Świat

Sasnal: Irak. Rozpad państwa?

Jeśli Irak ma utrzymać kształt, jaki znamy – jego premier musi oddać władzę.

Michał Sutowski: „Iraku, spoczywaj w pokoju. Tego kraju już nie ma. Irak przestał istnieć” – tak jeden z zachodnich komentatorów rozpoczął swój artykuł na temat niedawnych wydarzeń w tym kraju. Chodziło mu o aspiracje Kurdów do utworzenia własnego państwa, ale także o ekspansję sunnickich dżihadystów deklarujących zamiar utworzenia kalifatu na terenie północnego Iraku – pod hasłem Islamskiego Państwa Iraku i Lewantu. Dziesięć lat temu zastanawialiśmy się, czy w Iraku będzie demokracja. Czy dziś faktycznie warto pytać – czy państwo Irak w ogóle przetrwa?

Patrycja Sasnal: Można znaleźć argumenty na rzecz tezy, że Irak się rozpadnie, ale raczej natury historycznej. Prawdą jest bowiem, że jako państwo był to byt dość nienaturalny, podzielony na trzy części etniczno-religijne: na południu kraju mieszkają szyici, stanowiący około 65 procent ludności, w centrum sunnici – około 30 procent, a do tego Kurdowie na północy – to również sunnici, ale odrębni etnicznie. Do tego dochodzą jeszcze mniejszości turkmeńskie czy Kurdowie szyiccy.

To dlatego, że zachodnie mocarstwa wyrysowały linijką granice wzięte z sufitu?

To bardziej skomplikowane. Irak uzyskał niepodległość w 1932 roku, ale jego historia zaczyna się tak naprawdę od rozpadu imperium osmańskiego w efekcie I wojny światowej. Prawdą jest, że granice ustalano głównie między Wielką Brytanią a Francją i że rysowano je na biurkach w Londynie i w Paryżu, również przy użyciu linijki, dlatego między Syrią, Irakiem i Arabią Saudyjska mają one dość nienaturalny przebieg.

O ile jednak można ówczesnym przywódcom Zachodu wiele zarzucić, to akurat niekoniecznie głupotę. Oni dobrze wiedzieli, jak złożoną mozaikę stanowi ten obszar – imperium osmańskie składało się z ponad 20 etnosów i wyznań – i do dziś nie znamy odpowiedzi na pytanie, czy lepiej byłoby je podzielić aż na tyle państw.

Niemniej granice te są problematyczne.

Na tyle, by rozsadzić państwo?

W tym rzecz, że od uzyskania przez Irak niepodległości minęło przeszło siedem dziesięcioleci. Projekt polityczny Baasu, a więc partii socjalizmu i nacjonalizmu panarabskiego, wspólnej dla Syrii i Iraku, miał w założeniu scalić ten dziwny twór w jedno państwo i jeden naród. Nawet ostatni przywódca tej partii w Iraku, czyli Saddam Husajn, pochodzący z mniejszości sunnickiej, nie podkreślał tak bardzo różnic religijnych – chodziło przede wszystkim o naród, o wspólną tożsamość i o socjalistyczną jedność. Choćby po to przesiedlano Arabów sunnickich na terytoria kurdyjskie – podziały etniczne nie miały się pokrywać z geograficznymi.

I ten projekt narodowotwórczy się udał?

Wiele można zarzucić rządom partii Baas, może najwięcej Saddamowi Husajnowi, ale od 1932 do 2003, czyli do inwazji USA minęło przeszło 70 lat – i w tym czasie narodziła się wspólna, narodowa tożsamość iracka. Kiedy mówimy o podziałach wewnętrznych, musimy pamiętać, jak istotna jest siła określonej warstwy tożsamości.

I która zwycięża w Iraku?

Wojna z Iranem w latach 80. pokazała, że warstwa „narodowa” okazała się silniejsza od tej „religijnej”. Większość piechoty irackiej to byli przecież szyici, którzy walczyli na froncie z szyitami irańskimi.

Warto skądinąd przypomnieć, że Zachód i Arabia Saudyjska wspierały wtedy Husajna, który masowo używał wówczas broni chemicznej – Irańczycy to jej najliczniejsze do dziś ofiary.

30 tysięcy ludzi od niej zginęło, 100 tysięcy do dziś cierpi z powodu obrażeń… W tej wojnie walczono pod sztandarami narodowymi, acz dochodził jeszcze podział etniczno-cywilizacyjny: iraccy Arabowie kontra irańscy Persowie. Ci drudzy mają poczucie wyższości cywilizacyjnej, ale zarazem kompleks bycia podbitym przez Arabów: czołowe nazwiska arabskiej literatury to Persowie, podobnie doradcy kalifów arabskich, część kanonu poezji arabskiej to naprawdę poezja perska, choć pisana po arabsku… Zarazem Arabowie okazywali się silniejsi militarnie.

Czy zatem dziś możliwy jest rozpad Iraku? Po linii politycznej, religijnej, etnicznej?

Jest możliwy – na dwa sposoby. Może oznaczać po prostu odłączenie się Kurdystanu i ogłoszenie jego niepodległości, może to też być całościowy rozpad kraju na trzy części. W dłuższej perspektywie wygląda na to, że Kurdowie będą się od Bagdadu oddalać, natomiast na rzecz nieoddzielania się sunnitów od szyitów przemawia ekonomia. Złoża ropy są na terenach szyitów i u Kurdów – odłączając się od szyickiej większości sunnici straciliby swe konstytucyjne prawo do części dochodów z jej sprzedaży.

Zacznijmy od irackiego Kurdystanu – dlaczego właściwie Turcja mu sprzyja? Jeszcze kilka lat temu Ankara brutalnie zwalczała aspiracje Kurdów do jakiejkolwiek formy niezależności.

Turcja aż do inwazji amerykańskiej, a może nawet do 2005-2006 roku uznawała, że nie można wspierać w żaden sposób aspiracji irackich Kurdów ani ułatwiać Kurdom życia gdziekolwiek – a jest ich aż 27 milionów, z czego 5 milionów w Iraku, do tego mnóstwo w Syrii, w Iranie, no i właśnie w Turcji. Bo jak powstanie choćby jeden zalążek autonomii, to będzie sygnał dla innych, żeby się do niej przyłączyć albo walczyć o własną. Przebieg relacji między Turcją a Bagdadem i między Turcją a Irbilem – stolicą irackiego Kurdystanu – sprawiły jednak, że Ankara zmieniła zdanie.

Przez gospodarkę?

Nie tylko. Okazało się, że Kurdowie tureccy, z którymi rząd w Ankarze zaczął normalizować stosunki w ostatnich latach, wcale tak się nie spieszą do niepodległości. Do tego reprezentują inną frakcję niż Kurdowie iraccy: upraszczając nieco, Oçalan i radykalna społecznie Partia Pracujących Kurdystanu to co innego niż Masud Barzani, prezydent Kurdystanu irackiego. Kiedy ten otrzymał autonomię – okazało się, że i politycznie, i gospodarczo jest mu najbliżej właśnie do Turcji. To ona jest pierwszym partnerem gospodarczym Irbilu, niemal wszystkie tamtejsze transakcje ze światem zewnętrznym przechodzą przez pośredników tureckich. Do tego niedawno iraccy Kurdowie sprzedali przez Turcję cztery tankowce swej ropy.

A co w tym nadzwyczajnego?

Bo teraz uczynili to bez zgody Bagdadu. Ropa z Kurdystanu cały czas szła do Turcji rurociągiem do Ceyhan, ale zawsze za zgodą stolicy – centrala zbierała dochody i dopiero potem redystrybuowała do poszczególnych regionów. Teraz wszystko zostaje w Kurdystanie. Do tego – w kontekście Turcji – warto dodać, że iracki Kurdystan nieźle żyje też z Iranem, co dobrze wpisuje się w cieplejsze ostatnio relacje obydwu jego sąsiadów. Kluczem jest tu eksport surowców energetycznych, głównie ropy i import całej reszty – partnerami dla Kurdów są właśnie Turcy i Irańczycy.

Kurdystan iracki myśli o sobie jako o czymś w rodzaju nowych Emiratów Arabskich, jako o potencjalnym mocarstwie eksportującym ropę.

Irak może Kurdów przy sobie zatrzymać?

Kiedy Kurdowie zaczęli zatrzymywać zyski z eksportu ropy, Bagdad obciął państwowe transfery do Kurdystanu, należne na podstawie konstytucji. To uderzyło w mnóstwo miejsc pracy tamtejszego sektora publicznego i zmusiło Kurdów do szukania pożyczki w Turcji. Takie działania nie poprawiają stosunków Irbilu z Bagdadem, ale z drugiej strony, jeśli pieniądze nie będą płynąć, Kurdowie będą mieli problem. Zajęli wprawdzie Kirkuk – przy okazji inwazji dżihadystów – i teraz mają już prawie całą ropę z północy Iraku. Nie mają jednak sposobności szybko zwiększyć wydobycia – docelowo musieli by wydobywać 800 tysięcy baryłek dziennie, żeby zrównoważyć brak transferów ze stolicy kraju. A dziś wydobywają tylko 160 tysięcy!

Mogą być niezależni, ale tylko jako petropaństwo?

Tak, ale uzyskanie względnej autarkii trwa, a oni nie mają pieniędzy. Bagdad jest im wciąż potrzebny i dlatego premier Iraku Nuri al-Maliki ma pewne karty przetargowe.

Nie wiadomo za bardzo, co by Kurdom dała formalna niepodległość – i tak są prawie niezależni gospodarczo i militarnie, mają swoich Peszmergów. Z Irakiem, paradoksalnie, łączy ich wspólny wróg.

Paradoksalnie, bo ekspansja IPIL zarazem osłabia integralność państwa irackiego. Trudno jednak wyobrazić sobie irackim Kurdom, by to Turcja wkroczyła i pomogła im się bić z dżihadystami. Sami Peszmergowie mogą być za słabi, a do tego nastąpił już niebezpieczny precedens w Halabdży – tym samym miejscu, gdzie w 1988 roku Saddam zagazował 5 tysięcy Kurdów – gdzie około 150 Kurdów przyłączyło się do dżihadystów. Jeśli sytuacja gospodarcza w Kurdystanie się pogorszy, istnieje zagrożenie, że więcej młodych ludzi się do nich zgłosi. Tymczasem elita irackich Kurdów nie ma – poza eksportem ropy – wizji rozwoju kraju, nie ma spójnego pomysłu na dywersyfikację gospodarki. Krótko mówiąc – przy groźbie wzrostu społecznego poparcia dla dżihadystów i na wypadek ataków z ich strony Bagdad się Kurdom przyda.

Skąd wzięło się Islamskie Państwo Iraku i Lewantu? Co to jest właściwie – ruch polityczny, armia terrorystów, rodzące się państwo?

Zacznę od tego, że znamy ich głównie dzięki tekstom, które można przeczytać w internecie, przy czym nie są to skomplikowane manifesty, całościowe wizje ani tym bardziej plany społeczno-gospodarcze. Trudno z nich wywnioskować, jak miałoby wyglądać ich państwo; publikowane  w sieci wypowiedzi są krótkie, niekonkretne, często sprzeczne ze sobą. Wiemy za to, dzięki YouTube, jak zachowują się ludzie w miastach, gdzie objęli oni władzę. Wygląda na to, że podstawowa dla nich infrastruktura państwa to nowy sąd w każdym miasteczku.

Sąd szariacki?

Szariat to ogólne określenie prawa muzułmańskiego – w tym wypadku mamy szariat interpretowany wg bardzo radykalnej szkoły jurysprudencji. IPIL to salafici – od słowa „salaf”, które oznacza przodka. Oni chcą żyć tak, jak wg ich wyobrażeń żył prorok.

Salafici to to samo co wahabici?

Czasem są z nimi utożsamiani, ale wahabici to podkategoria salafitów – to ci, co podążają za naukami Ibn Abd al-Wahhaba, radykalnego teologia z XVIII wieku. Salafitom z IPIL chodzi po prostu o utworzenie kalifatu, państwa islamskiego na czele z kalifem, przywódcą duchowo-politycznym. Zdobywając dziś kolejne miasta, chcą przywoływać myśl Mahometa z VII w., który podbojami tworzył dar al-islam (obszar islamu). W kalifacie nie będzie niewiernych – szyitów, chrześcijan, Żydów rzecz jasna – tych trzeba wypędzić lub zabić, i na tym ma polegać modus vivendi kalifatu, który utworzyło IPIL.

Gdzie?

Dziś opanowali północno-wschodnią Syrię i północno-zachodni Irak, choć kontrolują raczej miasta niż obszar między nimi. Pod ich panowaniem żyje jakieś 6-7 milionów ludzi – całkiem sporo, bo to tyle, ile liczy np. Izrael.

Kiedy z zajmowanych przez nich miast uciekli ich wrogowie, ludność zazwyczaj się podporządkowywała – dla niej nie jest najważniejszy wybór: autokrata ten czy inny, ważne, żeby pobliska piekarnia działała.

A czym się IPIL różni od innych autokratów?

Mniej im zależy na dostarczeniu do miasteczka internetu, a bardziej na słusznych wyrokach sądu… To różnie wygląda – na zajętym przez nich terenie Iraku jest pustynia – siłą rzeczy tam władzy centralnej zawsze było mniej, a teraz nagle jest ktoś – IPIL. Na pustyni mieszkają plemiona, którymi tradycyjnie rządzi starszyzna. I ona miała różne powody, żeby się z dżihadystami ułożyć. Wśród sprzymierzonych z nimi po ich blitzkriegu Irakijczyków zaczynają się zresztą rozłamy: ostatnio dżihadyści zabrali z domów „na przesłuchanie” kilkudziesięciu byłych baasistów i ci dotychczas nie wrócili. Wygląda na to, że ogłoszenie przez IPIL powstania kalifatu to jednak krok za daleko dla byłych członków partii Husajna, starych świeckich nacjonalistów. Dżihadyści próbują ich spacyfikować, bo i cały ten sojusz jest raczej taktyczny – ideologicznie zbyt wiele ich różni.

Wojna błyskawiczna wymaga broni, zorganizowanej armii. Kto ich uzbroił?

W tym wypadku niekoniecznie tak jest. Siła dżihadystów polega na zdolności zawierania lokalnych sojuszy i wyzyskiwaniu frustracji lokalnych elit wobec rządów w Damaszku i Bagdadzie. Poza tym w Iraku wojsko przed nimi uciekło, więc przejęli oni część sprzętu od armii irackiej. Do tego mają dużo pieniędzy: w Syrii zdobyli je, sprzedając ropę, a np. w irackim Mosulu zrabowali gotówkę z banków. Szacuje się, że ich liczebność wynosi dziś około 15 tysięcy – a to znaczy, że najważniejsi są ludzie współpracujący czy gotowi się im poddać. To zarazem pokazuje skalę frustracji i słabość irackiego państwa. Dla normalnych muzułmanów ich poglądy to zupełny absurd – to przecież skrajni fanatycy, gotowi zabijać wszystkich niewiernych i budować nowy kalifat!

Skąd się wzięli? Przybyli ze zrewoltowanej Syrii?

Nie, źródło tego ruchu leży w roku 2003 – mówię oczywiście o inwazji amerykańskiej na Irak.

Nikt nie twierdził ani nie twierdzi, że Saddam Husajn był w porządku, albo że stosunki społeczne i polityczne w latach 80. czy 90. były w Iraku właściwe. Cały ten region jest przecież rządzony autokratycznie: na liście Economist Intelligence Unit pierwsze państwo arabskie jest poniżej 90. miejsca, aż do ostatnich – Syrii i Arabii Saudyjskiej będących blisko dna. To region niedemokratyczny, rządzony żelazną ręką przez ostatnie kilkadziesiąt lat. Kiedy jednak wchodzi tam obca siła wojskowa i chce zaprowadzić porządek – dzieje się więcej złego niż dobrego.

Ale co to znaczy konkretnie? Że jednego bandytę zastąpił inny? I jak to się ma do naszych dżihadystów?

W Iraku w latach 2006-2007 trwała wojna domowa, której efektem było na pewno ponad 100 tysięcy ofiar, wg niektórych statystyk 800 tysięcy. Polityczna wojna z podłożem religijnym. USA rozwiązały iracką armię, przez co setki tysięcy ludzi nagle musiały jakoś odnaleźć nowe miejsce w rzeczywistości. Zresztą cała polityka „debaasyfikacji” nie była ani szyicka, ani iracka, była amerykańska – Christopher Hill, amerykański ambasador w Iraku, mówi to expressis verbis w swym artykule. Była błędem, bo Baas przez kolejne dziesięciolecia przenikał do wszystkich struktur państwa i społeczeństwa.

Amerykanie za wzór wzięli denazyfikację Niemiec po wojnie – nie biorąc pod uwagę wszystkich różnic – i chcieli to powtórzyć w Iraku. Nie rozumieli, że Baas to nie tylko przynależność do partii, ale cały system koneksji, relacji społecznych.

Hill pisze, że baasizm w Iraku zszedł aż do poziomu szkoły podstawowej – usuwano więc ze stanowisk nawet dyrektorów podstawówek! Na tym podłożu społecznym wzmacniała się al-Kaida. Ewoluowała ona oczywiście od czasu wojny w Afganistanie, zmieniała się zależnie od okoliczności i przenosiła z miejsca na miejsce, ale zawsze zachowywała bardzo antyzachodni charakter.

To znaczy, że IPIL wyrasta na gruncie dawnej al-Kaidy, sprzymierzonej z sierotami po Husajnie?

Kiedy Abu Musaw al-Zarkawi, szef irackiej al-Kaidy, został w 2008 roku zabity przez Amerykanów, uważano to za symboliczny jej koniec. Ale przecież ci ludzie zostali na miejscu, pracowali, żyli, przeczekiwali, aż Amerykanie z Iraku wyjdą. A koniec 2011 roku, czyli wycofanie amerykańskiej armii, zbiegło się do tego z Arabską Wiosną, ruchem masowym i autentycznym, ale powodującym chaos i próżnię w regionie. To jest idealna sytuacja dla takiego ruchu politycznego, jak dżihadyści z IPIL.

Jak się do tego wszystkiego ma państwo irackie? Czy jest zdolne utrzymać stabilność kraju, równoważyć interesy różnych grup, nie mówiąc o gwarancji jakiegoś postępu społecznego czy modernizacji?

Do 2003 roku panował w Iraku baasistowski socjalizm – Saddam Husajn utrzymywał rządy mniejszości sunnickiej nad większością społeczeństwa, acz głównie w wymiarze klanowym, a nie religijnym. Lata 2003-2005 to inwazja i wojna, a ostatnie dziesięciolecie to okres dominacji szyickiej, a konkretnie partii premiera Nuriego al Marikiego i wielkiej koalicji. Dominacja szyitów jest niemal absolutna, bo i taka wynika z liczb: jeśli w państwie, w którym jedna religia wyraźnie dominuje, urządzi się demokratyczne wybory, to one wyniosą do władzy tę dominującą grupę. I trudno było się spodziewać, żeby nagle, po tylu latach narzuconego centralnie socjalizmu z ideologią baasistowską szyici wygrali wybory, po czym demokratycznie, konsensualnie i inkluzywnie rządzili z równie szczęśliwymi sunnitami. Dla nich to był rewanż, okazja do odwetu po latach dominacji sunnitów, a do tego sam Nuri al Maliki to autokrata z krwi i kości.

Obowiązuje jakieś „liberalne minimum”, jakieś gwarancje praw mniejszości?

Z punktu widzenia litery konstytucji jest rewelacyjnie: w irackim parlamencie zasiadają kobiety w chustach i bez chust, mężczyźni z brodami i ogoleni… Parlament i konstytucja z wierzchu wyglądają świetnie, ale praktyka rządzenia jest dużo gorsza. Nawet jeśli pierwotna wizja ustroju była niezła, to później nastąpiła debaasyfikacja, połączona z dominacją polityczną szyitów, a do tego dochodzi jeszcze styl prowadzenia polityki przez al-Marikiego. Podporządkował on sobie resorty siłowe, to on ma pełne zwierzchnictwo nad irackimi MSW i MON – to sytuacja wyjątkowo niedemokratyczna.

Jak korzysta ze swoich uprawnień?

Policja najeżdża w domu ministra finansów, bo rzekomo wspiera terroryzm, sunnicki wiceprezydent kraju za to samo otrzymuje in absentia wyrok śmierci – obecnie ukrywa się w Turcji. Do tego wszystkiego korupcja i zawłaszczenie państwa przez szyicką elitę sięgnęło zenitu. Zestawmy tylko 2 wskaźniki – Irak jest 7. producentem ropy na świecie, a jednocześnie wg danych Banku Światowego 30 procent ludności żyje poniżej krajowej granicy ubóstwa – to wiele mówi o sposobie podziału tamtejszego dochodu narodowego. W prowincji Anbar prąd elektryczny jest dostępny kilka godzin dziennie, co wynika jasno choćby z amerykańskich depesz dyplomatycznych.

Tych jawnych?

Nie, z WikiLeaks oczywiście. 

Czy ta sytuacja stwarza IPIL szanse na ekspansję, rozbicie Iraku, utrzymanie władzy, stworzenie kalifatu?

Nie sądzę. Po pierwsze, dżihadyści nie mają poparcia ludności en gros; mogą zyskać taktyczne poparcie przywódców lokalnych, tzn. ludzi decydujących o tym, kto chodzi z karabinem na ulicy. Na pewno nie przeciętnego Mohameda, Ahmada czy Leyli. Ktoś w Syrii wyliczył, że około 4 procent ludności faktycznie ich popiera, można podejrzewać, że w Iraku jest podobnie. Ludzie najzwyczajniej się ich boją, na filmach widać np., że w syryjskiej prowincji Rakka nie ma ani jednej kobiety na ulicy, jacyś chłopcy spacerują po zburzonym meczecie…

Uzbrojeni salafici sieją terror, domagają się od ludności szyickiej przechodzenia na sunnizm. Nie sądzę, by mogli zbudować jakkolwiek trwalsze państwo; zdołają zapewne utrzymać terytorium przez jakiś czas, ale nie wydają się zdolni do ekspansji.

Liderzy lokalnych społeczności, zwłaszcza jeśli byli baasistami, nie mają „uniwersalistycznych” aspiracji, nie chcą żadnego kalifatu. Poza tym wpływ na nich – choćby poprzez wsparcie finansowe – wywierać może Arabia Saudyjska. Saudowie też boją się kalifatu, bo choć są sunnitami, to przecież dżihadyści traktują ich jako sprzymierzeńców niewiernych, tzn. USA. Pytanie brzmi tylko: czy Saudowie przezwyciężą swą nienawiść do szyizmu i do Iranu, którego najzwyczajniej się boją, czy podejmą działania przeciwko dżihadystom i przekonają liderów lokalnych do współpracy z rządem w Bagdadzie?

Czy taki konflikt daje się rozwiązać siłami wewnątrz Iraku? A może należy się spodziewać jakiejś obcej interwencji?

Przede wszystkim Nuri al Maliki nie może pozostać premierem, o ile Irak ma utrzymać kształt, jaki znamy – będzie musiał oddać władzę. Po raz trzeci wygrał wybory i chciałby zapewne rządzić dekady, ale nie jest elementem spajającym kraj, tylko wręcz przeciwnie.

Najlepszy scenariusz, moim zdaniem, wyglądałby tak, że al-Mariki oddaje władzę, a szyici – w oparciu zresztą o wynik ostatnich wyborów – tworzą rząd jedności narodowej wspólnie z sunnnitami i Kurdami.

To zresztą od początku miał być model analogiczny do libańskiego, opartego na konfesjonalizmie: np. przewodniczący parlamentu sunnita, premier szyita i prezydent Kurd. Odejście Malikiego byłoby dobrym argumentem dla sunnitów, aby odwrócili się od dżihadystów. Podobny scenariusz w 2007 zrealizowali Amerykanie, tzw. przebudzenie w Anbar – przekupili wówczas sunnickich przywódców, żeby odwrócili się od al-Kaidy. Jeśli to się uda, wówczas Islamskie Państwo Iraku i Lewantu zacznie się kurczyć. Do tego potrzebna jest jednak zmiana w Bagdadzie.

A czy militarnie armia iracka jest w stanie sobie poradzić z siłami IPIL?

Prawdopodobnie tak, choć obecne rozdawnictwo przez rząd broni i pieniędzy dla ochotników jest pomysłem problematycznym. Pobierają ją głównie szyici, choć nigdy nie jest przesądzone, jak z niej skorzystają.

Armia też jest szyicka?

Niestety, od czasów „reform” Malikego już tak – od kiedy Amerykanie opuścili Irak, pomysł armii wieloetnicznej poszedł do kosza.

A czy powinniśmy się spodziewać jakiejś interwencji z zewnątrz?

Amerykanie na pewno nie zostawią Iraku na lodzie, jeśli zagrożony byłby Bagdad – choć to mało prawdopodobne; to 7-milionowe, głównie szyickie miasto, które zdolne byłoby nawet samo się obronić przed IPIL. Pomoc sprzętowa i finansowa spływa do Iraku cały czas, do tego kilkuset doradców wojskowych jest na miejscu. Co ciekawe, w dzisiejszym Bagdadzie liczba Amerykanów i liczba doradców z irańskiej Gwardii Rewolucyjnej jest podobna – oba kraje Irak wspomagają, a ich wysłannicy rozmawiają tam zazwyczaj z tymi samymi ludźmi, choć w innym czasie.

To się dzieje za porozumieniem stron?!

Do 20 lipca Iran i USA negocjują porozumienie atomowe, tzn. jego zmianę bądź przedłużenie, a zatem na pewno rozmawiają też o sytuacji w Iraku. Jeśli nawet nie współpracują wprost, to raczej nie będą sobie przeszkadzać. Powtórzę jednak: ograniczona interwencja USA, tzn. na przykład ostrzał wroga, możliwa jest tylko wówczas, gdyby zagrożony był Bagdad i tym samym cały polityczny projekt Amerykanów dotyczący Iraku. Iran z kolei też pomógłby w wypadku zagrożenia Bagdadu, zapewne wysłałby kilka tysięcy żołnierzy do walki, ale także wtedy, jeśli zagrożone byłyby święte miejsca szyizmu znajdujące się na terenie Iraku, czyli Karbala i Nadżaf.

Arabia Saudyjska też może się zaangażować?

Saudowie nie angażują się „wręcz”, oni raczej płacą, uprawiają cichą dyplomację, ale nie walczą, bo też nie mają czym.

A jak w tym wszystkim swoje interesy postrzega Izrael?

Izrael zaangażował się w tę sytuację o tyle, że publicznie poparł niezależność Kurdystanu irackiego, a przez izraelskie porty Kurdowie sprzedają ropę.

Ale to przecież działa na niekorzyść integralności terytorialnej Iraku, a zatem pośrednio – na korzyść dżihadystów.

Tak, uznanie aspiracji niepodległościowych Kurdów akurat w tym momencie wydaje się mocno nieodpowiedzialne. Dotychczas przecież Izrael stosował taktykę niewypowiadania się w kwestii arabskiej wiosny, ale teraz widzą, że i tak sytuacja sama rozwiązuje się po ich myśli, np. w Egipcie wraz z prezydentem Sisim powrócił autorytaryzm i stara stabilizacja. To jest oczywiście na rękę Izraelowi, o czym tamtejsi politycy mówią wprost.

Powinni zatem popierać dość „pragmatyczny” w końcu zamordyzmu al-Malikiego.

Ale nie zamordyzm szyicki, nie taki, który wzmacnia Iran! Pamiętajmy, że dziś Arabowie i Palestyńczycy to dla Izraela problem trzeciorzędny, pierwszorzędny jest Iran, w związku z czym będą wspierać wszystkie obiektywnie antyirańskie zjawiska i procesy. W Iranie żyje 7 milionów Kurdów – może dla interesów Izraela dobrze by było, gdyby Iran zaczął mieć z nimi wewnętrzne problemy?

W tej układance zostaje jeszcze Turcja, sprzyjająca Kurdom. Może się włączyć w ten konflikt bezpośrednio?

Turcja nie chciała się zbrojnie angażować w konflikt w Syrii; obecnie nie ma też bezpośredniej granicy z częścią Iraku będącą pod kontrolą dżihadystów – buforem jest iracki Kurdystan. Owszem, graniczy z terenami IPIL w Syrii, ale dżihadyści nie atakowali dotychczas Turcji. Dopóki zatem iracki Kurdystan nie będzie zagrożony, dopóty Turcja w Iraku nie zainterweniuje.

Dr Patrycja Sasnal – doktor nauk politycznych (UJ), magister arabistyki, stypendystka Fulbrighta w Paul H. Nitze School of Advanced International Studies (SAIS) na John Hopkins University; kierowniczka projektu Bliski Wschód i Afryka Północna w Polskim Instytucie Spraw Międzynarodowych; autorka i redaktorka publikacji takich jak m.in. Polityka Stanów Zjednoczonych wobec aktorów w konflikcie arabsko-izraelskim: między Bushem a Obamą (2009) czy Still awake: the beginnings of Arab democratic change (2012); komentowała i analizowała wydarzenia międzynarodowe m.in. na łamach „Polityki”, „Gazety Wyborczej”, LeMonde.fr oraz EUObserver.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Michał Sutowski
Michał Sutowski
Publicysta Krytyki Politycznej
Politolog, absolwent Kolegium MISH UW, tłumacz, publicysta. Członek zespołu Krytyki Politycznej oraz Instytutu Studiów Zaawansowanych. Współautor wywiadów-rzek z Agatą Bielik-Robson, Ludwiką Wujec i Agnieszką Graff. Pisze o ekonomii politycznej, nadchodzącej apokalipsie UE i nie tylko. Robi rozmowy. Długie.
Zamknij