Idee nie działają.
Same.
Ktoś musi stanąć za ideą.
Człowiek. Jeden lub wielu.

Idee pomagają wymyślić świat na nowo, kiedy trzeba to zrobić.
Ułatwiają zrozumienie, podtrzymują nadzieję, uwalniają od lęku.
Idee nie są odważne. Nie mają wyobraźni. Nie mają kolorów.
To człowiek, który stanął po stronie idei – jest bohaterem.

Zobaczył i pokazuje innym to, co niewidoczne.
Uwierzył, że utopia wypowiedziana dziś,
jutro może stać się barwną rzeczywistością.

Idee rodzą się z krytyki.
Powstają z myślenia.
A kiedy budzi się rozum, kończy się marazm.
Krytyczne myślenie napędza do działania.

Idee to słowa.
Które mają wartość i moc.
Nie chcemy ich tylko tworzyć ani bronić.
Zamierzamy je urzeczywistnić.

Dla Polski otwartej, zielonej i solidarnej.
Tworzonej wspólnie z wami.
Słowem i działaniem.

Przepisujemy idee na rzeczywistość.
Krytyka Polityczna

Świat

Popęda: Hilary vs. Donald – co dalej?

Wydaje się, że losy republikańskiej nominacji są przesądzone.

Trump zdobył Indianę, a Ted Cruz i John Kasich skapitulowali. Wydaje się, że losy republikańskiej nominacji są przesądzone. Czy republikanie zrobią dobrą minę do złej gry i będą starali się ucywilizować Trumpa? A może zbojkotują jego kandydaturę i tym samym sprzeniewierzą się zasadom demokracji?

Gdy mówimy o ewentualnym wyeliminowaniu Hilary Clinton lub Donalda Trumpa jako nieuchronnych kandydatów, myślimy o głosach tzw. superdelegatów. Dwie partie reprezentują w tym zakresie dwie różne tradycje. O ile delegaci demokratów nie są zobowiązani, żeby głosować według wcześniejszych deklaracji, republikanie (także superdelegaci) muszą głosować na zwycięzcę w swoim stanie. Jeśli partia odstąpi od tej tradycji, zwolennicy Trumpa mogą słusznie czuć się oszukani!

„Partia ze 160-letnią tradycją popełnia samobójstwo na moich oczach” stwierdził Henry Olsen, konserwatywny analityk z think tanku Ethics and Public Policy Center. Paul Ryan, nadzieja konserwatywnego Waszyngtonu, apeluje do swoich ludzi, żeby nie patrzyli w twarz ponurej rzeczywistości. Należy zapuścić wzrok w przyszłość i przebudować partię. Ta mobilizacja wewnątrz Kongresu wynika z lęku o to, jak oficjalna kandydatura lub ewentualna prezydentura Trumpa wpłynęłaby na przyszłe wybory do Izby Reprezentantów i Senatu. Obie instytucje są zdominowane przez klasycznych konserwatystów, którzy nie mają i nigdy nie będą mieli nic wspólnego z Donaldem Trumpem. Prawybory obnażyły słabość GOP (Grand Old Party, tradycyjna nazwa Partii Republikańskiej – red.) jako instytucji i stanowią przejęcie władzy przez zwykłych wyborców.

Trump nie reprezentuje konserwatywnej tradycji Reagana, która dotychczas wydawała się tworzyć jądro partii. Jest przeciw wolnemu handlowi, przynajmniej raz deklarował opodatkowanie najbogatszych, wyśmiewa się z administracji Busha i ataku na Irak – czysty Bernie Sanders. Do tego garść populizmu z prawicowej beczki – kobiety powinny być karane za aborcję, należy wybudować mur na granicy z Meksykiem i nie można wpuszczać Muzułmanów do kraju. Nieważne, że niespójnie, ważne że od serca!

Pieprzyć media i polityczną poprawność – wyborców Trumpa łączy to, że są wkurzeni na wszystkich i na wszystko.

W każdym razie przyszedł moment, żeby zastanowić się nad szansami Trumpa w listopadzie. Gadające głowy nie milkną, tylko nieliczni poddają się, odmawiając dalszego prognozowania, twierdząc, że Trump jest przypadkiem bez precedensu. Więcej – stanowi konkretną i być może nieodwracalną zmianę w amerykańskiej polityce.

Można więc wyróżnić dwa scenariusze. Pierwszy, któremu chciałabym wierzyć, zakłada, że Trump nie jest w stanie wygrać wyborów bez poparcia czarnych, Latynosów i kobiet (podobno nie da się wygrać wyborów bez latynoskiej Florydy). Tymczasem 90% Latynosów, 80% czarnych i 70% kobiet deklaruje, że nigdy nie zagłosuje na Donalda Trumpa. W dodatku – idę tutaj za magazynem „Slate” – poparcie dla prezydentury Obamy rośnie, a gospodarka ma się nie najgorzej. W takiej sytuacji ciężko jest konkurencyjnej partii przejąć władzę. Co więcej, demokraci zapewne nie popełnią największej pomyłki republikańskich prawyborów – zaatakują Trumpa mocno i od razu.

Z drugiej strony „New York Post” widzi całą sprawę zupełnie inaczej. Trump jest centrowym republikaninem bez agresywnej konserwatywnej agendy, za to z elementami socjalistycznej walki o klasę robotniczą (uśmiecham się szyderczo, kiedy to piszę). Jedyne, co musi robić, to dalej mówić „od serca”. Bo – jak zauważył jeden z komentatorów – nie chodzi o to, że nie doceniliśmy Trumpa. Chodzi o to, że przeceniliśmy inteligencję amerykańskich wyborców. Tymczasem Hilary Clinton ma przed sobą trudne zadanie. Musi jednocześnie przejść na pozycje centrowe (co jest typowe dla wyborów generalnych) i nie dać odejść zwolennikom Sandersa – sprzeczność sama w sobie. Czy Bernie Sanders ma rację, twierdząc, że byłby skuteczniejszym przeciwnikiem wobec Trumpa?

Czego możemy oczekiwać od Donalda Trumpa w Białym Domu? Trump-prezydent podobno zamierza otoczyć się generałami, rozmontować Obamacare i torturować rodziny potencjalnych terrorystów. Jednocześnie chce ukarać wielkie firmy 35% sankcjami za przenoszenie amerykańskich miejsc pracy za granicę. Brzmi nielogicznie? Być może dlatego, że tradycyjny system dwóch partii właśnie rozpada się na naszych oczach? Być może właśnie powstała nowa eklektyczna (w najgorszym tego słowa znaczeniu) partia – partia Trumpa?

Jedno jest pewne – niezależnie od tego, kto wygra, zarówno Hilary Clinton jak i Donald Trump mają szansę być najbardziej znienawidzonymi prezydentami w historii Stanów Zjednoczonych.

**Dziennik Opinii nr 126/2016 (1276)

Bio

Agata Popęda

| Korespondentka Krytyki Politycznej w USA
Dziennikarka i kulturoznawczyni, korespondentka Krytyki Politycznej w Waszyngtonie.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.