Kraj, Świat

Porwanie Ryanaira: A co, jeśli Białorusi już nie ma i graniczymy tam z Rosją?

„Jeśli ktoś drwił z tzw. doktryny Giedroycia, to ma ją teraz jak na dłoni: albo istnieją nasi niezależni sąsiedzi, albo mamy długą granicę z autorytarną i nieobliczalną Rosją. I wtedy polski sen o bezpiecznej granicy kończy się boleśnie”. O skutkach porwania samolotu Ryanaira opowiada Paweł Kowal w rozmowie z Michałem Sutowskim.

Michał Sutowski: Czy przymusowe sprowadzenie samolotu pasażerskiego na ziemię przez służby białoruskie w celu aresztowania opozycjonisty Ramana Pratasiewicza to jest jakiś precedens? Wydarzyło się coś wyjątkowego?

Paweł Kowal: To wydarzenie nowe i w polityce Białorusi, i stosunkach międzynarodowych – bo podobne przypadki zdarzały się bodaj kilka razy w historii, no i całkowicie nowe w stosunkach polsko-białoruskich. Samolot jest zarejestrowany w Polsce, na jego kadłubie widnieją polskie flagi, a Pratasiewicz przebywał w Polsce, przez co powinien być pod ochroną naszego państwa.

Czy ściągnięcie na ziemię tego samolotu to był akt polityki wewnętrznej Białorusi, czy po prostu polityka zagraniczna? Oni to zrobili po to, żeby nam coś pokazać, czy załatwiali jakieś swoje sprawy?

Na płaszczyźnie analitycznej można dywagować, czy to jest element jakiejś gry wewnętrznej w Białorusi, gry w obozie władzy. Ale na poziomie praktycznej polityki nie ma właściwie pola na takie rozważania. Białoruś jest uznawanym podmiotem prawa międzynarodowego, którego władze dopuściły się aktu terroryzmu państwowego i niezależnie od tego, co się dokładnie kryje za kulisami tego wydarzenia – ten jeden fakt jest poza dyskusją. Prezydent Łukaszenka ponosi odpowiedzialność za to, co się wydarzyło.

A możemy jednak te pytania postawić? O co mogło chodzić?

Na pewno wyraźny jest wątek rosyjski, czego możemy domniemywać na zasadzie ogólnej znajomości rzeczy. Wiemy, że Rosjanie kontrolują białoruskie służby specjalne, że na pokładzie samolotu byli agenci rosyjscy, którzy wysiedli w Mińsku, że wreszcie Pratasiewicz obserwowany był już w Atenach. A zatem tak, możemy przypuszczać, że to był element rozgrywki w otoczeniu Łukaszenki dotyczący jego relacji z Zachodem. I oczywiste jest, że ten ruch go całkowicie w oczach Zachodu dyskredytuje.

Ale to by sugerowało, że to nie był tak naprawdę jego ruch. Skoro coś podobnego wiąże prezydentowi Białorusi ręce…

Mogło tak być, że został niejako postawiony przed faktem dokonanym, mogło być odwrotnie. Niemniej powtórzę, z punktu widzenia oczekiwanej reakcji Polski to bez znaczenia, ona musi być jednoznaczna.

Musi… A jest?

Biorąc pod uwagę oświadczenie Prezydenta RP z niedzieli wieczór, mam wrażenie, że on nie do końca zrozumiał wagę tego, co się wydarzyło. Oto przeciw polskiemu statkowi powietrznemu został wysłany uzbrojony myśliwiec MiG-29, wymuszając lądowanie, zaś prezydent pisał w oświadczeniu na Twitterze o jakichś „wydarzeniach na Białorusi”. To jest sytuacja całkowicie nowa, która stawia polską dyplomację w trudnym położeniu i wymaga niestandardowych działań…

Jakich?

W niedzielę wieczorem prezydent powinien wygłosić orędzie, powinien on też zwołać Radę Bezpieczeństwa Narodowego, skorzystać z ośrodków eksperckich. Zwolennicy Andrzeja Dudy dziwili się moim ostrym komentarzom na ten temat, ale przecież w swojej wypowiedzi na Twitterze prezydent nie potrafił nawet nazwać tego, co się wydarzyło. Mimo że do tego czasu youtuberzy zdążyli parę filmów na ten temat nakręcić.

Z czego wynika zachowanie prezydenta?

Z tego, że imposybilizm, wbrew temu, co czasem twierdzi Jarosław Kaczyński, to nie jest problem opozycji demokratycznej, tylko immanentna cecha polskiej polityki zagranicznej, a zwłaszcza wschodniej − tego rządu. Wyraźnie to było widać już w sytuacji, kiedy wczesną wiosną Władimir Putin gromadził wojska na granicy z Ukrainą.

To znaczy?

Najpierw mieliśmy praktyczny brak reakcji polskich władz, a potem niefortunne i niezręczne oświadczenie ministrów spraw zagranicznych Grupy Wyszehradzkiej. Na szczęście potem minister Rau oddzielnie pojechał do Kijowa, co nieco uratowało sytuację. Widać jednak było, że to kiepskie, wspólne oświadczenie wynika z ulegania Węgrom.

To jest ilustracja jakiegoś szerszego zjawiska?

Oczywiście, zwłaszcza w relacjach wobec państw Unii Europejskiej. „Nie mogę”, „nie da się”, „oni nas nie lubią”, słowem: „Niemcy nas biją”, a „Bruksela gnębi” – to już się staje refrenem polityki zagranicznej tego rządu. Zresztą przykład Czechów i sprawy Turowa tylko to potwierdza.

A to niby dlaczego?

Wprost niepojęte jest, że nie potrafimy się przygotować merytorycznie i prawnie do czegoś, co jest spodziewane. Choć w sumie nie, to jest do pojęcia: trudno, by było inaczej, skoro urzędy są przetrzebione, eksperci poodchodzili i na ich miejsce władza poprzyjmowała swoich. Sprawą Turowa zajmują się spółki energetyczne, które nie są do tego przygotowane.

Spisek niemiecko-brukselski, czyli… Czesi zamknęli nam kopalnię

Ale polityka klimatyczna i wschodnia to jednak nie to samo.

W każdej z tych sfer dostajemy co chwila kolejne dowody niemożności działania państwa w polityce zagranicznej obecnej ekipy. I to nie jest wina tego czy innego ministra spraw zagranicznych, bo jego słaba pozycja i możliwości wpływu są tylko pochodną systemu, który stworzono. A na końcu, kiedy przychodzi poważny kryzys, to prezydent reaguje tak, jakby nie wiedział, co się właściwie wydarzyło.

Premier Morawiecki już jednak wypowiedział się zdecydowanie, właściwie jednogłośnie z Donaldem Tuskiem, i zapowiedział, że będzie rzecz dyskutował na forum Rady Europejskiej w Brukseli.

Oświadczenie premiera faktycznie było lepsze niż prezydenta, bo jasno definiowało sytuację. Mam jednak wrażenie, że w polityce wschodniej główne uwarunkowania są znane od dawna, a ożywienie rządu następuje przede wszystkim w momentach, gdy wzmaga się zainteresowanie opinii publicznej i krytyka opozycji. To nawet dla zwolenników rządu staje się już irytujące… Na szczęście wyniki posiedzenia Rady Europejskiej wskazują na większą determinację naszych sojuszników niż jesienią.

Dotychczasowa polityka Polski wobec Białorusi nie była adekwatna do potrzeb?

W mojej ocenie to, co mogliśmy zrobić na arenie krajowej dla białoruskich uchodźców politycznych po kryzysie jesiennym, to zrobiono. Sam podkreślałem aktywność rządu w tej sprawie.

No więc…?

Natomiast wszystko, co wymagało interakcji z państwami UE, nie udawało się albo szło bardzo słabo. Myślę, że ktoś powinien w końcu wyciągnąć wnioski z faktu, że tak duże państwo jak Polska nie jest przez nikogo istotnego w Unii Europejskiej słuchane w sprawach białoruskich. Po prostu, od jesieni, od fali protestów, nie byliśmy w stanie przeprowadzić przez instytucje unijne niczego istotnego, co dotyczy tego kraju…

Ale nie mogliśmy, bo Łukaszenka ma jakichś możnych adwokatów w Europie?

Adwokatów nie ma, ale logika działania państw w UE jest dość prosta: wszystkie koncentrują się najpierw na regionach, z którymi same graniczą, i na ich sprawach są skupione. Z tego dość jasno wynika, że najbardziej zaangażowane w sprawy białoruskie będą Polska i Litwa, a np. nie Cypr i Malta, więc jak chcemy uzyskać poparcie tamtych, to musimy być aktywni i zaoferować im coś w obszarach, które ich interesują. Krótko mówiąc, trzeba uprawiać politykę.

A gdybyśmy ją jednak umieli prowadzić, to czego powinniśmy teraz się domagać od Unii Europejskiej?

Na pewno istotne są kwestie związane z lataniem, czyli przestrzenią powietrzną. UE powinna solidarnie wystąpić wobec międzynarodowych organizacji zarządzających ruchem lotniczym i skutecznie przeprowadzić własną decyzję zamknięcia przestrzeni dla samolotów białoruskich. Druga rzecz to nałożenie sankcji na urzędników i oficjeli białoruskich.

Na posiedzeniu rady zapowiedziano już rozszerzenie sankcji indywidualnych, zakaz lotów nad Unią Europejską i korzystania z unijnych lotnisk przez białoruskie linie lotnicze, a także wezwano przewoźników, by nie latali nad Białorusią.

Co do sankcji gospodarczych, są już natomiast wątpliwości, i to podwójne…

Bo rząd się wyżywi?

Jedna rzecz to, że uderzają one w społeczeństwo, ale druga, że ze względu na obecne relacje rosyjsko-białoruskie mogą być zwyczajnie nieefektywne, bo Rosja może być w stanie niwelować ich skutki. Na pewno jednak należy uderzyć w oficjalne organizacje białoruskie działające na Zachodzie.

Witold Jurasz stawia tezę, że właśnie na granicy polsko-białoruskiej zapadła żelazna kurtyna i że dialog jest już niemożliwy. Do czego w ogóle możemy dążyć w sprawie Białorusi? Jaki problem możemy realnie rozwiązać lub przynajmniej próbować rozwiązać?

Sparaliżowana jest cała mniejszość polska, jej kierownictwo jest poaresztowane lub za granicą. Zatem naszym pierwszym politycznym celem może być właśnie ta sprawa.

I to wszystko? Sprawy mniejszości?

Nie, to jest minimum minimorum. W szerokim planie to wszystko leży, w tym sensie Jurasz ma rację, bo sparaliżowana jest i standardowa wymiana gospodarcza, i ruch graniczny, no i przede wszystkim zagrożone są sprawy bezpieczeństwa. W gruncie rzeczy mamy dziś na wschodzie na tyle niestabilnego sąsiada, że trzeba pomyśleć o poważnych zmianach w strategii naszego bezpieczeństwa. I zadać poważne pytania ekspertom, w tym wojskowym, jaka jest strategiczna pozycja Polski w sytuacji, gdy Łukaszenka jest w pełni zależny od Rosji.

A czy my nie sąsiadujemy już po prostu tam z Rosją?

Być może trzeba stanąć w prawdzie i powiedzieć, że mamy de facto granicę z Ukrainą, Litwą i Federacją Rosyjską, a Białoruś jest bytem już tylko de iure uznawanym na arenie międzynarodowej, ale nieodgrywającym podmiotowej roli. Ostatnią racją dotychczasowej polskiej polityki wschodniej jest zatem utrzymanie wolnej Ukrainy. Bez tego nasza sytuacja zacznie przypominać tę z 1939 roku.

Nie za mocno?

Jeśli ktoś drwił z tzw. doktryny Giedroycia, to ma ją teraz jak na dłoni: albo istnieją nasi niezależni sąsiedzi, albo mamy długą granicę z autorytarną i nieobliczalną Rosją. I wtedy polski sen o bezpiecznej granicy kończy się boleśnie. Dlatego właśnie ten rządowy imposybilizm, o którym już mówiliśmy, jest tak groźny.

Nawalny: Niemożliwość rewolucji

Ale to znaczy, że powinniśmy tak powiedzieć: „nie ma już Białorusi”? Przez lata mówiło się, że nasze minimum to, żeby nam działaczy mniejszości nie zamykali i żeby armia rosyjska stacjonowała raczej pod Smoleńskiem niż pod Brześciem. Horyzont maksymalny, idealistyczny to miała być Białoruś demokratyczna i będąca częścią Zachodu. Gdzie jesteśmy teraz?

Oczywiście, że poniżej tego minimum, bo Rosjanie są już w Białorusi obecni wojskowo, a status polskiej mniejszości się pogorszył. I to jest właśnie powód, dla którego prezydent powinien wykorzystać wszystkie swoje uprawnienia w polityce zagranicznej i działać.

To co dokładnie prezydent powinien zrobić w polityce zagranicznej?

Po pierwsze, uświadomić sobie grozę sytuacji i szybkość, z jaką się zmienia na naszą niekorzyść. A taktycznie: zwołać Radę Bezpieczeństwa Narodowego, integrować wszystkie siły polityczne wokół wspólnego celu. Ci, którzy w Polsce są w opozycji, mają przecież w Europie ogromne wpływy.

Czy to wszystko znaczy, że w sprawach bezpieczeństwa rozmówcą dla Polski i UE jest już tylko Kreml? Przecież cała nasza doktryna polityki wschodniej polegała na tym, by umacniać podmiotowość państw pomiędzy nami a Rosją…

Na szczęście – niezupełnie, bo mamy nowy fakt wynikający z wydarzeń ostatniego roku – w Białorusi ukształtowało się społeczeństwo obywatelskie z mocną świadomością swej odrębności. To jest społeczeństwo, które prędzej czy później się upodmiotowi na nowo. W sensie politycznym, bo faktycznie ono już istnieje i ma zdolność mobilizacji do protestu, nawet jeśli obecnie jest zmęczone represjami. Nie można jednak już mówić, że białoruskość jest jakąś cienką powłoką, czymś właściwym dla wąskich grup inteligenckich, oderwanym od nastrojów mas społecznych i bez znaczenia politycznego.

Ale co to znaczy w praktyce dla Polski?

Że musimy oddziaływać na społeczeństwo białoruskie, i to nie tylko przez wspieranie opozycji, ale też poprzez niepolityczne kanały relacji. To znaczy: przyjmować ludzi do pracy w Polsce, organizować kształcenie tym, którzy są zainteresowani, pomagać również humanitarnie różnymi kanałami, kościelnymi czy przez organizacje społeczne. Musimy widzieć białoruską rzeczywistość na trzech płaszczyznach: jedna rzecz to formalna struktura, w której istnieje państwo białoruskie; druga to faktyczny stan polityczny, który pozwala stwierdzić, że graniczymy bezpośrednio z Rosją. Ale to właśnie trzeci czynnik powinien najbardziej determinować nasze działania i wpływać na strategię Polski. To społeczeństwo, które ogląda się na Polskę i oczekuje naszego wsparcia.

Jak na sytuację w Białorusi mogą zareagować Niemcy?

Tu wracamy do kwestii imposybilizmu, tzn. czy potrafimy uruchamiać efektywnie działania państw członkowskich UE.

A Niemcy sami z siebie nie mają interesów w Białorusi?

Mają. Polityka niemiecka będzie w kolejnych miesiącach ewoluować, wiele bowiem wskazuje, że krajem będą rządzili Zieloni, a przynajmniej wywrą duży wpływ na rząd. Inna więc będzie polityka wobec Gazociągu Północnego i wobec Białorusi. Dobrą tradycją Zielonych jest linia prodemokratyczna wobec tego kraju, dlatego też wierzę, że nie wszystko dla Polski stracone, gdy chodzi o możliwość uprawiania polityki wschodniej razem z Berlinem. Z zielonym urzędem kanclerskim lub MSZ wiążą się teoretycznie szanse na nowe otwarcie, ale polski rząd musiałby być do takiej współpracy zdolny.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Michał Sutowski
Michał Sutowski
Publicysta Krytyki Politycznej
Politolog, absolwent Kolegium MISH UW, tłumacz, publicysta. Członek zespołu Krytyki Politycznej oraz Instytutu Studiów Zaawansowanych. Współautor wywiadów-rzek z Agatą Bielik-Robson, Ludwiką Wujec i Agnieszką Graff. Pisze o ekonomii politycznej, nadchodzącej apokalipsie UE i nie tylko. Robi rozmowy. Długie.
Zamknij