otoczenia Erdogana, także jego rodziny. Przywódca AKP wszystkiemu zaprzecza. To wtedy na dobre zaczyna się starcie z Fethullahem Gulenem, przywódcą religijnym, który wcześniej był wręcz mentorem Erdogana, a którego wtedy oskarżył o zainspirowanie afery.

„Oni nie są z naszej bajki” – mówi o gulenistach Ozcan, student reżyserii. To konserwatyści, krytykowali nas w czasie protestów w parku Gezi – dodaje. I choć – jak mówi mi Celil Sagir, dziennikarz sympatyzującego z Gulenem „Yenihayat” – guleniści to ruch demokratyczny, to jego ideologia bezpośrednio odwołuje się w swoich działaniach do religii. Sam Gulen jest religijnym przywódcą i autorem książki Pytania i odpowiedzi dotyczące islamu. „A my chcemy demokratycznej, europejskiej Turcji” – mówi Ozcan.

Razem

Opozycja w Turcji jest rozbita. Jeśli założyć, że AKP wspiera połowa społeczeństwa, to druga połowa dzieli się na m.in.: nacjonalistów, umiarkowanych kemalistów, socjaldemokratów krytykujących Ataturka, komunistów, gulenistów i Kurdów. Większość tych grup ma ze sobą sprzeczne interesy.

Grupa „liberalnych Turków” jest jednak liczna. I, mimo że w parku Gezi manifestowały różne środowiska, to właśnie ci proeuropejscy mieszkańcy Anatolii stanowili o jej trzonie. To ta grupa zadecydowała zresztą, że do parlamentu dostała się Ludowa Partia Demokratyczna (HDP), prokurdyjska-lewica, która swoim programem przypomina polską partię Razem. To ta grupa zeświecczonych Turków – jak wskazują badania – staje się coraz liczniejsza w społeczeństwie.

Jej „problem” polega jednak na braku siłowego zaplecza. Armia ma karabiny, myśliwce, helikoptery i czołgi. Erdogan – islamskich fanatyków i tabuny wiernej mu policji. Za młodymi Turkami, którzy wierzą w demokrację, równouprawnienie i wolność słowa, nie stoi nikt. „Z obecnym autorytaryzmem władzy możemy wygrać tylko poprzez solidarność” – mówił mi Can Dundar, który zresztą sam został przez reżim Erdogana skazany na 5 lat więzienia – „Ale Kurdowie, lewica i nacjonaliści nie wspierają się, opozycja jest rozbita. Jeśli się nie zjednoczymy, Turcja zmieni się w kolejną islamską republikę z obowiązkowym szariatem” – przestrzegał dziennikarz.

Turcy-demokraci są w klinczu. Nie poprą ani wojska skompromitowanego licznymi przewrotami, gwarantującego, że puczów dokonuje się w imię demokracji, a które kończą się wprowadzeniem represji, ani islamistów linczujących wojskowych z okrzykiem „Allah Akbar” na ustach. Oddali ulice fanatycznym zwolennikom Erdogana. Jeśli wziąć pod uwagę rozwój aparatu represji za rządów AKP, łatwo to zrozumieć.

Dlatego najbardziej żal jest właśnie tej grupy. Seval i Irmaka, którzy siedzą teraz w domach bez nadziei na lepszą przyszłość. I Ozcana, mogącego tylko zakląć: „Pierdolić ich wszystkich”.

***

Thomas Orchowski ur. w 1992 r., współpracownik Radia TOK FM, reporter

Czytaj także:
Max Cegielski, Pucz, który krzepi despotę
Tu nie chodzi o islamizm i świeckość [Michał Sutowski rozmawia z Adamem Balcerem]

paul-mason-skad-ten-bunt Wydawnictwo-Krytyki-Politycznej-Promocja-Wakacyjna

**Dziennik Opinii nr 201/2016 (1401)

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Zamknij