Świat

Kocham Nowy Jork, chociaż mnie dobija

Nowy Jork zwykle nie daje się wciągnąć w gorączkę prawyborów – ale tym razem walka była zacięta.

Jak w piosence, New York, I Love You But You’re Bringing Me Down. Nie żebyśmy spodziewali się czegoś innego – wszystko odbyło się zgodnie z przewidywaniami. 57 % dla Hilary Clinton, 42 % Bernie Sanders. 60 dla Donalda Trumpa, John Kasich 25, Ted Cruz – jedyny, który nie ma żadnej namacalnej więzi z miastem – 14%.

Nowojorczycy są wykończeni. Nowy Jork zwykle nie daje się wciągnąć w gorączkę prawyborów – ale tym razem walka była zacięta. Po biura Prokuratora Generalnego, Erica Schneidermana, wpłynęło aż 700 skarg. Dla porównania – przy okazji ostatnich faktycznych wyborów prezydenckich było ich tylko 150.

Skargi dotyczyły głównie wyborów na Brooklynie, gdzie ponad 125 tysięcy zarejestrowanych demokratów zostało odesłanych z kwitkiem. Powodem były rażące nieprawidłowości w systemie rejestracji – wielu nie znalazło swojego nazwiska na liście. Tutaj należy przypomnieć, że to, co nazywamy prawyborami w amerykańskich wyborach prezydenckich może mieć kilka form, stawiając w różnej sytuacji tzw. niezależnych (czyli nie należących ani do partii demokratycznej ani republikańskiej). To również nie pomogło niektórym wyborcom Sandersa, którzy w romantycznym ferworze zapomnieli, że istnieje jeszcze coś takiego jak realia i że jeśli chce się decydować o tym, kto dostanie nominację demokratów – kradnę tę przewrotną myśl z „Daily Kos” – trzeba się najpierw do demokratów zapisać. Problemy mieli również ci, którzy niedawno zmienili miejsce zamieszkania albo byli politycznie nieaktywni podczas ostatnich wyborów prezydenckich (2008 i 2012). Zanim zakończymy listę narzekań, dodajmy jeszcze, że w robotniczych miastach w górnej części stanu, lokale wyborcze otwarto dopiero w południe (?).

 Tak czy owak, Sanders przegrał i jego szanse na nominację stają się matematycznie niemożliwe.

 Istnieje wprawdzie coś takiego jak głosy superdelagatów, których Bernie Sanders – zdaniem niektórych – mógłby próbować przeciągnąć na swoje stronę, ale jest mało prawdopodobne, by kampania oparta na „głosie ludu” nagle zaczęła ganiać za partyjnym establiszmentem. Jak zwykle, największym problemem Berniego Sandersa była rasa. Sanders nie zdołał przyciągnąć do siebie Afroamerykanów i Latynosów, choć podobno z tymi drugimi poradził sobie lepiej. Największa różnica polegała tu na przedziale wiekowym – to jest akurat najmocniejsza strona kampanii Sandersa – Latynosi są demograficznie „młodsi” od czarnych Nowojorczyków i wielu z nich zdecydowało się zagłosować na Sandersa.

 Nowy Jork to tygiel – miejska biedota, bogate suburbia, hipsterstwo i wreszcie – niesławne Wall Street, które jest głównym celem ataków socjalisty z Vermont. Serwis internetowy AJPlus wybrał się niedawno na Wall Street, żeby zapytać o Berniego Sandersa. Czekała ich niespodzianka. Nikt nie próbował bronić moralności świata wielkiej finansjery – większość przyznała, że Bernie Sanders ma rację. Sama nie wiem – fascynujące?, przygnębiające? Zachęcam do obejrzenia klipu.

 Oczywiście, Bernie Sanders musi pozostać w wyścigu. Jest symbolem zmieniającego się społeczeństwa. Jest siłą naciskową, która każe Hilary Clinton coraz częściej mówić to, co młoda Ameryka chce usłyszeć – płaca minimalna, odbudowa amerykańskich miasta, może nawet wolność dla Palestyny? (z ostatniej debaty prezydenckiej).

 Bernie Sanders pokazuje, w którym kierunku pójdzie Ameryka. Zastanawiam się, jakiej metafory użyć, żeby zachować polityczną poprawność i nie obrazić starszych czytelników – może tak: dinozaury też głosowały na swoją Clintonową i swojego Trumpa. A potem przyszedł wielki pożar. #FeelTheBern

 

**Dziennik Opinii nr 112/2016 (1262)

Bio

Agata Popęda

| Korespondentka Krytyki Politycznej w USA
Dziennikarka i kulturoznawczyni, korespondentka Krytyki Politycznej w Waszyngtonie.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.