Kultura

Diduszko: Kultura polska w służbie kultu

PiSowski #DobryRok był dla polskiej kultury rokiem złym.

Po porażce swoich pierwszych rządów prezes odrobił lekcję i zrozumiał, że niezależna i nieokiełznana kultura to obszar niebezpiecznej anarchii, która stale zagraża nawet najbardziej obiecującej demokraturze. Dlatego historycznym gestem awansował ministra kultury do rangi wicepremiera (o ironio – jak długo my, ludzie kultury, o tym marzyliśmy) i wyposażył go – wraz z nowym personelem resortu – w profesjonalne ciężkie pantofle do miażdżenia miłoszowskiej porcelany. Chrupot i zgrzyt skorupek słychać było z miarowym natężeniem przez cały ten rok. Kultura polska stała się kulturą katolicko-narodową a państwowe komórki reprodukują śmiertelne wirusy serwilizmu wobec „naczelnika państwa i niekoronowanego króla Polski”. Objawy choroby toczącej najważniejsze państwowe instytucje kultury przybierają formy czysto groteskowe, np. kiedy Instytut Adama Mickiewicza pod nowym kierownictwem za jeden z głównych celów stawia sobie promocję dziedzictwa Lecha Kaczyńskiego (jako słynnego artysty?).

Minister Gliński, wcześniej znany jako premier z tabletu a teraz wyniesiony i wyposażony w środki masowego rażenia „dobrą zmianą”, nie bacząc na osobiste straty wizerunkowe, robi wszystko, żeby do tabletu nie wrócić. Aby wykazać się zaangażowaniem podejmuje nawet takie działania, które nie leżą w kompetencjach szefa resortu kultury – na przykład amatorsko recenzuje sztuki teatralne – i to bez oglądania, co przecież stanowiłoby niezłe wyzwanie nawet dla recenzenta-profesjonalisty. Przypomnijmy, że już u początku swoich rządów wsławił się brawurową przedpremierową recenzją wrocławskiego spektaklu Śmierć i dziewczyna o nieco kategorycznym brzmieniu: za pieniądze publiczne pornografii w polskich teatrach nie będzie! W uniesieniu moralnej intuicji nakazał nawet odwołanie premiery omówionej przez siebie sztuki, jednak nieznający jeszcze wtedy zasad działania „dobrej zmiany” urzędnicy odmówili spełnienia tego polecenia. Na szczęście kilka miesięcy później skończył się kontrakt Krzysztofa Mieszkowskiego, a nowy dyrektor umie odróżniać ziarna sztuki narodowej od wrogich plew i dzięki temu w Teatrze Polskim we Wrocławiu zamiast podejrzanych spektakli Krystiana Lupy widzowie mają szansę oglądać takie arcydzieła teatru narodowo-katolickiego jak niedawno wystawiony Powrót Norwida Teatru Nie Teraz z Tarnowa, który na swojej stronie internetowej pisze: „W kulturze europejskiej, w sztuce białego człowieka, najważniejszy jest Bóg. […] Jeżeli teatr ma zmieniać świat, to jego twórcy muszą najpierw zmienić siebie. A te wszystkie zmiany muszą uszanować jedną fundamentalną zasadę – nie dopasowuje się Boga do czasów nam współczesnych; to my, współcześni, mamy się dopasować do Boga i do Tradycji, która jest związana z naszą wiarą i wszelkimi przejawami chrześcijańskiego kultu.” Tutaj gwoli oddania sprawiedliwości polskim widzom teatralnym dodam, że nie skorzystali z szansy zapoznania się ze „sztuką białego człowieka” (sześć sprzedanych biletów) i Teatr Nie Teraz z Tarnowa na szczęście nie zmieni świata. W każdym razie nie teraz.

Wracając do ministra Glińskiego całkiem niedawno wsławił się kolejną pełną słusznego gniewu recenzją teatralną: „Nie wydaje mi się, żeby sztuką było jakieś celowe prowokowanie czy obrażanie uczuć religijnych i narodowych. (…) To jest niedobrze, że ktoś próbuje przez jakieś prowokacje zaistnieć.” Owym czarnym charakterem jest reżyser Oliver Frljic, którego spektakl Nasza przemoc i wasza przemoc zaprezentowano niedawno na bydgoskim Festiwalu Prapremier. Pewnie znaleźliby się tacy, którzy twierdziliby, że Frljic już istnieje w obiegu teatralnym lub wręcz że jest uznanym i nagradzanym twórcą, ale recenzent-amator nie musi wiedzieć wszystkiego, zwłaszcza jeżeli podejmuje aktywistyczne trudy także w innych obszarach (doba nie jest z gumy) a przecież minister Gliński jest także (niestety póki co niedocenionym) ochotniczym doradcą programowym Festiwalu Filmowego w Gdyni.

Być może ten brak zrozumienia ze strony żyjących profesjonalistów sprawia, że minister z dwóch członów nazwy swojego resortu zdecydowanie preferuje ten drugi – i chętnie wesprze swoimi programami dotacyjnymi tych, którzy w projektach grzecznie zapiszą „twórcze odwołania do obchodów rocznic, jubileuszy i wydarzeń historycznych” i na poważnie wezmą się za „utrwalanie tożsamości kulturowej i narodowej”. Być może to właśnie brak twórczych odwołań do wydarzeń historycznych sprawił, że na obecność ministra nie mogli liczyć uczestnicy oddolnie zorganizowanego październikowego Kongresu Kultury, który zgromadził około 2000 ludzi kultury z całej Polski. Pociesza tylko fakt, że nieobecność ministra kultury na Kongresie z pewnością stanie się istotnym faktem historycznym i następny Kongres będzie miał szansę twórczo odnieść się do tego wydarzenia.

Omawiając #DobryRok w kulturze nie sposób pominąć roli mediów publicznych, bo to właśnie tam stale powiększająca się profesjonalna ekipa niepokornych specjalistów od wielu miesięcy realizuje wysokonakładowy projekt rekonstrukcyjny pt. Mroki PRL-u.

Mistrzami stylu są realizatorzy „Wiadomości”, ale pion odtwarzania cenzury także ma na swoim koncie liczne sukcesy – udało się m.in. zrekonstruować kategorię „półkownika” i umieścić w niej reżyserów na tyle znanych i docenianych, żeby ten wyczyn nie umknął uwadze widzów.

Swoją drogą ciekawe co myślą, kiedy patrzą w lustro „niepokorni” i „kierujący się wartościami” nowi szefowie anten i programów, którzy na rozkaz wydany przez telefon zdejmują filmy Władysława Pasikowskiego, Jerzego Stuhra czy Pawła Pawlikowskiego. Choć część z nich podobno w prywatnych rozmowach dystansuje się od tych decyzji, to przecież wiedzą, że za jakiekolwiek nieposłuszeństwo natychmiast stracą stanowisko – chowają więc głęboko gniewne ideały buntowniczej młodości i działają w imię celu, który, gdy już zostanie osiągnięty, unieważni wszystkie rozterki – wtedy nie będzie już problemu z dziełami zakłócającymi narodowo-katolicką narrację – państwo, cierpliwie odcinając niewłaściwych twórców od dofinansowania, po prostu ukróci ich produkcję.

Z powodu braku kard – przecież nie tylko na polu kultury – prezes na front walki o kulturę wysoką wysyła niezbyt doświadczonych ludzi, których jedynym dorobkiem w mediach były wcześniej publikacje w niszowych, ale za to słusznych ideologicznie pismach. To strategia obliczona na długie trwanie – ideolodzy PiS-u liczą na „długi marsz” przez instytucje i zdają sobie sprawę, że obdarowani stanowiskami i wysokimi pensjami ludzie, dla których do tej pory szczytem marzeń było uzyskanie groszowej dotacji, odwdzięczą się bezwzględną lojalnością. I będą wykonywać najbardziej absurdalne rozkazy – bo trudno inaczej nazwać nieemitowane na antenie telewizji publicznej polskiego filmu, który dostał Oscara (Ida) lub działania, które w przyszłości na pewno nie spodobają się audytorom – jak nieemitowanie filmów będących koprodukcją TVP (Pokłosie, Obywatel), które przynosiłyby zyski z reklam i emisja których nie łączy się z opłatą licencyjną.

Kultura musi mieć swoich Misiewiczów – po prostu ktoś musi zastępować przy biurkach wszystkich zwalnianych i tych, którzy odchodzą sami, bo nie są w stanie wytrzymać antysemickich, ksenofobicznych czy homofobicznych ekscesów w mediach publicznych. Ale być może za kilka lat dzisiejsi początkujący działacze przeistoczą się w prawdziwe lwy przebijające się przez ekran wzorem swoich kolegów zza oceanu spod znaku alt right.

Tyle że najważniejsze są w tym wszystkim same dzieła sztuki – to one organizują zbiorową wyobraźnię, pomagają przesunąć symboliczne wektory i narzucić swoją perspektywę. Wyjątkowo rację miał niesławny Włodzimierz Ilicz, gdy powtarzał, że kino to najważniejsza ze sztuk – a na tym odcinku PiS-owi idzie słabiutko. Dwa sztandarowe dzieła – Historia Roja iSmoleńsk okazały się nieudolnie zrealizowanymi agitkami, które swoim wdziękiem i mocą przekonywania śmiało równały do kultowych Jasnych łanów Eugeniusza Cękalskiego – socrealistycznego dzieła z 1947, do tej pory uchodzącego za najgorszy film w dziejach polskiej kinematografii. Co znamienne, do obu TVP dołożyła spore pieniądze, ratując postprodukcję – choć w niczym im to nie pomogło. Oba obrazy zebrały mniejszą publiczność niż przeciętna komedia romantyczna czy znakomite, ale wymagające i mroczne dzieło o rodzinie Beksińskich.

Ostatnią zapowiedzią partyjnej telewizji jest produkcja dokumentu o… „Gazecie Wyborczej” oraz emisja „dokumentów wyklętych” autorstwa Ewy Stankiewicz, tropiącej ubeków pochowanych w szafach, czy dzieła żydożercy Grzegorza Brauna. Leczenie kompleksów, toczenie niedokończonych wojen z lat 90., aktualne polityczne zamówienia – to najwyraźniej wszystko, na co po roku „dobrej zmiany” stać telewizję publiczną. O stanie publicznego radia świadczą regularnie powtarzające się pod budynkiem Trójki pikiety spokojnych przez ostatnie dziesięciolecia słuchaczy.

Żeby nie skupiać się na narzekaniu przyznam, że jest sfera kultury, dla której #DobryRok, jak proponuje o tym czasie myśleć pani premier, był wręcz znakomity – to doceniana także przez poprzednią ekipę rządzącą, ale jednak mniej spektakularnie, kultura kościelna.

#DobryRok to dla Kościoła katolickiego dawno oczekiwane złote żniwo.

Ale w sumie każdy wie, że długi należy spłacać a przecież z kościelnych ambon wykonano potężną robotę na rzecz sukcesu wyborczego PiS-u. Dlatego w ogóle mnie nie dziwi, że sam Rydzyk jako doświadczony promotor polskiej kultury dostał w ciągu roku od ministra kultury 140 tys. zł na promocję czytelnictwa (!) a także 700 tys. na budowę kaplicy w ramach projektów promujących Polskę (od MSZ-u) – pominę tu pozostałe 29 milionów, którymi budżet państwa zasilił przedsięwzięcia pana Tadeusza, bo dotyczą innych kompetencji tego katolickiego omnibusa (z których najbardziej cieszą tak nieoczekiwane związane z ochroną środowiska i wycenione na jedyne 285 tys. zł). Ministerstwo Kultury zobowiązało się także przekazać do 2018 roku 28 milionów zł na wykończenie Muzeum Jana Pawła II i Prymasa Wyszyńskiego w Świątyni Opatrzności Bożej, a już w lutym decyzją Senatu ogólnie zwiększono budżet Funduszu Kościelnego o 8 mln zł. Wspominany już nowy dyrektor IAM-u postanowił promować polską kulturę na Filipinach, gdzie jak wieść niesie zasłużoną estymą cieszą się tacy polscy twórcy, jak Jan Paweł II i siostra Faustyna. Ukoronowaniem tych spektakularnych sukcesów kultury kościelnej w penetrowaniu państwowego budżetu są z pewnością imponujące wydatki na Światowe Dni Młodzieży. Jak pisał za oko.press Business Insider: „łączny koszt organizacji ŚDM to ponad 440 mln zł, w tym 148 mln zł z budżetu państwa, 195 mln dotacji budżetowej dla innych podmiotów i 103 mln zł z kasy samorządów. To koszty m.in. promocji ŚDM w mediach, zapewnienia transportu i noclegów pielgrzymom, zabezpieczenia medycznego i sanitarnego, bezpłatnych wstępów do muzeów, organizacji koncertów i wydarzeń plenerowych”.

Wygląda na to, że wspieranie kultury kościelnej to prawdziwy konik biało-czerwonej ekipy „dobrej zmiany” – i że przynajmniej na tym polu nie ma mowy o żadnym braku profesjonalizmu a strumień pieniędzy płynie wartko. Nie wiem tylko, co na to nasz nowy król, który w sumie jest szefem Kościoła, bo jak wynika z [Mt 21, 12-13], [Mt 23, 1-6], [Łk 6, 24-25] i wielu innych pouczających fragmentów, nigdy nie przepadał za spieniężaniem wiary.

Zdradzę Państwu, że w materii uporządkowania spraw w Polsce kibicuję Jezusowi, tym bardziej że oznacza to nieuniknione przykrości dla hierarchów kościelnych, zygotarian i polityków PiS-u.

A miłośniczkom Jezusa i kultury polecam ten fragment sztuki teatralnej, której zapewne w najbliższym czasie nie zobaczycie w teatrze:

Bio

Agata Diduszko-Zyglewska

| Publicystka, radna Warszawy
Dziennikarka, animatorka kultury, aktywistka miejska, w 2018 roku wybrana na radną Warszawy. Współautorka dokumentu „Miasto kultury i obywateli. Program rozwoju kultury w Warszawie do roku 2020”; absolwentka Instytutu Anglistyki UW oraz Akademii Praktyk Teatralnych w Gardzienicach; studiowała też w Instytucie Stosowanych Nauk Społecznych UW oraz Instytucie Sztuki PAN. Przewodnicząca Komisji Kultury i Promocji Miasta Rady Warszawy.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.