Świat

„Supermocarstwo energii odnawialnej”. Zieloni i lewica chcą zmienić Australię

W sześciu bastionach australijskich konserwatystów wygrały niezależne kandydatki skupione na ratowaniu klimatu. Gdzie leży tajemnica ich sukcesu? Komentarz Petera Singera.

Lider australijskiej Partii Pracy Anthony Albanese ogłosił zwycięstwo w wyborach parlamentarnych z 21 maja 2022, kończąc tym samym prawie dekadę rządów konserwatystów. W wyborach 2022 roku obserwowaliśmy znaczący odpływ wyborców od dwóch głównych partii politycznych w kraju, a wielu kandydatów niezależnych i Zielonych odebrało mandaty Partii Pracy i konserwatystom. Komentarz profesora Petera Singera.

W Australii, jak w wielu innych krajach demokratycznych, pogłębia się polityczna polaryzacja. Szczególnie nasilała się przez ostatnie dziewięć lat konserwatywnych rządów Partii Liberalnej w koalicji z mniejszą i głównie wiejską Partią Narodową. Dlatego wyniki majowych wyborów powszechnych niosą istotną lekcję dla innych, równie spolaryzowanych społeczeństw.

Spójrzmy, co zaszło w Kooyongu, tradycyjnie najbezpieczniejszym okręgu wyborczym dla liberałów. To jedno z najzamożniejszych (i najdroższych) przedmieść Melbourne. Odkąd powstało w 1901 roku, niezmiennie wysyłało do parlamentu kandydata Partii Liberalnej lub jej konserwatywnych poprzedniczek. Dotychczasowy poseł z Kooyongu, Josh Frydenberg, zawiadywał w rządzie Ministerstwem Skarbu, a w partii dochrapał się funkcji zastępcy przewodniczącego. Powszechnie widziano w nim przyszłego premiera.

Co nam mówi pogorzelisko? Pocztówki z australijskiego czarnego lata [rozmowa z Szymonem Drobniakiem]

Zupełnie nikt nie uważał za prawdopodobne, by w Kooyongu mogła wygrać opozycyjna Australijska Partia Pracy – i to się sprawdziło. Jednak w tym roku Frydenbergowi stanęła na drodze inna, niespodziewana oponentka: Monique Ryan, neurolożka dziecięca, szefowa oddziału neurologii w największym szpitalu dziecięcym w Melbourne.

Ryan zawiesiła obowiązki zawodowe, by wystartować jako kandydatka niezależna we własnym okręgu wyborczym, a do tej decyzji popchnęło ją gorzkie rozczarowanie rządem liberałów, który zupełnie nie radził sobie ze zmianą klimatu. W kampanii mówiła także o równości kobiet i szacunku do nich, a także apelowała, by jakiś niezależny organ państwa poprowadził śledztwo w sprawie korupcji w polityce.

Monique Ryan, kadr z wywiadu dla telewizji ABC

Deputowani do niższej izby australijskiego parlamentu wybierani są w okręgach jednomandatowych, a ordynacja wyborcza jest preferencyjna, oparta na zasadzie proporcjonalnego głosu alternatywnego (głosuje się przez uszeregowanie kandydatów od najbardziej do najmniej pożądanego – red.). I tak, po podliczeniu głosów preferencyjnych okazało się, że Ryan pokonała Frydenberga stosunkiem 53 do 47 proc.

Ryan należała w tych wyborach do szerszego grona „turkusowych niezależnych” – zwanych tak, bo chociaż w gospodarce trzymają raczej z konserwatystami (którzy w Australii przybrali kolor niebieski), to ich polityka klimatyczna jest wyraźnie zielona. To połączenie sprawdziło się nadspodziewanie dobrze w konserwatywnych okręgach wyborczych.

Kobiety, które sprzeciwiły się ekstremistom

Podobny wynik przyniosły wybory w trzech okręgach w Sydney, dotąd niemal równie bezpiecznych dla liberałów co Kooyong. Tu także dotychczasowi „zawodowi posłowie” z Partii Liberalnej stracili mandaty na rzecz pracujących zawodowo kobiet, które osią kampanii uczyniły kryzys klimatyczny.

To samo wydarzyło się w Perth i w jeszcze jednej liberalnej twierdzy w Melbourne. Łącznie wyborcy posłali do Izby Reprezentantów sześć „turkusowych niezależnych”: kobiet skupionych na kwestii klimatu. W połączeniu z jedną osobą spoza turkusowej grupy i trzema bezpartyjnymi posłami, którzy utrzymali swoje mandaty, w parlamencie Australii zasiądzie dziesięcioro niezależnych posłów.

Australijscy Zieloni, których największym dotychczasowym sukcesem był jeden mandat, zajmą w nowym parlamencie cztery miejsca. W ten sposób w 151-osobowej izbie niższej znajdzie się czternaścioro posłów, dla których zmiana klimatu jest problemem numer jeden i którzy nie są związani z żadną z największych partii.

Ten wynik był możliwy dzięki zbiegowi kilku okoliczności. Kampanie niezależnych kandydatek i kandydatów podkreślających konieczność zdecydowanych działań dla klimatu otrzymały wsparcie od organizacji fundraisingowej Climate 200, która rozdysponowała 12 mln dolarów australijskich (8,7 mln USD) między 23 osoby z tej grupy. Organizacja udzielała też praktycznych porad, cennych dla osób, które nigdy wcześniej nie kandydowały w wyborach. Wszyscy niezależni ubiegali się o głosy we własnych okręgach i mieli wsparcie lokalnych wolontariuszy, którzy w trakcie kampanii pukali do wielu drzwi.

Niezbędnym elementem tej układanki był jednak preferencyjny system głosowania. To on pozwolił turkusowym kandydatkom niezależnym zdobyć mandaty, choć to nie one były „pierwszym wyborem” większości głosujących. Każda z sześciu turkusowych niezależnych zwyciężyła dlatego, że wskazywano ją częściej niż kontrkandydata z Partii Pracy, a kandydat z Partii Liberalnej w tym samym okręgu otrzymał mniej niż połowę wszystkich głosów. Osoby, które otrzymały najmniej głosów, eliminowano, a preferencje głosujących rozkładano na pozostałe kandydatury. Partia Zielonych i Partia Pracy zalecały swoim wyborcom, by na drugim miejscu wskazywali nie liberałów, ale kandydatki niezależne. Wypadkowa wszystkich tych preferencji przyznała więcej głosów niezależnym niż dominującym w tych okręgach liberałom.

W kwestii klimatu nie ufamy wam już dłużej, panowie

Partia Pracy zdobyła większość w izbie niższej i chociaż ma przewagę jedynie dwóch mandatów, technicznie rzecz biorąc, nie musi wchodzić w koalicję z zielonymi i turkusowymi. Będzie jednak potrzebować głosu zielonych i co najmniej jednego głosu niezależnego w senacie. Nowy premier Australii, Anthony Albanese, niemal z pewnością to poparcie otrzyma, jako że zasygnalizował już stanowczy skręt ku polityce klimatycznej, zapowiadając, że Australia pod jego rządami stanie się „supermocarstwem energii odnawialnej”.

Wyniki wyborów w Australii powinny zachęcić do myślenia o reformie ordynacji wyborczej w krajach, gdzie wzmaga się polityczna polaryzacja. Poza Australią głosowanie preferencyjne w wyborach parlamentarnych stosują Irlandia, Malta, Nauru i Słowenia. W Stanach Zjednoczonych taka ordynacja obowiązuje na Alasce i w Maine oraz w wielu miastach, w tym w Nowym Jorku. W kilku innych miejscach mówi się o jej wprowadzeniu.

Jeśli my nie damy rady, przyjdą ekstremiści

Ekstremizm kwitnie w tych systemach, gdzie zwycięża po prostu kandydat z największą liczbą głosów, nawet jeśli popiera go mniej niż połowa wyborców. Żadna z sześciu turkusowych niezależnych nie zdobyła w swoim okręgu największej liczby głosów jako pierwsza preferowana opcja wyborców; łącznie jednak w każdym przypadku większość wyborców preferowała kandydatki turkusowe, choć to kandydatów liberalnych najczęściej wskazywano jako pierwszych. Jak się okazuje, jeśli wyborcy mogą wskazać nie jedno, ale kilka nazwisk na liście, rzadziej zwyciężają skrajni politycy.

Australijskie wybory powinny też rozwiać cyniczne przekonanie o tym, że polityka nigdy niczego nie zmienia. Skoro wywodzące się z lokalnych społeczności niezależne kandydatki mogły nadkruszyć partyjny duopol w Australii, mogą to powtórzyć w innych krajach – o ile tylko ordynacja wyborcza im na to pozwoli.

**
Copyright: Project Syndicate, 2022. www.project-syndicate.org. Z angielskiego przełożył Marek Jedliński.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Zamknij