Kultura

Pawłowski: Dziennik sofijski

Może rację mają demonstranci spod sofijskiego parlamentu, którzy we władzę rzucają nie kamieniami, ale żartem i ironią?

Niedziela

Lecę do Sofii na laboratorium teatru dokumentalnego „Nedrama”, które zorganizował niezależny Teatr Replica. Impreza jest niskobudżetowa, w Bułgarii system grantów kuleje i do ostatniej chwili nie wiadomo było, czy znajdą się pieniądze na mój bilet lotniczy. W końcu rzutem na taśmę organizatorzy załatwili pomoc z bułgarskiego ministerstwa kultury. Na lotnisku nieoczekiwanie dowiaduję się, że będę leciał biznes klasą jako gość bułgarskiego rządu. Odczuwam dysonans poznawczy – od połowy czerwca tysiące Bułgarów protestuje przeciwko korupcji i mafii w rządzie, pół roku wcześniej podobna fala protestów wywołanych podwyżką cen energii zmiotła  gabinet Bojko Borysowa i doprowadziła do przedterminowych wyborów. W Bułgarii wrze, tymczasem ja w najlepsze podróżuję biznes klasą za pieniądze bułgarskiego podatnika. Na pokładzie samolotu odmawiam koniaku, przynajmniej tyle mogę zrobić dla rewolucji.

Poniedziałek

The Red House, w którym odbywa się laboratorium jest miejscem niezwykłym. Położona w centrum Sofii, pomalowana na czerwona willa we włoskim stylu do końca lat 50. XX wieku mieściła pracownię rzeźbiarza Andreja Nikolova. U schyłku komunizmu budynek popadł w ruinę i dopiero na początku XXI wieku został odrestaurowany za pieniądze Agendy Rozwoju ONZ. Powstało tu Centrum Kultury i Debat, którym zarządza prywatna fundacja, wspierana przez ministerstwo kultury i narodową galerię sztuki. Program przypomina trochę dawny Nowy Wspaniały Świat: wykłady, debaty, wystawy, koncerty plus popularna knajpa.

Kiedy my zajmujemy się teatrem dokumentalnym, odbywa się tu dyskusja o protestach w Turcji i debata o zmianie prawa wyborczego, które jest kluczem do rozwiązania patowej sytuacji politycznej w Bułgarii. Niezły kontekst dla teatru dokumentalnego.

Laboratorium „Nedrama” trwa już od kilku dni, oglądam prezentację aktorki Iriny Andreewej, która opowiada ze sceny własną historię. W przeciwieństwie do wielu młodych Bułgarów Irina nie zdecydowała się na emigrację, zrezygnowała z wyjazdu do Włoch, gdzie czekał już na nią angaż i została w Sofii. Aby zarobić na życie trzy razy w tygodniu przez kilkanaście godzin sprząta fitness klub, pozostały czas poświęca na próby w offowej Replice. Teraz razem z partnerami odgrywa na scenie rozmowy, jakie przeprowadziła z klientami klubu: aktorzy mają na uszach słuchawki i powtarzają słowo w słowo kwestie nagrane na mp3. Publiczność pęka ze śmiechu, ktoś tłumaczy mi pojedyncze kwestie: bywalcy siłowni mają specyficzne widzenie świata, w którego centrum są ich własne ciała, poddane nieustannemu treningowi. 

Doświadczenie Iriny jest udziałem wielu ludzi ze sceny niezależnej w Sofii. Władze przeznaczają znikome środki na granty dla kultury, w związku z czym artyści muszą zarabiać poza teatrami. Ich determinacja jest ogromna, dla sceny są gotowi na wiele wyrzeczeń. Na koniec prezentacji Irina wstaje, bierze do ręki wiadro z mopem i zaczyna metodycznie zmywać podłogę w sali teatralnej. – Teatr teatrem, ale ktoś musi tu w końcu posprzątać – mówi zupełnie serio. 

Wtorek

Idę pod Parlament i siedzibę Rady Ministrów, aby zobaczyć demonstracje antyrządowe, ale na ulicy żywego ducha. Żar lejący się z nieba skutecznie odstrasza demonstrantów. Jedynym śladem po trwających od tygodni manifestacjach są podesty dla kamer telewizyjnych, oznaczone logo Bułgarskiej Telewizji Państwowej oraz pochowane w zaułkach samochody ze znudzonymi policjantami. Demonstranci wrócą tu dopiero pod wieczór. W tym samym czasie w The Red House będzie prezentacja projektu Nedy Sokolowskiej, pionierki dokumentalnego teatru w Bułgarii, poświęconego właśnie protestom. Wybieram teatr.

Sokolowska, podobnie jak Andreewa, także używa nagranych wypowiedzi, które na żywo odtwarzają aktorzy ze słuchawkami na uszach. Projekt miał być poświęcony lutowym protestom, ale w czerwcu podczas prób wybuchły nowe i trzeba było na gorąco uzupełnić materiał. Aktorzy przeprowadzili wywiady z uczestnikami manifestacji, którzy mówią o swoich motywacjach i żądaniach. Są bardzo różne: jedni przyszli bo są oburzeni moralnym upadkiem klasy politycznej,  inni z powodów całkiem prywatnych. Ktoś protestuje, bo jego matki nie przyjęli do szpitala, ktoś inny przyszedł z ciekawości. Aktorzy zbijają się w grupę na środku sceny, aby doświadczyć fizycznie mechaniki tłumu, na ekranie migają zdjęcia chłopaka, który spalił się w Warnie w proteście przeciw podwyżkom. – Wyjedźcie stąd wszyscy, dość już ofiar – mówi słowami starszej kobiety jedna z aktorek. Na obrazy z ostatnich protestów nakładają się fotografie z manifestacji z 1989 roku, które doprowadziły do utworzenia demokratycznej republiki. Demokracji nie można zostawić odłogiem, trzeba wciąż wychodzić na ulicę, żeby jej pilnować.

Ale młode pokolenie wcale nie uczestniczy tłumnie w tegorocznych protestach. Reżyserka przeprowadza krótką sondę wśród aktorów: z kilkunastu osób tylko jedna była na lutowych protestach. Pozostali tłumaczą: bałem się, mam żonę i dziecko, miałam próby, nie było mnie w kraju, byłem chory, nie lubię tłumu, mama mi zabroniła. Mówią ściszonym głosem, jakby żałowali, że zabrakło ich tam, gdzie decydowała się przyszłość ich kraju. Teraz pewnie chcieliby pójść pod Parlament, ale nie mogą, bo grają przedstawienie. Zamiast iść na ulicę podchodzą do okna i nasłuchują odgłosów spod Parlamentu. Ale do środka wpada tylko muzyka z knajpy i szum samochodów.  

– Dzisiejsze protesty mają zupełnie inny charakter, niż te z lutego – mówi mi po spektaklu Vassilka Bumbarova, producentka laboratorium. Wtedy protestowali najubożsi, w których najbardziej uderzyła podwyżka cen energii, wody i ogrzewania. Teraz na ulice wyszli inteligenci, którym przeszkadza udział w rządzie oligarchów, takich jak nominowany na stanowisko szefa Narodowej Agencji Bezpieczeństwa Delian Peewski, właściciel grupy medialnej powiązanej ze spółkami skarbu państwa.

Peewskiego odwołano, ale protesty nadal trwają. Nowy rząd nie przeciął korupcji i powiązań z mafią. W manifestacjach w weekendy bierze udział nawet kilkadziesiąt tysięcy osób, ale atmosfera przypomina raczej beztroski performans niż społeczny gniew.

Pokojowe demonstracje odbywają się pod ironicznym hasłem „DANS with me” – chodzi o skrót od nazwy Państwowej Agencji Bezpieczeństwa Narodowego, od której wszystko się zaczęło. Niektórzy biorą hasło dosłownie i tańczą na ulicy do muzyki z odtwarzaczy. Wśród akcesoriów są gwizdki, nadmuchiwane zabawki, flagi i wuwuzele. Wiele osób przychodzi z małymi dziećmi.

– Jestem zmęczona, to już trwa trzy tygodnie, i nic się nie zmienia – mówi z rezygnacją Irina Andreewa. W lutym rząd Borisowa obalono w kilka dni. Nowy premier Płamen Oreszarski zapowiedział, że nie podda się naciskowi ulicy i mimo codziennych protestów nie zamierza ustępować.

W finale spektaklu oglądamy wideo, na którym widać dziewczynę w ciąży. Aktorzy podchodzą do niej i przykładają dłonie do jej odsłoniętego brzucha w geście czułości. Po chwili otwierają się drzwi i na salę wchodzi ta sama dziewczyna, już z dzieckiem zawiniętym w chustę. Aktorzy jeszcze raz ją otaczają i powtarzają gest czułej opieki. W jakim kraju będzie żyć to dziecko?

Środa

W końcu dopadam manifestantów, zbierają się w grupy pod siedzibą rządu i przy wtórze gwizdków i okrzyków „Precz z mafią” ruszają  trasą dawnych pochodów 1-majowych do Mostu Orłów. Kilka kroków dalej w knajpach dookoła Teatru Narodowego trwa w najlepsze życie towarzyskie i uczuciowe, pije się wino, gra się w szachy, młodzież obsiadła ławki dookoła fontanny i osusza kolejne browary. Tak jakby sprawa, w której tuż obok odbywa się demonstracja ich nie dotyczyła. 

Wracam do The Red House aby zobaczyć warsztatowy pokaz spektaklu według sztuki Doroty Masłowskiej „Dwoje biednych Rumunów mówiących po polsku” z sofijskiego Teatru Replica. Reżyseruje Georg Genoux, młody, niemiecki reżyser, który skończył studia reżyserskie w Moskwie. Przez wiele lat pracował w rosyjskich teatrach, od niedawna mieszka i reżyseruje w Sofii. Nie wiem, czy to kontekst społecznego kryzysu w Bułgarii, czy może wpływ rosyjskiej szkoły teatralnej, ale Genoux znajduje w tekście Masłowskiej to, czego nie potrafili z niego wydobyć polscy reżyserzy. W Polsce tę sztukę o parze warszawskich hipsterów, wyruszających w alkoholowo-narkotyczną podróż na prowincję interpretowano jako satyrę na gwiazdy telewizyjnych seriali i prowincjonalną obyczajowość. U Genoux jest to od pierwszej chwili tragiczna opowieść o ludziach, pozbawionych tożsamości, żyjących cudzym życiem, które nakładają na siebie jak maskę, aby ukryć samotność i brak uczuć. Wszyscy są tu na granicy psychicznego załamania: nie tylko główni bohaterowie – Parcha i Dżina, ale i ludzie, których spotykają na swojej drodze: barmanki z przydrożnego baru, kierowca, pijana kobieta w samochodzie. Aktorzy grają blisko między widzami, rozsadzonymi pojedynczo po całej sali, co wzmacnia jeszcze efekt intymności.

I drugi, równie zaskakujący spektakl, również w reżyserii Genoux: „Zapolarna prawda”, oparty na wywiadach z nosicielami HIV z Norylska. W tym najbardziej wysuniętym na północ ośrodku przemysłowym Rosji jedna trzecia populacji do 30 roku życia zarażona jest wirusem HIV. Zarażeni są wykluczeni ze społeczności, żyją w komunach, zdani na samych siebie. W jednej z takich komun Genoux i dramaturg Jurij Kławdiew mieszkali przez 9 dni, spektakl jest efektem tego co zobaczyli i usłyszeli. Ale na scenie nie ma ofiar społecznego wykluczenia, są ludzie, dla których choroba stała się szansą na odbudowę człowieczeństwa.

Mozolnie uczą się od zera ludzkich reakcji i wrażliwości na innego. Lekcje życia prowadzi z nimi nauczycielka, zarażona wirusem i wyrzucona z pracy. Wspólnie tworzą coś w rodzaju utopii.

Ta „Dżuma” a’rebours ma zaskakujące zakończenie: w finale aktorzy częstują publiczność herbatą i zaczynają opowiadać dowcipy. Rozlegają się śmiechy, najpierw nieśmiałe, potem coraz głośniejsze, później widzowie sami zaczynają opowiadać anegdoty. Śmiech buduje wspólnotę, pozwala zapomnieć o lęku przed Innym. Kiedy po półtorej godzinie wychodzę z teatru, na sali wciąż siedzi kilkanaście osób i zaśmiewa się do łez.

Może to jest recepta na nową rewolucję – śmiechu? Może rację mają demonstranci spod sofijskiego Parlamentu, którzy we władzę rzucają nie kamieniami, ale żartem i ironią? Wracam przez uśpione miasto, próbując przypomnieć sobie chociaż jeden dowcip, ale niestety żaden nie przychodzi mi do głowy. Na rewolucjonistę chyba się nie nadaję.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Roman Pawłowski
Roman Pawłowski
Krytyk teatralny, publicysta
Krytyk teatralny, literacki, telewizyjny i filmowy, publicysta. Autor dwóch antologii polskiego dramatu współczesnego "Pokolenie porno i inne niesmaczne utwory teatralne" (2003) i "Made in Poland" (2006) oraz leksykonu "New Polish drama. Polish drama in the face of transformatio" (2008).
Zamknij