Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Obserwuj Obserwuj

Spoglądając w technofaszystowską otchłań. Majmurek czyta manifest Palantira

Technokratyczna skuteczność zamiast moralnej racji i żadnej demokratycznej kontroli nad techoligarchią, za to pełen nadzór nad społeczeństwem. Witajcie w świecie według Doliny Krzemowej.

ObserwujObserwujesz
1
Serce

8

18 kwietnia na profilu Palantira – czołowej amerykańskiej firmy z obszaru cyberbezpieczeństwa i analizy danych – pojawił się liczący 22 punkty manifest. Publikacja jedynie streszcza, najpewniej przy pomocy AI, zawartość wydanej już ponad rok temu książce Technological Republic, napisanej przez prezesa Palantira Alexa Karpa i dyrektora ds. korporacyjnych spółki Nicholasa W. Zamiskę. Mimo to wywołała nową falę kontrowersji.

Manifest, wyglądający raczej jak program kandydata na prezydenta Stanów Zjednoczonych niż dokument wyprodukowany przez prywatną korporację, postuluje m.in. przywrócenie powszechnego poboru, większą wyrozumiałość dla osób sprawujących najwyższe funkcje polityczne, a także tolerancję dla obecności religii w życiu publicznym. Wzywa też do konsolidacji i obrony Zachodu – kluczowe ma być zwycięstwo w wyścigu o dominację w obszarze AI, która zdaniem autorów dokumentu w XXI roku będzie odgrywać podobną rolę, jak broń atomowa w drugiej połowie wieku XX.

Czytaj także Peter Thiel, antychryst Slavoj Žižek

Brytyjscy parlamentarzyści nazwali manifest „parodią RoboCopa” i „majaczeniami komiksowego złoczyńcy”. Związany z Uniwersytetem Wiedeńskim filozof Marc Coeckelbergh, zajmujący się nowymi technologiami, pisze o „jawnym technofaszyzmie”. Podobne określenia pojawiały się w wielu reakcjach na portalu X. Nawet jeśli są przesadzone, a pojedyncze punkty manifestu mogą brzmieć wręcz rozsądnie, to jako całość rysuje on wizję przekształcenia Stanów i Zachodu w bardzo niepokojącym kierunku.

Jakiego Zachodu chce bronić Palantir?

Palantir powstał w 2003 roku, w szczycie „wojny z terroryzmem”, jako firma mająca dostarczyć najnowszych rozwiązań technologicznych do obrony Zachodu przed zagrożeniem ze strony islamizmu. Przekonanie, że Zachód potrzebuje coraz bardziej zaawansowanych narzędzi, by bronić się w rzeczywistości, w której jego hegemonia się chwieje, przenika i Technologiczną republikę, i liczący 24 punkty ekstrakt z tej publikacji.

Nasuwa się oczywiście pytanie, jakiego właściwie Zachodu chcą bronić szefowie Palantira. Jak zauważa biograf Karpa Michael Steinberger w książce A Philosopher in the Valley: „Jak na książkę mającą traktować o przyszłości Zachodu [Republika technologiczna] ma bardzo niewiele do powiedzenia na temat liberalizmu i zupełnie ignoruje wzrost znaczenia radykalnej prawicy oraz zagrożenie, jakie stwarza ona dla demokratycznych rządów w Stanach i w Europie. W przeszłości Karp deklarował, że obrona Zachodu oznacza ochronę jego politycznego porządku. […] W Republice technologicznej nie widać jednak, by Karp ciągle uznawał demokrację i jej fundamenty, takie jak rządy prawa, za kluczowe dla sukcesu Zachodu i jego dalszej pomyślności”.

Manifest z X pełen jest punktów, które nawet jeśli osobno brzmią sensownie – np. że hejt wobec polityków i niskie pensje odstraszają od polityki i służby publicznej utalentowane osoby – to wzięte razem układają się w apel, by opinia publiczna mniej interesowała się polityką, nie inwestowała w nią nadmiernych emocji, przestała nieustannie kontrolować polityczne elity i zostawiła im swobodę działania. Innymi słowy, Palantir chce osłabić realną kontrolę społeczną i demokratyczną nad polityką. Jak w swojej recenzji Technologicznej republiki pisał John Ganz, jej program dla USA daje się streścić formułą: „żadnej demokratycznej kontroli nad nami [technooligarchią], pełen nadzór nad wami”.

Choć manifest brzmi miejscami jak wezwanie do zaostrzenia zimnej wojny z Chinami, to równocześnie autorzy postulują, by Zachód zaczął podchodzić do polityki bardziej jak ChRL: patrząc na nią przede wszystkim przez pryzmat technokratycznej skuteczności, a nie moralnej racji czy demokratycznej legitymacji. Tyle że zamiast Komunistycznej Partii Chin kluczowe decyzje miałaby podejmować technoelita, stopniowo uzależniająca kolejne obszary państwa od systemów kontrolowanych przez kilku miliarderów.

Nawet pozornie republikańskie postulaty – jak przywrócenie obowiązkowej służby wojskowej – nie mają służyć uczynieniu armii bardziej demokratyczną, a jej ewentualnego użycia politycznie kosztowniejszym, lecz uzależnieniu całego społeczeństwa od dostawców infrastruktury dla nowej „algorytmicznej militaryzacji”. Trudno nie zgodzić się z opinią analityków francuskiego magazynu geopolitycznego „Le Grand Continent”, którzy analizując manifest Palantira stwierdzają, że sedno tego projektu sprowadza się do „przekształcenia państwa w filię jego własnej infrastruktury cyfrowej oraz opróżnienie suwerenności z jej wymiaru demokratycznego”.

Czytaj także Polska zamienia Pax Americana na Technologiczną Republikę Palantira Michał Zabdyr-Jamróz

Nowa zimna wojna i nowa elita

O ile można się zgodzić z diagnozą, że przekształcenia porządku światowego, na czele ze wzrostem znaczenia Chin, to dla Zachodu poważne wyzwanie, to już wcale nie jest oczywiste, że jedyną odpowiedzią jest budowa „nuklearnego AI” i nowa „algorytmiczna zimna wojna”. Manifest Palantira bierze to za oczywistość, nad którą nie ma sensu dyskutować. Trzeba tylko dobrać odpowiednie środki techniczne do reformy amerykańskiego państwa tak, by w wyścigu o supremację w obszarze „nuklearnego AI” pokonało Chiny i inne wrogie wobec Zachodu siły.

Nawet jeśli wizja, w której Zachód w reakcji na słabnięcie swych przewag próbuje poukładać się z innymi siłami na bardziej partnerskich warunkach, wyda się komuś naiwna – z pewnością musiałaby być poparta realną siłą – to nie znaczy jeszcze, że autorzy manifestu mają rację. Innymi słowy, że powinniśmy scedować decyzje mogące prowadzić do III wojny światowej na nieprzejrzyste algorytmy działające poza realną demokratyczną kontrolą.

Manifest Palantira chce widzieć Zachód jako oblężoną, uzbrojoną twierdzę, broniącą swojej tożsamości zarówno na zewnątrz, jak i do wewnątrz. Wśród 24 punktów znajdziemy m.in. polemikę z tezą, że „wszystkie kultury są sobie równe”, oraz pomstowania na nadmierną inkluzywność zachodniej kultury, która jakoby osłabia ją od środka.

W wizji Palantira cały Zachód ma coraz bardziej przypominać dzisiejszy, rządzony przez skrajną prawicę Izrael, a jego elity – również te izraelskie. Jak z uznaniem zauważył, recenzując Republikę technologiczną, konserwatywny autor R. R. Reno, Karp proponuje „technonacjonalizm” jako receptę na duchową chorobę współczesnych Stanów i Zachodu. Pragnie też w jego duchu wychować nową elitę, zdolną zastąpić wykorzenionych „ostatnich ludzi”, dziś zajmujących kluczowe pozycje w politycznych i korporacyjnych strukturach Ameryki.

Nie tylko Palantir

Karp to nie jedyny przedstawiciel technoelity myślącej w podobny sposób, a manifest Palantira wyraża przekonania dużej części sprzymierzonej z administracją Trumpa Doliny Krzemowej. Quinn Slobodian i Ben Tarnoff w swojej niedawno wydanej książce Muskism przekonują, że „muskizm” jest potencjalnym „systemem operacyjnym” XXI wieku, tak samo jak fordyzm był dla wieku XX.

Na czym miałby polegać ten system? Jak piszą autorzy, zasadniczo na „suwerenności przez technologię”: „Musk nie sprzedaje rakiet czy satelitów. Sprzedaje fantazję, że w coraz bardziej niestabilnym świecie państwa i jednostki mogą wzmocnić swoją niezależność, włączając się w jego infrastrukturę. Paradoks polega na tym, że w ten sposób zwiększają one swoją zależność od niego. […] Jeśli spróbujemy się odłączyć, przekonamy się, że to Musk kontroluje gniazdko”.

Czytaj także Akceleracjonizm: Szybciej, zanim masy ogarną, że prowadzimy je ku technofeudalnej dystopii Patrycja Wieczorkiewicz

Rewersem techno-suwerenności jest wykluczenie. Celem muskizmu jest „oczyszczona wspólnota, zdefiniowana przez kulturowe i genetyczne członkostwo w białym, europejskim Zachodzie, strzeżonym przez najnowocześniejszą technologię – w fortecy mającej chronić najlepszą część ludzkości przed najgorszą”. Echa tak rozumianego „muskizmu” bez wątpienia rozbrzmiewają w manifeście Palantira.

Demokratyczne społeczeństwa w Europie powinny mieć świadomość, jaki ideologiczny bagaż niesie technologia Doliny Krzemowej. Problem w tym, że aby Europa mogła podmiotowo odnieść się do muskizmu, musi mieć własne technologiczne alternatywy – a dziś jest w tym obszarze daleko w tyle. Nawet odrzucając normatywną wizję Zachodu wyłaniającą się z manifestu Palantira warto poważnie potraktować to, co mówi on na temat „hard power” i efektywności. A potem zastanowić się, czemu w Europie mamy z tym problem.

Komentarze

Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.

Zaloguj się, aby skomentować
1 Komentarz
Komentarze w treści
Zobacz wszystkie
1
0
Komentujące wszystkich krajów, łączcie się!x