Świat

Opielka: Wybory w Niemczech – czy już wszystko jasne?

Jedynym zagrożeniem dla zwycięstwa chadecji może się okazać niska frekwencja.

W ubiegłą niedzielę odbyły się wybory do regionalnego parlamentu w Bawarii. Bawarska odnoga CDU, czyli Unia Chrześcijańsko-Społeczna (CSU), zdobyła większość mandatów i może rządzić przez kolejne pięć lat samodzielnie. Dotychczasowy koalicjant CSU, liberałowie z FDP, wyleciał z parlamentu z druzgocącym wynikiem 3 procent. Socjaldemokraci zdobyli w czarnej Bawarii nieco ponad 20 procent, Zieloni 8,5, a regionalna partia Wolni Wyborcy 9 procent. Na co wskazuje ten wynik w obliczu jutrzejszych wyborów do Bundestagu? Na wszystko. Czyli nic. 

Bawaria to pod wieloma względami land inny od pozostałych piętnastu. CSU rządzi tu od kilkudziesięciu lat, w większości samodzielnie, koalicja z FDP zawiązana w 2008 była wyjątkiem potwierdzającym regułę. SPD jest na Bawarii tradycyjnie słabe, jak i Die Linke, która po raz kolejny nie dostała się do parlamentu.

Dlatego też każda z partii interpretuje bawarskie wyniki po swojemu. I wszyscy czują się wygrani – lub podkreślają, że nie przekładają się one na wyniki w całym kraju. 

Wielcy i drobnica

Dotychczasowe sondaże wskazują na pat między rządzącą chadecją i FDP z jednej strony, a SPD, Zielonymi i Die Linke z drugiej. Przy czym podział na te dwa obozy jest czysto teoretyczny. SPD i Zieloni kategorycznie wykluczają jakąkolwiek współpracę z Lewicą i oficjalnie stawiają na czerwono-zieloną koalicję, która jednak kompletnie nie ma szans na zdobycie większości głosów. Dlatego też SPD w subtelny sposób oswaja wyborców z perspektywą wielkiej koalicji z CDU, która rządziła już w latach 2005–2009.   

Niepewne jest wejście FDP do Bundestagu – nieprzekroczenie progu wyborczego byłoby historyczną porażką liberałów (w 2009 roku mieli 14 procent). Partia zabiega otwarcie o tzw. drugie głosy wyborców CDU, którzy optują za koalicją CDU-FDP (w Niemczech oddaje się dwa głosy: pierwszy na wybranego kandydata z regionu, drugi zaś, decydujący o podziale mandatów, na partię; wybór  może być inny niż w przypadku głosu pierwszego). Jednak CDU nie wspiera tej kampanii, także dlatego, że w wyborach regionalnych w Dolnej Saksonii w marcu tego roku straciła przez to władzę. Tym samym także CDU pokazuje, że liczy na wielką koalicję z SPD. O „drugie głosy” walczą także Zieloni – zwracając się do zwolenników koalicji SPD-Zieloni.  

Wejście eurosceptycznej Alternatywy dla Niemiec (AfD) (4,5 proc. w sondażach) do parlamentu jest niepewne. Bardzo mało prawdopodobne jest wejście Piratów (2 procent), pogrążonych w wewnętrznym chaosie. Wejście AfD oznaczyłoby niemal na pewno, że niemożliwe jest utworzenie koalicji CDU i FDP, ponieważ większość głosujących na AfD to sfrustrowani dotychczasowi wyborcy tych partii.

Zieloni, którzy przez ostatnie dwa lata wyglądali na wygranych (sondaże z 2011 r. wskazywały na poparcie ponad 20 proc.), w ubiegłych miesiącach stracili – prawdopodobnie z powodu swoich planów podniesienia podatków, odpuszczenia tematu ochrony środowiska (jak i gwałtownie rosnących cen energii, co Niemcy kojarzą z tzw. zwrotem energetycznym, czyli decyzją rządu o odejściu od energii atomowej po katastrofie w Fukushimie). Pogrąża Zielonych także dyskusja o przeszłości partii – media ujawniły, że czołowy polityk Zielonych, Jürgen Trittin, w 1981 r. popierał postulat niekarania kontaktów seksualnych dorosłych z dziećmi.

Zieloni znajdują się wyraźnie w defensywie i niewiele wskazuje na to, aby byli w stanie odwrócić trend spadkowy (9 proc. poparcia).     

Uniki i triki chadecji

Natomiast wiele wskazuje na to, że strategia CDU, której można nadać tytuł: „unikamy kampanii wyborczej”, przyniesie partii zwycięstwo i zapewni Merkel fotel kanclerza, czy to w ramach koalicji z FDP, czy też z SPD. Chadecja jak ognia unika konkretnych postulatów (jej hasło wyborcze to: „Niemcy są silne. I mają takie pozostać”), kontrowersji, ignoruje przeciwników politycznych i nie podejmuje nawet dyskusji z postulatami opozycji, którym się sprzeciwia. Stawia na niezachwianą popularność kanclerz Angeli Merkel (a raczej kanclerki, ponieważ jako obrazę potraktowałaby zwrócenie się do niej w formie męskiej). Popularności Merkel nie szkodzą ani dyplomatyczne faux pas w sprawie rezolucji wobec Syrii dwa tygodnie temu, ani niejednoznaczna rola niemieckiego wywiadu w aferze NSA, ani jej mgliste wypowiedzi programowe, ani błędy i potknięcia jej ministrów i kolegów partyjnych (dymisja prezydenta Christiana Wulffa w 2012 r., zdymisjonowanie ministry edukacji Annette Schavan w marcu 2013 r. itd.).

„Teflonowa Merkel” wydaje się – na tle relatywnie dobrej kondycji gospodarczej kraju i budżetu oraz siły przebicia niemieckich żądań w polityce europejskiej wobec „niewdzięcznych” krajów Południa UE – mocniejsza niż kiedykolwiek, a kochający stabilność Niemcy postrzegają w niej dobrą „szwabską gospodynię”. 

Dlatego też żadne programowe alternatywy nie miały większej szansy przebicia się lub poważnej zmiany nastawienia społeczeństwa. SPD, Zieloni i Lewica nie byli w stanie zyskać nawet na postulacie podniesienia podatków dla małej, najbardziej zamożnej części społeczeństwa. Kwestię minimalnego wynagrodzenia, postulowanego przez opozycję, CDU sprawnie przechwyciła i rozmydliła, oferując rozwiązanie, które rzekomo łączy słuszny postulat godziwej płacy z wrażliwością na potrzeby przedsiębiorców. Także w kwestii emerytur CDU przedstawiła „socjaldemokratyczną” propozycję reformy, którą SPD mogła skrytykować tylko w szczegółach (powiązanie gwarantowanej emerytury z koniecznością ubezpieczenia prywatnego). Innym przechwyconym od SPD pomysłem jest m.in. „hamulec czynszowy” dla osób wynajmujących lokum, czyli większości społeczeństwa.

A kwestie światopoglądowe nie odgrywają w Niemczech żadnej istotnej roli. Chadecja, choć zapewne z bólem brzucha, akceptuje najnowsze wyroki Trybunału Konstytucyjnego w sprawie adopcji dzieci przez pary tej samej płci i żądanie ustawowego zrównania uprawnień „zarejestrowanych związków partnerskich”, w tym homoseksualnych, z małżeństwami heteroseksualnymi. 

Wszystkie błędy opozycji

Niemniej do stabilnej sytuacji CDU i Merkel przyczynia się sama opozycja. Kandydat na kanclerza SPD, Peer Steinbrück, od momentu nominacji popełniał jedną gafę za drugą – dyskutowano a to o jego wysokich dochodach jako wykładowcy, a to o wypowiedzi o „zbyt niskich dochodach kanclerza”. Steinbrück, znany z ciętego języka, starał się przekształcić swoją otwartość w cnotę. Doszło do tego, że w ubiegłym tygodniu opublikowano jego zdjęcie, na którym pokazuje środkowy palec jako symboliczną odpowiedź swoim krytykom. Być może celował w młodych wyborców, ale wróciło to do niego jak bumerang i nie wiadomo, czy raczej na tym straci, czy też wygra. 

Ale Steinbrück i SPD ostatecznie przegrywają z innego względu. W partii Steinbrück uchodził dotychczas za przedstawiciela umiarkowanego prawego skrzydła. Był ministrem finansów w rządzie Merkel (2005–2009), jako szef rządu w Nadrenii-Westfalii (2002–2005) torpedował koalicjanta, czyli Zielonych, i przez długi czas aktywnie bronił Agenda 2010, od której się teraz po części odżegnuje. W ostatnich miesiącach musiał przyswoić retorykę SPD: hasła sprawiedliwości społecznej, wyższych podatków, minimalnego wynagrodzenia – czyli kwestie, za którymi nie do końca stoi.

SPD jako taka wydaje się dla wyborców z umiarkowanymi poglądami lewicowymi mało wiarygodna.

Steinbrückowi nie udało się też przekonać do siebie wyborców lawirujących między partiami – jedna trzecia głosujących jeszcze tydzień przed wyborami nie zdecydowała, na kogo zagłosuje. A coraz bardziej prawdopodobnej wielkiej koalicji SPD tak naprawdę nie chce. Po ostatniej straciła około 10 procent głosów, CDU zaś zyskała. 

Jedna koalicja czy dwie?

Jedynym zagrożeniem dla zwycięstwa chadecji może się okazać niska frekwencja. Sztab wyborczy CDU obawia się, że dobre wyniki w sondażach mogą uśpić wyborców chadeckich i wielu z nich w dniu wyborów pozostanie w domu. By ich zmobilizować, Merkel i inni politycy CDU ostrzegają przy każdej okazji przed koalicją SPD i Zielonych z Die Linke. Ich zdaniem dementowanie przez socjaldemokratów informacji o powyborczym sojuszu jest jedynie wybiegiem taktycznym. Lewica jednak po cichu liczy na to, że wielka koalicja będzie funkcjonowała tylko połowę kadencji, a potem SPD zaryzykuje współpracę z nią i Zielonymi. Co więcej, sam Steinbrück takiej opcji pośrednio nie wyklucza, mówiąc, że „na dzisiaj” Die Linke nie jest potencjalnym koalicjantem, choćby ze względu na żądanie rozwiązania NATO, ale to się jednak „pewnego dnia może zmienić”. 

Ciekawy artykuł? Pomóż nam pisać takie teksty dalej.

Bio

Jan Opielka

| dziennikarz i publicysta
Publicysta piszący dla niemieckojęzycznych i polskich mediów, były stały korespondent z Polski dla dzienników niem. Frankfurter Rundschau i Berliner Zeitung.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.