Świat

Cyberwojna USA z Wikileaks

Pierwszą ofiarą „bezprecedensowej tajnej operacji cyfrowej przeciwko Rosji” jest nie Putin, ale Julian Assange.

Kiedy klasa rządząca panikuje, ich pierwsza reakcja to próba zakrycia tej paniki. To reakcja wynikająca z ich cynizmu: gdy ktoś zerwie ich maski, winią nie siebie, ale zrywającego.

Właśnie zobaczyliśmy ponowoczesną wersję „niech jedzą ciastka”, słynnego cytatu z czasów rewolucji francuskiej, przypisywanego królowej Marii Antoninie. Gdy Wikileaks opublikowało mejle Johna Podesty, faceta odpowiadającego za kampanię Hillary Clinton, ten w odpowiedzi wrzucił zdjęcie ze swojego obiadu z podpisem: „założę się, że risotto z homarem jest lepsze od tego, co dają w ambasadzie Ekwadoru” [gdzie na prawach azylu przebywa założyciel Wikileaks, Julian Assange]. Podobnego rodzaju wulgarnym cynizmem wykazała się sama Clinton, gdy jako sekretarz stanu „zażartowała”, że należy „zdronować” Julianna Assange’a. Zamiast temu zaprzeczyć, Clinton powiedziała, że nie pamięta takiej wypowiedzi, a nawet jeśli padła, to w żartach.

Nie trzeba czytać między wierszami, żeby zrozumieć, o co tu chodzi: taka wypowiedź zwyczajnie by ją rozbawiła. Kiedy jednak imperatorzy żartują, zazwyczaj ma to dotkliwe konsekwencje dla tych, którzy są obiektem ich „żartów”.

Cyberwojna nie z Rosją, ale Wikileaks

Kiedy odwiedzałem w ciągu ostatnich miesięcy Juliana Assange’a w ambasadzie Ekwadoru w Londynie, gdzie piąty rok przebywa na prawach azylu politycznego w obawie przed ekstradycją do Stanów Zjednoczonych, myślałem sobie: choć piąty rok zamknięty jest z dala od swojej rodziny we współczesnej wersji karceru (nawet więźniowie mogą spędzić godzinę dziennie na świeżym powietrzu) i choć rząd Wielkiej Brytanii uniemożliwił mu wyjazdu do szpitala na rezonans, to najgorszym atakiem na jego wolność i tak byłoby odcięcie mu dostępu do internetu.

Kiedy widziałem się z nim po raz ostatni, w okolicach początku października, podzielił się swoimi obawami w związku z publikacją przez Wikileaks wycieków związanych z amerykańską kampanią wyborczą. Uważał, że Stany odpowiedzą różnymi próbami uciszenia go, włącznie z presją na Ekwador albo zablokowaniem internetu w ogóle. To, co zaledwie dwa tygodnie temu było jedną z możliwości, stało się dziś rzeczywistością.

Administracja prezydenta Obamy ogłosiła plany, jak to określił wiceprezydent Biden, „bezprecedensowej tajnej operacji cyfrowej przeciwko Rosji”. Pierwszą ofiarą, jak się okazało, jest nie prezydent Władimir Putin, ale Julian Assange, któremu odcięto dostęp do sieci następnego dnia po wypowiedzi Bidena.

Edward Snowden skomentował to od razu: „najwyraźniej nikt nie powiedział Joe Bidenowi, co znaczą słowa «tajna operacja»”. Przypomnijmy, w definicji, jaką zawiera amerykański Słownik terminów wojskowych, „tajna operacja jest zaplanowana i przeprowadzona w sposób, który uniemożliwia wykrycie sprawców lub daje im wiarygodne alibi”.

Nie jest już tajemnicą, że ekwadorski rząd znajduje się pod presją, od kiedy Assange upublicznił mejle partii demokratycznej. Nie wiemy jeszcze, czy Stany zmusiły Ekwador do zablokowania internetu Assange’owi; wiemy za to na pewno, że wojna z Wikileaks bynajmniej nie jest „tajna”. Mamy uwierzyć, że to przypadek, że akurat po publikacji rozmów Hillary Clinton z bankierami z Goldman Sachs, założyciel Wikileaks stracił dostęp do sieci? To, co widzimy, to współczesna wersja „miękkiego” McCartyzmu [polowania na komunistów w latach 50.], z Hillary w roli prokuratora ogłaszającego każdego przeciwnika jej kandydatury rosyjskim szpiegiem – nie tylko Assange’a, ale też kandydatkę zielonych, Jill Stein i republikanów, Donalda Trumpa.

Groźba cyberwojny Obamy i „miękki” McCartyzm nie tylko nabrały globalnego znaczenia, ale i pokazały nową maskę klasy rządzącej: Obama wkłada wiele wysiłku w przekonanie opinii publicznej, że rosyjskie zagrożenie jest realne, aby Clinton mogła dzięki temu wygrać wybory. Co więcej, jej zwrot pokazuje też, że nie tylko chodzi o coś więcej niż amerykańskie wybory (amerykańskie wybory nie są nigdy wyłącznie sprawą Ameryki), jak i o to, co Obama zrobi, by pomóc Clinton. Ten zwrot uświadamia także, że faktycznie mamy do czynienia z cyberwojną. Nie z Rosją jednak, a z Wikileaks. I to nie po raz pierwszy.

Co na to Clausewitz?

W 2010 roku, kiedy ujawniono Colateral Murder [wideo przedstawiające strzelanie przez siły powietrzne Stanów Zjednoczonych do nieuzbrojonych cywili], oraz upubliczniono dokumenty z Iraku i Afganistanu, mieliśmy okazję zobaczyć jeden z najbrutalniejszych ataków na wolność słowa w historii. VISA, MasterCard, Diners, American Express i Paypal zablokowały możliwość wpłacania pieniędzy na wsparcie Wikileaks, mimo że platforma nie była oskarżona o żadne przestępstwo na poziomie krajowym (federalnym), ani międzynarodowym. Jeśli więc Stany były w stanie przekonać operatorów płatności, którzy łącznie zarządzają 97% transakcji na całym świecie, dlaczego nie mieliby być w stanie przekonać rządu Ekwadoru, lub jakiegokolwiek innego, do odcięcia internetu?

Stany nie tylko słownie próbują dopaść Assange’a (warto zobaczyć filmik Assasinate Assange jako dowód słownej masturbacji tym faktem przez rządzących w Stanach) – on zagraża głównym frakcjom elit w Stanach, chcącym pozostać u władzy. Nie ma więc powodów do zdziwienia, że w Stanach narasta panika. W Wielkiej Brytanii aresztowano niedawno szesnastolatka pod zarzutem hakowania kont emailowych używanych przez dyrektora CIA, Johna Brenanna, którego korespondencje niedawno ujawniło Wikileaks.

Wikileaks skutecznie naruszyło to, co pruski generał i teoretyk wojny Carl von Clausewitz nazwał Schwerpunkt, „środek ciężkości”, który wyznacza „główną cechę siły wroga”. Zamiast mówić o Rosji, powinniśmy zacząć mówić o Schwerpunkcie, o wyciekach, esencji władzy. Wystarczy tylko spojrzeć na te cytaty: „Otoczymy Chiny rakietami”, „chcę bronić szczelinowania” [metoda wydobywania gazu łupkowego, która budzi sprzeciw organizacji społecznych w Stanach] oraz „moim marzeniem jest wspólny rynek na całej półkuli z otwartymi granicami i handlem”.

Wikileaks pokazało, że Hillary nie tylko jest „jastrzębiem” prącym do wojny. Najpierw była to Libia – 1700 z 33000 mejli Clinton, które ujawniono, odnosi się do Libii – potem Syria (podczas konferencji z Goldman Sachs powiedziała wprost, że chciałaby interwencji w Libii), pojutrze będzie to kolejna wojna.

To już jasne – to jest faktyczny środek ciężkości – że przyszła administracja Clinton będzie pełna ludzi z Wall Street, tak jak jest teraz za Obamy. Nic dziwnego, że kolejne publikacje Wikileaks wywołują panikę nie tylko w partii, ale i administracji Obamy.

Pozostaje pytanie: czy Wikileaks zatem wpływa na amerykańskie wybory, gdy ujawnia wszystkie te brudne tajemnice? Tak, niewątpliwie, ale aktualna krytyka mija się celem: czy nie to jest zadaniem organizacji takiej jak Wikileaks, aby publikować materiały, które mogą wpłynąć na opinię publiczną? Odwróćmy to pytanie: czy to nie media głównego nurtu próbują wpłynąć na wynik wyborów? Czy nie próbuje tego właśnie Obama, ogłaszając wojnę z Rosją?

Wikileaks nie tylko wpływa na wybory w Stanach, ale zmienia wybory w Stanach – tak jak powinno to być od początku – w ogólnoświatową debatę o poważnych politycznych konsekwencjach. Wikileaks odsłania realny ośrodek władzy i brutalną walkę za jej kulisami. Ale, jak mówi stare przysłowie, „gdy mądry człowiek wskazuje księżyc, głupiec widzi tylko palec”. Zamiast patrzeć na paluch wskazujący Rosję, powinniśmy raczej patrzeć na same wycieki Wikilekas.

Jeśli demokracja i przejrzystość mają cokolwiek znaczyć: niech cieknie dalej!

***

Srećko Horvat jest filozofem, autorek książek i aktywistą politycznym. Uważa się go za jedna z kluczowych postaci nowej lewicy w byłej Jugosławii. Do jego najnowszych książek należą The Radicality of Love (Polity, 2015), Welcome to the Desert of Post-Socialism (redaktor wraz z Igorem Štiksem, Verso, 2015) i What Does Europe Want? (wraz z Slavojem Žižkiem, Columbia University Press, 2014). Jest jednym ze współtwórców paneuropejskiego ruchu DiEM25.

Tekst ukazał się na counterpunch.org. Tłumaczenie Jakub Dymek.

Czytaj także:
Jakub Majmurek, Wikileaks w ślepej uliczce?

ZLI-SAMARYTANIE-Ha-Joon-Chang

 

**Dziennik Opinii nr 305/2016 (1505)

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać