Islamistyczna dyktatura przeżywa być może swój najpoważniejszy kryzys od zapanowania nad krajem przed ponad czterdziestoma laty. W całym Iranie ludzie wychodzą na ulice, domagając się zmian: od reform ekonomicznych po całkowity demontaż opresyjnego systemu, którego niewydolność z każdym rokiem coraz bardziej kłuje w oczy.
Stojący na czele Iranu od 1989 roku ajatollah Chamenei nie zamierza odejść po dobroci i wraz ze swoją kliką robi wszystko, by ugasić płomień buntu. W czasie trwających od 28 grudnia protestów siły porządkowe zabiły co najmniej kilkuset ludzi (zdaniem władz „terrorystów” i „sabotażystów”), a niektóre źródła mówią o tysiącach ofiar. Tak krwawe i brutalne represje nie stanowią jednak nowości, lecz są wpisane w sposób funkcjonowania reżimu ajatollahów.
Twarda ręka islamistycznej dyktatury
Przed kilkoma laty Iranem wstrząsnęła fala protestów sprowokowana śmiercią Mahsy Amini, zabitej przez policję obyczajową po aresztowaniu z powodu źle założonej chusty. W całym kraju organizowano demonstracje pod hasłami wyzwolenia kobiet i ogółu obywateli spod surowego prawa religijnego, do czego dołączyły wkrótce szersze postulaty antyrządowe. Wysłane do stłumienia protestów policja, wojsko i bojówki zabiły setki osób, a około 20 tysięcy wtrąciły do więzień. Te natomiast w Iranie stanowią nierzadko nie tyle miejsca odosobnienia, co katownie.
Najdobitniej pokazała to przeprowadzona w 1988 roku czystka na więźniach politycznych, która zebrała wyjątkowo krwawe żniwo. Według szacunków ONZ reżim mógł wtedy zamordować aż trzydzieści tysięcy osób, przeważnie działaczy lewicowych organizacji politycznych, takich jak Ludowi Mudżahedini czy Partia Tude. Kolejne dekady upłynęły pod znakiem zbrodni może nie tej skali, ale popełnianych regularnie i intensyfikujących się przy okazji każdego kolejnego buntu – w krwi topiono chociażby demonstracje antyrządowe w 1999, 2009 i 2019 roku, surowo karząc prowodyrów.
Brutalne represje pozostają więc jedyną odpowiedzią na erupcje społecznego niezadowolenia. Aktualnie, mimo prób blokady medialnej, z różnych miast Iranu napływają zdjęcia stosów ciał w czarnych workach, układanych obok ośrodków medycznych lub kostnic. W większości są to ofiary sił porządkowych, które regularnie używają broni palnej przeciwko manifestacjom antyrządowym. Póki co nawet tak okrutne środki nie zapobiegają kolejnym wystąpieniom każdego wieczora.
Cierpliwość Irańczyków jest na wyczerpaniu
U źródeł aktualnych protestów stoją przede wszystkim problemy ekonomiczne kraju – od 2019 roku inflacja nie schodzi z bardzo wysokiego poziomu, połowa młodych mężczyzn pozostaje bezrobotna i coraz powszechniejsze staje się niedożywienie, dotykające w różnym stopniu większości Irańczyków. Władze wskazują na trudną sytuację międzynarodową i nałożone na kraj sankcje jako przyczyny takiego stanu rzeczy, jednak obywatele dobrze wiedzą, że przeżarte korupcją państwo nie jest bez winy. A to tylko początek długiej listy zarzutów wobec reżimu ajatollahów.
Niepokoje zaczęły się pod koniec ubiegłego roku wraz ze strajkiem ledwo wiążących koniec z końcem sklepikarzy i handlarzy z bazarów Teheranu. Szybko dołączyły do nich kolejne grupy społeczne z całego kraju, prowadząc do masowej mobilizacji wszystkich przeciwników panującego reżimu. Opozycja mówi o milionach Irańczyków biorących udział w protestach i rzeczywiście wiele wskazuje na to, że takiego poruszenia nie było od czasu rewolucji z 1979 roku, która poskutkowała obaleniem monarchii i w dalszej kolejności ustanowieniem dyktatury ajatollahów. Narzucony przez nich rygor religijny zawsze był w kontrze do światopoglądu dużej części irańskiego społeczeństwa, a dekady indoktrynacji nie zdołały wykorzenić idei sekularystycznych i demokratycznych. Trwające protesty są tym silniejsze, że łączą dążenia wolnościowe z gniewem wynikającym z zapaści gospodarczej kraju.
O skali kryzysu Republiki Islamskiej świadczy decyzja władz sprzed kilku dni o pozbawieniu obywateli w całym kraju dostępu do internetu, co ma utrudnić koordynację protestów i zarazem ułatwić narzucanie narracji rządowej. Według tej ostatniej trwa wojna przeciwko całemu Iranowi – inspirowani przez zagranicę wichrzyciele-separatyści mają atakować niewinnych funkcjonariuszy państwowych, ucinać im głowy i podpalać budynki rządowe, dążąc do triumfu anarchii. Ziarnkiem prawdy w tej propagandzie jest to, że faktycznie można zaobserwować straty po stronie władz – trudno o pokojową rewolucję przy tak opresyjnym reżimie. Pytanie jednak, czy wyrażana gdzieniegdzie radość ze zbliżającego się upadku rządów islamistów nie jest przedwczesna. Trudno na razie nazywać Republikę Islamską Iranu domkiem z kart, któremu do rozsypania się wystarczy drobny podmuch, mający swoje źródło np. za granicą.
Reżim ajatollahów można obalić tylko od wewnątrz
Jasnym jest, że jeśli reżim ajatollahów ma upaść, to obalić go mogą wyłącznie sami Irańczycy. Chociaż na fali udanej amerykańskiej operacji w Wenezueli pojawiają się sugestie przeprowadzenia podobnej przeciwko Teheranowi, a Donald Trump publicznie groził zastosowaniem którejś z opcji militarnych, to jakakolwiek interwencja byłaby niedźwiedzią przysługą dla protestujących – USA w historii Iranu odgrywało rolę przeważnie negatywną i niechęć do Waszyngtonu stanowi obecnie jedną z niewielu kwestii przysparzających sympatii rządzącym islamistom. Amerykańskie bombardowania uwiarygodniłyby propagandę rządową o jankesko-żydowskim spisku, który odpowiada za protesty. Prezentem dla reżimu jest każdy płynący z Izraela komunikat o solidarności z protestującymi, ponieważ ułatwia promowanie tezy o zaangażowaniu Mossadu w ostatnie wydarzenia.
Występowanie Cyrusa Rezy Pahlawiego (syna obalonego szacha) w roli samozwańczego przywódcy irańskiej opozycji i alternatywy wobec Chameneiego również nie wzmacnia trwającej mobilizacji. Chociaż przez półwiecze od rewolucji pamięć o represyjności poprzedniego reżimu mogła osłabnąć, to wielu Irańczyków dalej postrzega Pahlawich i ajatollahów jak wybór między dżumą a cholerą. Opozycji brakuje więc popularnej jednoczącej figury, którą w czasie rewolucji islamskiej był Chomejni. Ze zdecentralizowanym przywództwem i diasporą podzieloną na monarchistów, republikanów i lewicę (np. działających na uchodźctwie w Tiranie Ludowych Mudżahedinów) trudno będzie zadać decydujący cios religijnej dyktaturze. Tym bardziej że do tej układanki należy dodać różnych separatystów (Persowie stanowią nieco ponad połowę mieszkańców kraju) o interesach sprzecznych z głównymi grupami opozycyjnymi.
To wszystko stawia pod dużym znakiem zapytania szanse na sukces protestujących. Ajatollahowie na przestrzeni dekad zmagali się już kilkakrotnie z masowym oporem społecznym i za każdym razem wychodzili z konfrontacji zwycięsko. Rozbudowany aparat represji daje im możliwość utrzymywania się u władzy nawet przy stosunkowo niskim poparciu społecznym, niezależnie od sytuacji ekonomicznej i społecznej kraju.
Jednocześnie każdy reżim, nawet najsprawniejszy w kontroli społeczeństwa i wygaszaniu zarzewi buntu, może osiągnąć punkt krytyczny, w którym liczba popleczników władzy oraz osób cicho akceptujących panujący system będzie zbyt mała, by podtrzymywać jego dalsze istnienie. Wygląda na to, że Iran ajatollahów się do niego zbliża, skoro mamy do czynienia z trzecią masową mobilizacją antyrządową na przestrzeni niecałej dekady, a każda kolejna jest coraz silniejsza.






























Komentarze
Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.