Świat

Sierakowski: Boję się, że Putin się pomyli i uderzy

Gdyby Polska leżała tam gdzie Ukraina, to z obecną władzą Rosja już by nas dawno wzięła. Ukraińcy natomiast mobilizują się, ale nie panikują. Choć w elicie politycznej poziom korupcji, nierówności, podziałów jest wysoki, jeśli chodzi stosunek do państwa i niepodległości − Ukraińcy są razem jak nigdy. Ze Sławomirem Sierakowskim rozmawia Katarzyna Przyborska.

Katarzyna Przyborska: W poniedziałek 7 lutego odbyło się spotkanie Andrzeja Dudy z sekretarzem generalnym NATO Jensem Stoltenbergiem. Mówili o stanowczości, ale zastrzegali się, że NATO nigdy nie było w stosunku do Rosji ofensywne, że jest organizacją obronną, jakby nie chcąc Rosji drażnić, chcąc ją ugłaskać. A wieczorem doszło do bardzo długiego spotkania Władimira Putina z Emmanuelem Macronem, na którym Putin przekonywał, że to Rosja jest ofiarą Ukrainy, wypomniał sytuację w Belgradzie z 1999 roku, kiedy NATO zadziałało bez zgody ONZ, przypomniał, że choć NATO silniejsze jest od Rosji, to Rosja posiada wiele głowic nuklearnych − wcale nie chce dać się ugłaskać?

Sławomir Sierakowski: Ukraina też by posiadała, gdyby nie uległa presji sojuszników i nie zrezygnowała w 1994 roku z trzeciego co do wielkości arsenału atomowego na świecie. W zamian dostała od Rosji i USA wraz z europejskimi sojusznikami gwarancje bezpieczeństwa i nienaruszalności terytorialnej. Co było dalej, to wiemy. Europa kontynentalna grzeszy wobec Rosji chroniczną naiwnością. Wciąż szanuje przede wszystkim siłę. Rosja z kolei wyznaje zasadę: może być u nas bieda z nędzą, ale mają się nas bać. I Zachód się boi, więc rzuca się od werbalnej pryncypialności do przesadnej ostrożności.

Na Rosję ustępstwa nigdy nie działały, były raczej zaproszeniem do inwazji. Napaść na Gruzję w 2010 roku była konsekwencją wahania Zachodu, który miał zgodzić się na przyznanie Ukrainie i Gruzji zielonego światła na wejście do NATO, ale w ostatniej chwili pod presją Niemiec i Francji się wycofał. Na szczęście złudzeń wobec Rosji nie mają Stany Zjednoczone. Niektórzy eksperci uważają, że błędnie interpretuje się wycofanie Bidena z Afganistanu. Fakt, że chciał się wycofać mimo wszystkich konsekwencji, ma być raczej dowodem na jego niezłomność niż słabość. Zobaczymy, czy mają rację.

Kowal: Wojna już trwa. Jeśli teraz nie przyblokujemy Putina, zacznie robić dywersję na naszej granicy

Utrzymanie 150 tys. żołnierzy na granicy jest kosztowne, czy gospodarka rosyjska może sobie na to pozwolić?

Jeśli przez Rosję rozumiesz Rosjan, to oczywiście nie. W Rosji płace realne stoją od dziesięciu lat, podobnie jak wzrost gospodarczy. Kapitał zagraniczny ucieka, w latach 2012−2021 wypłynęło aż 600 mld dolarów. Model gospodarczy Rosji jest jak na Europę wyjątkowo prymitywny, opiera się głównie na surowcach naturalnych. Stagnacja albo regres gospodarczy dotyczy wszystkich obszarów poza zbrojeniami.

Natomiast jeśli przez Rosję rozumiesz państwo albo przywódcę, to jest odwrotnie. Gospodarka rosyjska wprawdzie nie rośnie, ale Putin ją dobrze przygotował na agresywną politykę zagraniczną. Rosja ma czwarte co do wielkości rezerwy walutowe na świecie, sięgające wartością 640 mld dolarów, przy czym nie bez powodu od dolara akurat Putin uciekał, więc denominowana jest w nim tylko jedna szósta rezerw. Finansowany ze sprzedaży surowców fundusz majątku narodowego to kolejne prawie 200 mld dolarów. Dług państwowy Rosja zbiła z poziomu prawie 100 proc. do 20 proc. produktu krajowego brutto. Nawet swój system bankowy Rosja zaczęła przekształcać tak, żeby wszystko razem jak najlepiej uodparniało ją na wypadek sankcji. Dołóżmy do tego sojusz z Chinami wraz z ogromnymi kontraktami, które czynią z nich największego partnera gospodarczego Rosji. Jeśli dołączymy do tego politykę energetyczną uzależniającą Europę od rosyjskiego gazu, to wszystko składa się w dość złowrogą wizję. I akcję koronkowo przygotowywaną od lat.

Z tej perspektywy okazuje się, że za nitki gospodarcze, którymi Zachód trzymał Rosję w bezpiecznym układzie, pociąga właśnie Putin?

Już dawno legło w gruzach założenie o tym, że jak wciągniemy Rosję w międzynarodowy obrót gospodarczy, to ją w ten sposób spacyfikujemy. Okazało się, że to Rosja uzależnia Zachód od siebie, a nie odwrotnie. Tak wcale nie musiało być. Gdyby Unia Europejska kupowała wspólnie gaz od Rosji, to Rosja byłaby uzależniona od Unii, która jest jej największym klientem. Niestety każde państwo działa tu w pojedynkę, więc niektóre, jak Węgry czy Niemcy, po prostu Putin przekupił. I teraz to Rosja dyktuje warunki. Zachód mentalnie jest nieprzygotowany na większe wyrzeczenia. Gdyby Putin zażądał Monachium, czyli zastopowania Ukrainy na drodze do NATO i UE, mógłby to dostać, ale ponieważ zażądał Jałty, czyli właściwie całej Europy Wschodniej − przelicytował.

Kryzys ukraiński: widok z Pekinu

czytaj także

Zachód jest niespokojny, a prezydent Zełenski przekonuje, że raczej do najazdu nie dojdzie. Jak to rozumieć?

Nie mówi, że nie dojdzie, ale że rozmieszczenie wojsk rosyjskich nie wygląda tak, jakby Rosja była gotowa do inwazji. Chce też uniknąć paniki, a niektóre reakcje Zachodu brzmią nieodpowiedzialnie. Zełenski ma na głowie nie tylko wojnę z Rosją, ale też gospodarkę i społeczeństwo, dlatego musi zachowywać spokój. Na szczęście Ukraińcy nie panikują. Nie wyciągają depozytów bankowych ani gotówki. Zachód przy Ukrainie powinien stać stanowczo, ale spokojnie.

Panika już byłaby zwycięstwem Rosji. Zresztą wywołanie paniki jest jednym ze scenariuszy, który na pewno rozważa Kreml. Na przykład „zielone ludziki” albo „terroryści” mogą od strony Białorusi podejść pod Kijów, odciąć dostawy prądu, może zatruć wodę albo rozpuścić plotki na ten temat. Tak doprowadzić do paniki mieszkańców stolicy, chaosu i masowej ucieczki.

A jak to widzi opinia publiczna w Rosji?

Centrum Lewady opublikowało ostatnio sondaż, który pokazuje, że tylko 4 proc. Rosjan uważa, że eskalacja działań na granicy z Ukrainą jest winą Rosji. Nawet wśród wyborców opozycji, zaledwie osiem procent obwinia Rosję. Poparcie dla Putina podniosło się. Jak widać, propaganda działa i działa budowanie tożsamości narodu wokół imperializmu. Sam Kreml wierzy we własną propagandę, wierzy w takie mity, że Zachód zagraża Rosji, że stoi za takim upokorzeniem Rosji z lat 90., że NATO planuje inwazję. To nam się wydaje absurdalne, ale ta wiara jest faktem. I to się przelewa na społeczeństwo.

Które chce wojny? Kolejne doniesienia o prowokacjach raczej wskazują na to, że potrzebny jest pretekst.

Mimo obwiniania Zachodu Rosjanie nie chcą tej wojny. Wiedzą, że ich nie stać na to. Dlatego Putin potrzebuje pretekstu. W gruncie rzeczy powtarza hitlerowski scenariusz: mit noża wbitego w plecy, na którym buduje rewanżyzm. Tak jak Prusy upadły bez wojny, tak i Związek Radziecki upadł bez wojny. Powalony został na kolana przez rzekomą zdradę albo słabość liberalnych elit z Gorbaczowem na czele. Rosja teraz chce odzyskać należne jej miejsce w strukturze międzynarodowej. I kolejne hitlerowskie uzasadnienie: my tylko chcemy zapewnić ochronę Rosjanom żyjącym w Ukrainie. III Rzesza też chciała tylko zaopiekować się Niemcami sudeckimi. Przy czym Putin każdego rosyjskojęzycznego obywatela uważa za Rosjanina.

Rosyjskie służby mówią o oddziałach złożonych z ukraińskich nacjonalistów albo faszystów i polskich najemników.

To jest stały element rosyjskiej propagandy, że jest jakiś faszyzm w Ukrainie. Ale faszystów łatwiej znaleźć w szeregach rosyjskich. Sam przywódca tak zwanej grupy Wagnera, Dmitrij Utkin, założyciel prywatnej armii finansowanej przez prokremlowskich oligarchów, jest neonazistą z wytatuowanymi na klacie swastykami. Nie brakuje ich też wśród jego najemników, za pośrednictwem których Putin prowadzi wojny od Afryki przez Europę po Azję. Te prowokacje Kremla wyglądają, jakby były wyjątkowo nieudolne, ale takie właśnie niewiarygodne mają być, żeby wszyscy wiedzieli, że to inicjatywy Rosji i bali się jej. Rosja łamie prawo, standardy, zasady, postępuje brutalnie i robi to ostentacyjnie, żeby nie tylko pokonać wroga, ale jednocześnie go upokorzyć i przestraszyć otoczenie.

W czasie prounijnych demonstracji w 2013 roku, Euromajdanu, obserwowano wykuwanie się silniejszej ukraińskiej tożsamości, bardziej nawet obywatelskiej niż narodowej, mniej opartej na przynależności etnicznej, więcej na decyzji bycia w Ukrainie, pracy dla Ukrainy. Jak jest teraz? Czy ta tożsamość daje siłę?

Wtedy Kijów był miastem rosyjskojęzycznym, dziś jest ukraińskojęzyczny. Wtedy, w 2014 roku, było 14 proc. książek ukraińskich w księgarniach, dziś jest to 100 proc. Import książek z Rosji jest zakazany, co zresztą dla ukraińskiej elity jest pewnym problemem, ale być może środkiem koniecznym do budowania tożsamości. Urzędniczka albo kelner ma obowiązek obsłużyć cię po ukraińsku. Państwo prowadzi aktywną politykę ukrainizacji swego kraju i to jest w zgodzie z większością społeczeństwa. A ponieważ ten proces wynika z zagrożenia rosyjskiego, to przebiega szybko i raczej bezkonfliktowo. I gdyby to nawet oznaczało wzrost tendencji nacjonalistycznych, to nie uważałbym tego za patologię.

Kraj, który się tworzy, musi mieć moment takiego narcystycznego zakochania się w sobie, w swojej historii, we wspólnocie. Nacjonalizm w Ukrainie jest jednak bardzo słaby. Jakie partie nacjonalistyczne przekroczyły próg wyborczy do parlamentu? Przywódca Prawego Sektora, który zresztą odcinał się od etnicznego nacjonalizmu, nie dostał 1 proc. w wyborach prezydenckich.

Byłeś teraz w Ukrainie, spotykałeś się z politykami, ekspertami, chodziłeś po ulicach. Co widać? Jakie są nastroje?

Jest w Ukrainie rodzaj wojennego pragmatyzmu. Wojna nie jest dla Ukraińców żadną nowością, tylko częścią codzienności. W Ukrainie wiadomości telewizyjne zaczynają się doniesieniami z frontu, ludzie od ośmiu lat, od aneksji Krymu i rozpoczęcia wojny w Donbasie, widzą wojnę i żołnierzy. 300 tysięcy osób ma doświadczenie wojskowe, milion trzysta tysięcy sztuk broni jest w społeczeństwie. Teraz ta broń jest jeszcze bardziej masowo wykupywana. Masowe są szkolenia. Nazwałbym to mobilizacją bez paniki. Nie jest tak, że Ukraińcy nie doszacowują zagrożenia, ale też dobrze znają Rosję, więc potrafią ocenić, co się może wydarzyć. Wielkie zgromadzenie wojska nie oznacza jeszcze konieczności wojny. Ukraińcy pamiętają, że Rosja stosuje rozwiązania hybrydowe, często działa z zaskoczenia, często cudzymi rękami, grupami najemników, za pośrednictwem przygotowanych przez agenturę prowokacji z wykorzystaniem tłumu i zwykłych kryminalistów.

Czy Putin sam wie, czego właściwie chce?

Teraz jest inaczej. To nie „zielone ludziki” stoją na granicy.

Zmobilizowanie 150 tys. żołnierzy przy granicy jest trochę nie w stylu Rosji, bardziej tradycyjnych wojen. Ta liczba to za mało na pełną inwazję, a za dużo na hybrydowy atak. Dlatego cały świat próbuje odgadnąć cel Rosji. Ukraińcy jednak nie mogą zajmować się rozwiązywaniem zagadek, przygotowują się do wszystkich scenariuszy, a poza tym muszą normalnie żyć.

Paweł Kowal mówił w rozmowie z Michałem Sutowskim, że grozi nam podważenie porządku prawnego.

Zachód nareszcie przestraszył się na poważnie takiego scenariusza, że armia jednego kraju napada na sąsiednie państwo i toczy otwartą wojnę z drugą armią, dochodzi do okupacji i dużej liczby ofiar. To byłby rozpad całej architektury międzynarodowego bezpieczeństwa. Wielkiego osiągnięcia Europy. Aneksja Krymu i najazd na Donbas wydarzyły się jednak metodami hybrydowymi. W Donbasie byli separatyści, Krym był w dużej mierze zamieszkany przez Rosjan − co, czy nam się to podoba, czy nie, Zachód jakoś częściowo uznał, choć się pod tym uznaniem nigdy nie podpisze. Teraz Putin miałby nagle roztrzaskać standard, który udało się w Europie wypracować po hekatombie II wojny światowej. I to w czasach, gdy państwa dysponują bronią nuklearną. Od tej pory wszystko byłoby możliwe.

Prezydent Zełenski mówi, że nie ma teraz bezpośredniego militarnego zagrożenia, ale jednocześnie apeluje o wsparcie do Zachodu.

Były zarzuty wobec Zełenskiego, że niepotrzebnie wszedł w konflikt z Bidenem, ale to Biden na konferencji prasowej powiedział, że Putin „pewnie będzie musiał coś zrobić, że pewnie wkroczy do akcji”. Przyznał, że nie ma jedności w Sojuszu Północnoatlantyckim, i wypowiedział jeszcze kilka innych nieodpowiedzialnych słów. Musiała je korygować później jego własna administracja.

Od tego dziwnego wystąpienia Bidena minęło też już ponad dwa tygodnie, następuje wyraźna konsolidacja szeregów sojuszniczych.

Po typowym już ociąganiu się Zachodu faktycznie nastąpiła jakaś mobilizacja. Może nawet przełom, choć Niemcom dalej nie przejdzie przez gardło, że na wypadek rozszerzenia inwazji Nord Stream 2 zostanie zamknięty. Powiedział to jednak otwarcie Biden, stojąc obok kanclerza Scholza, co jest w sumie upokarzającą sytuacją dla Niemiec. Ale sami tam zabrnęli. Płynie, choć nie ze strony Niemiec, pomoc militarna dla Ukrainy. A także pomoc finansowa ze strony USA i UE, kredyty z Francji, Niemcy też zadeklarowały jakąś pomoc, choć niekonkretnie. Jest to jednak broń defensywna i krótkiego zasięgu. Ukrainie prawie nie sprzedaje się tego, czego najbardziej potrzebuje, czyli broni przeciwlotniczej. Pozostaje też odsłonięta od strony morza. Przy okazji dokonuje się Anschluss Białorusi, a więc otoczenie Ukrainy, co dla niej, ale i dla Polski jest dramatem, a dla Rosji znaczącym postępem w odbudowie imperium.

W sprawie Ukrainy powtarzamy Monachium czy 1914 rok? [Sierakowski rozmawia z Sikorskim]

Czy Zachód do działania przekonuje właśnie geopolityka, to że Ukraina jest ważnym buforem, czy też ma wpływ postawa Ukraińców, ich determinacja do obrony?

Wszystkie badania społeczne pokazują, że gotowość Ukraińców do obrony swojego państwa jest dużo wyższa niż gotowość Polaków do obrony Polski. Jeszcze gorzej jest w Europie Zachodniej, z wyłączeniem Skandynawii. Tyle że Francja czy Holandia nie muszą się obawiać inwazji. Najbardziej nieodpowiedzialnie postępuje właśnie Polska. Poczuliśmy się częścią bezpiecznego Zachodu, rozpuszczoną rosnącym dobrobytem, zajętą całkowicie konfliktami wewnętrznymi, choć my nie jesteśmy wyspą, jak Wielka Brytania, ani nie graniczymy z Atlantykiem, tylko z agresywną Rosją. Jesteśmy następni po Ukrainie.

Przed Litwą, Łotwą, Estonią?

Razem z nimi możemy zostać zaraz państwami frontowymi. Rosja zawsze była zainteresowana naszym regionem i nie widzę powodów, żeby miało się to zmienić. Mamy na Kremlu znowu przywódcę, który wprost odwołuje się do tradycji imperialnych. Właśnie postawił ultimatum, w którym domaga się ograniczenia suwerenności Polski. To powrót do standardu naszej nowożytnej historii, którym nie jest niepodległość, tylko podległość Rosji. Nie musi wcale dojść do inwazji, ale już fakt, że Polska stanie się krajem frontowym, będzie stanowiło dla nas bardzo duży gospodarczy i geopolityczny problem. Do tego dochodzi temat uchodźców, choć akurat ich polska gospodarka bardzo potrzebuje. Musimy się też przygotować na dużo więcej problemów wynikających z zagrożenia cyberatakami, dezinformacją, wprowadzaniem tutaj agentury rosyjskiej. Jak się Rosja przestanie zajmować Ukrainą, to będzie mogła zająć się Polską. I to są bardzo złe wiadomości, na które jesteśmy zupełnie nieprzygotowani. Powiem ostrzej: gdyby Polska leżała tam gdzie Ukraina, to z obecnymi władzami już by nas Rosja dawno wzięła. Doświadczamy takiego poziomu anarchii, implozji rządzenia państwem, upadku polityki zagranicznej, przemysłu zbrojeniowego, że Rosja może mieć dla nas wyłącznie lekceważenie, które niestety nie jest nieuzasadnione.

Czy Polska, biorąc pod uwagę jej stan, rozkład, jest wiarygodnym partnerem w NATO?

Polska jest członkiem NATO drugiej kategorii, jak pozostałe państwa, które weszły w tym samym czasie. Ze względu na obietnicę złożoną Rosji nie ma u nas stałych baz NATO, możliwa jest jedynie rotacyjna obecność, czego Zachód mimo łamania zasad przez Rosję dalej się trzyma. Nawet ci żołnierze, którzy teraz przylecieli z USA, pojawili się razem z licznymi zapewnieniami, że są tylko tymczasowo. Polska wprawdzie wypełnia sojusznicze zobowiązania, jak choćby wysokość nakładów na wojsko, natomiast pozbawiła się najlepszych dowódców, ale unieważniła najważniejsze kontrakty zbrojeniowe, realizacja następnych zajmie lata, nasz przemysł zbrojeniowy jest politycznie skorumpowany, co potwierdziły ostatnio wycieki maili Michała Dworczyka. Rozwiązaliśmy własny wywiad wojskowy i całkowicie zniszczyliśmy sobie reputację. Od sześciu lat nie dajemy powodów do solidarności z Polską. Przeciwnie, dajemy dobre powody, żeby Zachód nas sobie odpuścił. Zostają nam tylko argumenty gospodarcze. Jesteśmy ważnym partnerem handlowym Niemiec. Nasz obrót z nimi jest trzy raz większy niż obrót gospodarczy Rosji, tyle że Rosja ma Gazprom, a Niemcy wyjątkową miętę do Rosji. Tak że nawet to może nie wystarczyć.

Unia przyspiesza transformację energetyczną, Rosja naciska na Nord Stream 2. Co z Ukrainą?

Tym, co robimy w Unii Europejskiej, pogrążamy nie tylko siebie, ale i Ukrainę. Po takim użeraniu się z Polską kto będzie chciał ryzykować przyjęcie Ukrainy do UE albo NATO? A mogło być inaczej. Gdyby rządził tu którykolwiek z poprzednich rządów, polski sprzeciw wobec Nord Stream 2 mógłby przeważyć szalę. Dziś Polska nie jest krajem, który może kogokolwiek do czegokolwiek przekonać.

Ukrainy Rosja nie lekceważy? Oni są zebrani, gotowi do walki, zbroją się.

Ukraińcy swoją tożsamość wywodzą z tradycji kozackiej, a jej częścią jest walka. W tym sensie Rosja byłaby bardzo naiwna, gdyby lekceważyła Ukrainę, również ukraiński potencjał demograficzny. Tymczasem rosyjskie elity lekceważą Ukraińców, i to leży w wielkoruskiej tradycji: chachły, ukry… O tym jest też manifest Putina głoszący rzekomą jedność narodu ukraińskiego i rosyjskiego. Z jakiegoś powodu niestety kazał go odczytać każdemu rosyjskiemu żołnierzowi.

Putin nie docenia Ukraińców i z tego powodu może dojść do tragedii. On zdaje się naprawdę wierzyć, że Ukraina jest do wzięcia, podbicia, zwasalizowania, a to wydaje się niewykonalne nawet dla Rosji. A gdyby nawet, to kosztem ogromnej liczby ofiar. Cena, którą Rosjanie za inwazję zapłacą, będzie bardzo wysoka. Nie twierdzę, że to najbardziej prawdopodobny scenariusz, ale gdyby zdecydował się na całościową inwazję, popełniłby błąd. Ukraińcy to za duży naród, za bardzo odrębny, za bardzo zdeterminowany do obrony.

Ukraina jest jednak pełna nierówności.

Choć w Ukrainie poziom korupcji, nierówności, podziałów jest wciąż wysoki, mam poczucie, że jeśli chodzi stosunek do kraju, do państwowości i do wojny, to pomijając izolowany kilkunastoprocentowy blok prorosyjski, elity i społeczeństwo są zjednoczone wokół obrony ukraińskiej państwowości.

A co z oligarchami?

Ci, którzy są przedłużeniem Kremla, jak Wiktor Miedwiedczuk, tracą wpływy. On sam jest w areszcie domowym, a jego kanały telewizyjne zamknięte. Ci najważniejsi oligarchowie stoją po stronie Ukrainy, choćby z tego powodu, że w wypadku najazdu Rosji stracą swoje biznesy. Ihor Kołomojski w 2014 roku sfinansował dużą część pospolitego ruszenia przeciwko separatystom w Donbasie. Oligarchia podczas wojny może zachować się lepiej niż podczas pokoju. Tego też Rosja może nie docenić. Zakłada, że Ukraina jest słabym państwem, skorumpowanym, kogo się chce, można przekupić, wystarczy trącić, by się przewróciła. Tak nie jest.

A zakładając, że Rosja nie popełni błędu i nie najedzie Ukrainy, to czego możemy się spodziewać? Męczącego, przeciągającego się stanu zawieszenia, pełnego prowokacji?

Na pewno jest tak, że sojusz z Chinami jest dużo poważniejszy, niż Zachód to zakładał. Miesiąc olimpijski Putin przeczeka, bo zależy na tym Chinom. A potem różne scenariusze są możliwe. Być może Duma rosyjska przegłosuje uznanie dwóch pseudorepublik – ługańskiej i donieckiej. Taki projekt jest złożony i ma być głosowany w lutym. Z jakiegoś powodu Rosja rozdała 800 tys. rosyjskich paszportów mieszkańcom Donbasu. Czy nie po to, żeby ich teraz „chronić” przed faszystami z Ukrainy? Może tam wprowadzić wojska nie rosyjskie, ale organizacji układu o bezpieczeństwie zbiorowym ODKB i postawić Ukrainie wojskowe ultimatum, żeby też je uznała.

Chodzi o wojska, które ostatnio pomogły pacyfikować protesty w Kazachstanie.

Tak. To polityków ukraińskich postawi w tragicznej sytuacji: niezgoda będzie oznaczać wojnę, a zgoda będzie oznaczać trzeci Majdan, który też zostanie przez Rosjan odczytany jako casus belli. A Zachód znów nie będzie mógł się dogadać, czy to wojna, czy nie. Gdyby nie było ofiar i Rosja działałaby pod przykryciem separatystów albo innymi rzekomo cudzymi rękami, to Zachód może cisnąć Ukrainę, żeby dogadała się z Rosją i zawarła jakieś kolejne niekorzystne porozumienie mińskie. Rozmawiałem z posłami od Poroszenki i od Zełenskiego, byłymi ministrami spraw zagranicznych i wewnętrznych, ekspertami od wojen hybrydowych. W jednym byli zgodni: za nic nie zgodzą się na pokój, który miałby uzależnić Ukrainę od Rosji. Od zgniłego pokoju wolą wojnę. Nie tyle zakładają, że ją wygrają, ile że Rosja ją przegra. Poniesie zbyt dużo ofiar. Putin dostanie swój Afganistan. Oby nie musieli tego sprawdzać.

**
Sławomir Sierakowski
− współzałożyciel Krytyki Politycznej. Prezes Stowarzyszenia im. Stanisława Brzozowskiego. Socjolog, publicysta. Ukończył MISH na UW. Pracował pod kierunkiem Ulricha Becka na Uniwersytecie w Monachium. Był stypendystą German Marshall Fund, wiedeńskiego Instytutu Nauk o Człowieku, uniwersytetów Yale, Princeton i Harvarda. Obecnie Richard von Waizsäcker Fellow w Robet Bosch Academy w Berlinie. Jest członkiem zespołu „Polityki”, stałym felietonistą Project Syndicate i autorem w „New York Timese”, „Foreign Policy” i „Die Zeit”.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Katarzyna Przyborska
Katarzyna Przyborska
Redaktorka strony KrytykaPolityczna.pl
Redaktorka strony KrytykaPolityczna.pl, antropolożka kultury, absolwentka The Graduate School for Social Research IFiS PAN; mama. Była redaktorką w Ośrodku KARTA i w „Newsweeku Historia”. Współredaktorka książki „Salon. Niezależni w »świetlicy« Anny Erdman i Tadeusza Walendowskiego 1976-79”. Autorka książki „Żaba”, wydanej przez Krytykę Polityczną.
Zamknij